Kraj

Zbombardowani konfliktem

Liczba zagrożonych bezrobociem albo przytłoczonych kredytami jest dzisiaj ogromna. To przekłada się na liczbę korzystających z usług psychiatrów.

Tomasz Stawiszyński: Niedawno na łamach prestiżowego pisma medycznego „The Lancet” odbyła się debata wokół zmian, jakie mają pojawić się w planowanej na 2013 rok nowej wersji amerykańskiej klasyfikacji zaburzeń psychicznych DSM-V. Naturalna żałoba – rozumiana nie jako zaburzenie psychiczne, ale jako „normalna” reakcja na utratę bliskiej osoby – w DSM-III trwała rok. To znaczy – dopiero jeśli po roku nadal odczuwaliśmy przytłaczający smutek, żal czy tęsknotę, było to traktowane jako zaburzenie. W DSM-IV okres ten został skrócony do dwóch miesięcy. W DSM-V mają to być… dwa tygodnie. Czy mamy do czynienia z przesadną medykalizacją życia społecznego?

Dr Dariusz Maciej Myszka: To skrajny przypadek. W amerykańskim systemie służby zdrowia nie można przepisywać leków bez wyraźnego wskazania i odniesienia do kategorii DSM. Ta propozycja związana jest po prostu z ułatwieniem dostępu do leków przeciwdepresyjnych ludziom, którzy w bardzo dotkliwy i pełen cierpienia sposób przeżywają śmierć swoich bliskich. Ale, oczywiście, widać w tym tendencję do medykalizacji naturalnych przeżyć, przynależnych ludzkiej kondycji. Oczywiście – dyskusja trwa cały czas, a samo zjawisko można rozmaicie postrzegać. Bez wątpienia jednak psychiatria może być – i zdarzało się, że była – nadużywana. Poczynając od klasycznych przykładów używania psychiatrii jako narzędzia represji wobec wrogów politycznych, jak to miało miejsce w Związku Radzieckim. Współcześnie są to próby „psychiatrycznego” diagnozowania całych grup społecznych. To ostatnie zjawisko odzwierciedla się w języku współczesnej debaty politycznej, kiedy to zamiast merytorycznej dyskusji rzuca się adwersarzowi komunikat: „to się nadaje do psychiatry, a nie do dyskusji”, albo używa określeń „paranoik” czy „schizofrenik” jako epitetów. Oczywiście, stawia to bardzo trudne zadanie przed psychiatrią. W sytuacji tak głębokiego i złożonego przenikania się świata psychiatrii i życia społecznego, ta pierwsza musi włożyć wiele wysiłku, żeby zachować swoją tożsamość dziedziny ściśle medycznej.

To znaczy jakiej?

Takiej, która przede wszystkim jest otwarta na ludzkie cierpienie. Cierpienie rozumiane jako choroba i zaburzenie. Psychiatria nie jest soteriologią, nie jest nauką o tym, w jaki sposób wyzwolić się z cierpienia w ogóle, albo jak żyć szczęśliwie. Psychiatria jest nakierowana na zaburzenia, które staramy się jak najlepiej poznawać i rozumieć na bazie biopsychospołecznej. Temu służy ciągłe doskonalenie klasyfikacji zaburzeń psychiatrycznych. Chodzi o to, żeby jak najdokładniej opisać choroby i zaburzenia, i jak najdokładniej je zrozumieć – po to, żeby nieść ulgę w cierpieniu. To, że klasyfikacje się zmieniają, wynika z tego, że przyrasta nam wiedzy i świadomości – o źródłach, przebiegu i leczeniu chorób. Zmiany, które następują, nie są wzięte z księżyca – mają oparcie w konkretnych badaniach. Oczywiście, istnieje pokusa wpływania na rzeczywistość społeczną w szerszym zakresie niż tylko jednostkowy. Przykładem tego są choćby propozycje psychiatrycznych badań przesiewowych, które pozwolą już na wczesnym etapie – zanim zaburzenie w pełni się ujawni – „wychwycić” osoby z tendencjami do potencjalnie niebezpiecznych zachowań, na przykład sprawców masowych zabójstw.

Ten temat dyskutowany był ostatnio na łamach „New York Timesa”, przy okazji masakry w Newtown, gdzie 20-letni Adam Lanza zastrzelił 26 osób, w tym 20 dzieci. Amerykańska opinia publiczna podzieliła się na dwa obozy. Jedni twierdzili, że odpowiedzialność spoczywa na systemie prawnym dopuszczającym powszechny dostęp do broni, drudzy – że winny jest niewydolny system diagnostyczny. Allan Horwitz, wybitny socjolog psychiatrii, pisał, że przesiewowe badania to fatalny pomysł. Z jednej strony – klasyfikacje są tak ogromne, że niemal każdego można zdiagnozować jako potencjalnie zaburzonego, z drugiej strony niesie to ze sobą ryzyko powszechnej stygmatyzacji, a co za tym idzie może uruchomić mechanizm samospełniającej się przepowiedni…

Oczywiście, można mówić, że badania przesiewowe to profilaktyczna funkcja medycyny, ale jest to jednak pewne nadużycie. Horwitz ma rację. Etykiety psychiatryczne mają cały czas bardzo dużą moc. Rozpoznanie u kogoś zaburzenia psychicznego jest równoznaczne z jakąś formą stygmatyzacji.

A czy – poza wszystkim – nie jest to utopia? Czy współczesna wiedza psychiatryczna faktycznie daje narzędzia umożliwiające rozpoznanie przyszłych morderców już na poziomie szkolno-przedszkolnym?

