Psychologia

Do człowieka wydajnego

Zaprawdę powiadam wam, nikt nie pracuje tyle co niewydajni. Ale mam dla was, prezesi, złą wiadomość: dla wielu pracowników już, zaraz wasze wymagania okażą się Himalajami. Dlatego tak potrzebna jest wasza, wydajnych, wyrozumiałość dla nagłych spadków produktywności, przejściowego spowolnienia. Na dłuższą metę skorzystają na tym wszyscy pracownicy, ponieważ nas, niewydajnych, zgodnie ze wszystkimi statystykami będzie tylko przybywać.

Niedawno rozpłakałam się koledze z pracy w słuchawkę. Tama puściła, mimo że bardzo tego nie chciałam; od przekroczonych terminów, niezrobionej kwerendy i nienapisanych znaków przeszłam do osobistego załamania, którego nie jestem w stanie spokojnie przeżyć, przykopana zawodowymi i profesjonalnymi stresami. Kolega był bardzo w porządku, stwierdził, że nie mogę tak pracować, a mój bezradny płacz potraktował jako asumpt do tego, by przedyskutować harmonogramy w projekcie i to, jak je planujemy.

Czyli skończyło się dobrze. Nie o to jednak chodzi, że kolega wykazał się zrozumieniem, a mnie serce zaczęło z powrotem bić normalnym rytmem. Na pewno codziennie komuś tak staje serce z powodu przepracowania, na pewno, bo kultura i ekonomia musiały się zmówić przeciwko nam, trybikom.

Panika

Sama mam swoją historię – nie była to moja pierwsza taka sytuacja. Wystarczy, że cofnę się pamięcią raptem o pięć lat, a już brakuje mi palców do zliczenia momentów, w których doprowadzam się do ataku paniki, bo znowu kogoś zawiodę, bo nie zrealizowałam swojego zobowiązania, bo się przeliczyłam i jeśli natychmiast tego nie nadrobię, to będzie KATASTROFA. Właśnie, katastrofa. To jest ta perspektywa, która wraca do mnie jak bumerang. Ktoś o mnie źle pomyśli. Skompromituję się. Nie będzie chciał ze mną później pracować ani się zadawać. Zrobiłam komuś przykrość, której nie chciałam zrobić. Wyląduję na bruku, biedna i samotna, i nikt nie wyciągnie do mnie ręki, bo dlaczego miałby to zrobić. W końcu nikt inny nie może na mnie liczyć, jestem niesłownym, żałosnym przegrywem. Ale właściwie dlaczego się nad sobą tak użalam? Sama to na siebie sprowadziłam. Mam dosyć siebie i swojego smutku. Nienawidzę siebie. I wtedy nadchodzi ta wszechogarniająca rozpacz, która fizycznie przygniata do ziemi i odbiera dech, a wraz z tym oddechem nadzieję na to, że kiedykolwiek może być choć trochę lepiej.

Graeber: Praca bez sensu, praca bez wartości

Ten ciąg myśli prowadzi z reguły do sceny, którą pracowicie ukrywałam nawet przed najbliższymi mi w życiu osobami. Puszczają hamulce, do oczu napływają łzy; twarz puchnie kosmicznie od tej wilgoci, płacz mnie dławi, bo zanim pozwolę jednej fali wypłynąć, już nadchodzi druga. Płaczę głośno, właściwie wyję rozpaczliwie jak małe dziecko; co któreś wycie przerywam zachłystywaniem się powietrzem, bo wydaje mi się, że nie mogę porządnie odetchnąć. Hiperwentyluję. Miękną mi kolana, właściwie tracę czucie w nogach, więc osuwam się raptownie na podłogę i ryczę.

Żaden z moich wieloletnich chłopaków nie widział mnie w tym stanie, za to na pewno słyszeli mnie sąsiedzi. Jeśli potrafię o czymkolwiek pomyśleć, to jest to mieszanka koszmarnego zdołowania i przerażenia, że oto jestem w pułapce, już zawsze będę bezbronna, smutna i słaba, moje życie właśnie się kończy, tu i teraz.

Przecież ja naprawdę zawaliłam ten termin

Dlaczego to jest w ogóle możliwe? Dlaczego za każdym razem wierzę tym myślom i rozpadam się na kawałki, a potem, by dojść do siebie, muszę poświęcić dni, a czasem i tygodnie, żeby się z powrotem poskładać? Dlaczego nie mogę opanować tego strachu, uznać, że to po prostu nieprawda, odetchnąć głęboko i wrócić do spraw bieżących?