Spojrzałbym na to od zupełnie innej strony. Możliwy byłby oczywiście system profilaktyki, ale skoncentrowany raczej na promocji zdrowia psychicznego. Takie podejście widzimy na przykład w stosunku do młodych ludzi używających substancji psychoaktywnych. Zalecamy rodzicom rozmawianie, bliski kontakt z dziećmi, budowanie przestrzeni wzajemnego zaufania, otwartego rozmawiania o problemach. Jeżeli podniesiemy poziom życia psychicznego w ogóle – wówczas zmniejszymy prawdopodobieństwo występowania zjawisk jawnie patologicznych.

A jak pan ocenia jakość życia psychicznego we współczesnej Polsce?

Mogę się wypowiadać tylko o tej grupie ludzi, z którą mam do czynienia. Mam przekonanie, że współcześnie ta jakość znacznie spadła. Na pewno wpływa na to sytuacja rzeczywistości kreowanej w mediach. Od ponad dwóch lat jesteśmy nieustannie bombardowani konfliktem, podziałem, koniecznością opowiedzenia się po którejś z tak czy inaczej zdefiniowanych stron.

Konflikt, który rozgorzał po 10 kwietnia 2010 roku, odzwierciedla się w pańskim gabinecie?

Tak. Ten konflikt wytwarza pewne tło: świat jest podzielony, świat jest polem walki. Moi pacjenci często deklarują, że czują przymus opowiedzenia się po jakiejś stronie. Oczywiście nie chodzi o to, że ten wpływ jest bezpośredni, że bywa przyczyną ujawnienia się jakichś konkretnych zaburzeń. Ale ludzie żyją w ogromnym napięciu. Drugim czynnikiem zwiększającym to napięcie jest bez wątpienia sytuacja gospodarcza. Ilość osób zagrożonych bezrobociem, bezrobotnych, albo przytłoczonych kredytami i niepewnością co do możliwości ich spłaty, albo utrzymania rodziny, jest dzisiaj ogromna. To wszystko przekłada się na statystyki korzystania z usług psychiatrów, które w ostatnich latach istotnie wzrosły. Jeżeli tło społeczne jest spokojniejsze, to – nawet z mniej lub bardziej dotkliwymi objawami – daje się jakoś żyć. W momencie, kiedy staje się ono pełne napięcia i niepewności – objawy, które wcześniej można było jakoś oswoić, stają się często nie do wytrzymania. Wpływ kursu franka na poczucie zdrowia psychicznego dużej grupy młodych ludzi, zatrudnionych najczęściej w korporacjach, był bardzo widoczny. To mogą być wszystko czynniki wyzwalające problemy i zaburzenia. Tak jest na przykład z uogólnionym zaburzeniem lękowym. Wydarzenia zewnętrzne nie mają na nie bezpośredniego wpływu. Co więcej – żeby postawić taką diagnozę, musimy związek między konkretnym wydarzeniem a lękiem wykluczyć. Natomiast na pewno w przebiegu samego zaburzenia u konkretnej osoby – to, co się dzieje dookoła, wpływa na nią bardzo istotnie.

A jak pan z tej perspektywy ocenia ostatnią dyskusję medialną wokół marihuany jako potencjalnego śmiertelnego zagrożenia dla nastolatków? 

Wzrosły nakłady gazet i oglądalność programów telewizyjnych, w których była o tym mowa?

Nie znam danych, ale przypuszczam, że tak.

No właśnie. Moim zdaniem to jest budowanie fałszywych związków przyczynowo-skutkowych, wyłącznie w jednym celu: komercyjnym. To jest nośne. Temat marihuany i jej legalizacji pojawia się już od dawna i myślę, że jest to kolejna odsłona w tej dyskusji. Oczywiście, jeśli ktoś sięga po substancje psychoaktywne, to zazwyczaj ma jakiś powód. Pomijam, że robi się to z ciekawości, albo że wszyscy inni dookoła zażywają, więc ja też chcę spróbować. Natomiast jeżeli mamy nastolatka, który regularnie nadużywa jakiejś substancji, to prawdopodobnie jest to jakaś forma ucieczki od problemów, z którymi nie potrafi sobie inaczej poradzić. I może później wśród grupy tych osób, które jako formę radzenia sobie z problemami wybierają substancje psychoaktywne, będzie więcej przypadków samobójstw. Statystyki generalnie pokazują taką korelację. Tylko punkt wyjścia jest wcześniej. Pytanie – dlaczego substancje stają się ucieczką. I tutaj wracamy do kwestii jakości życia psychicznego. Medialny szum jej nie sprzyja. Wręcz przeciwnie – wzmacnia tylko i tak już pełne napięcia tło społeczne, które staje się podatnym gruntem dla ujawniania się poważnych zaburzeń.

**
Dr n. med. Dariusz Maciej Myszka jest psychiatrą, adiunktem w Klinice Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, zastępcą dyrektora d.s. lecznictwa w Szpitalu Nowowiejskim w Warszawie

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Tomasz Stawiszyński

| Eseista, publicysta
Absolwent Instytutu Filozofii UW, eseista, publicysta. W latach 2006-2010 prowadził w TVP Kultura "Studio Alternatywne" i współprowadził "Czytelnię". Był m.in. redaktorem działu kultura w "Dzienniku" oraz szefem działu krajowego i działu publicystyki w "Newsweeku". W latach 2013-2015 członek redakcji KrytykaPolityczna.pl W Polskim Radiu RDC prowadził audycję "Niedziela Filozofów, czyli potyczki z życiem". Autor książki "Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii" (2013). Obecnie jest członkiem redakcji Kwartalnika „Przekrój”, a na antenie Radia TOK FM prowadzi m.in. audycje „Godzina Filozofów” i „Kwadrans Filozofa”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.