Myślę, że każda osoba z zaburzeniem czy chorobą psychiczną, doświadczona traumą, żyjąca w nerwach, słowem – każda inna niewydajna taka jak ja może odpowiedzieć na to pytanie. Otóż wbrew potocznym wyobrażeniom części zdrowych osób nie odrywamy się zupełnie od rzeczywistości. Gdyby pełny eskapizm był możliwy, nie bylibyśmy nieszczęśliwi. Ludzie zabijają się właśnie dlatego, że nie mogą uciec od rzeczywistości. A nasze emocje są w niej całkiem nieźle zakorzenione. Są też tym gorsze i bardziej dojmujące, im lepiej uzasadnione. Przecież ja naprawdę zawaliłam ten termin. Naprawdę parę tygodni leciałam sobie w kulki, zanim przyznałam, że nie daję rady. Naprawdę ktoś ma prawo się na mnie wkurzyć, bo moje zachowanie dezorganizuje mu życie. Więc naprawdę jestem śmieciem, leniem, przegrywem, naprawdę zasługuję na wszystko, co najgorsze. Naprawdę najgorsze jest u progu, więc leżę na podłodze łazienki i ryczę.

Co bardziej nieczuli wobec niewydajnych, na których czele stoją sami niewydajni, mogą w tym momencie pocmokać protekcjonalnie, że przecież wysypiamy się tak, jak sobie pościeliliśmy (czyli w ogóle). Jesteśmy dorośli, odpowiadamy za swoje słowa, harmonogramy i zobowiązania. Kto ma lepiej od nas wiedzieć, do czego jesteśmy zdolni i ile mamy siły?

Rzeczywiście, nikt inny nie będzie wiedział. Często my sami tego nie wiemy, bo na szali leży coś więcej niż nasza bieżąca wydolność i porządek kalendarza. My walczymy o naszą tożsamość kogoś, kto panuje nad własnym życiem. Jest silny, sprawczy, ma kontrolę. Im bardziej jesteśmy przytłoczeni obowiązkami, tym więcej ich na siebie bierzemy, bo tym razem na pewno się uda. Ścigamy się sami ze sobą o to, jak bardzo możemy się zarżnąć, byleby udowodnić sobie, że daliśmy radę. Stajemy się wtedy tytanami pracy. Zaprawdę powiadam wam, nikt nie pracuje tyle co niewydajni. Myślimy o sobie jako o nieruchawych amebach, ale to często nieprawda. Wielu z nas jest pamiętanych ze swojej obrotności, wszędobylskości, rzutkości. Chcemy być cenieni, a nawet kochane za to, jak dużo robimy, ile poświęcamy dla sprawy, jak pomocni potrafimy być.

Sukces nie przykrywa góry przegranych

Podnosimy się więc z tych podłóg i zapierdalamy – inaczej nie da się tego nazwać. Trzy godziny snu dzień w dzień, maratony spotkań, telefonów, pisania, badania, czytania, klikania, robienia list. A jednak, nawet gdy sięgamy niemożliwego i spinamy naprężone na skraj wytrzymałości kalendarze, ta upragniona satysfakcja nigdy nie przychodzi. Stale towarzyszy nam bowiem samonienawiść, nasza pałka do samodyscypliny, a jednocześnie nawracający rezultat wszystkich naszych porażek. U nas było, ale nie minęło; obecne sukcesy mogą nas co najwyżej utrzymać na powierzchni, ale nie przykryją góry przegranych, o których bezustannie myślimy i powtórzenia których tak strasznie się boimy. Jedynym dość dobrym wyjściem jest wygrywać cały czas. I tak jesteśmy w szachu, bo to oczywiście niemożliwe.

Co ciekawe, niewydajni potrafią okazać bardzo dużo zrozumienia, ciepła i wsparcia innym niewydajnym, upewniać ich, że ten pęd nie ma sensu, że mogą spędzić popołudnie na odpoczynku, spotkaniu z bliskimi czy przytulaniu pieska. Jednocześnie siebie samych wyłączają z tej łaski. My musimy dać radę. Jest w tym poniekąd coś narcystycznego – dlaczego w ogóle myślimy, że nie obejmują nas te same prawa fizyki, biologii ciała i psychiki co wszystkich innych ludzi? Co jest w nas takiego wyjątkowego? A może chodzi o to, że nasze rozpacze i strachy są tak wielkie i przytłaczające, że nawet nie pozwalają nam sobie zadać tego pytania?

Mamy też swoje momenty mocy, na dłuższą metę zupełne dla nas zwodnicze. Kiedy wszystko wychodzi, otrzymujemy pochwały, ba, nawet budzimy zachwyty. Czasami są to momenty z odległej przeszłości, o których często fantazjujemy. Ta niespodziewana pierwsza nagroda w konkursie w wyższej kategorii wiekowej. Ten tekst, co się tak świetnie niósł. Ta akcja społeczna, która zgromadziła setki osób. Ta kolejka osób ustawiona po to, by składać ci gratulacje. Te chwile tak dawne i wspaniałe, że aż nieprawdziwe, bo prawda leży przecież na podłodze w łazience i płacze nad własną żałością.

O tym, czego nie ma na egzaminie

czytaj także

Masz złamaną rękę, możesz mieć złamaną duszę

Najgorszym koszmarem jest pokazać tę żałość innym ludziom. To by było tylko potwierdzenie tego dławiącego nas poczucia, że jesteśmy totalną porażką, sami sobie przybijemy w ten sposób stempel przegrywa. Więc w zaciszu mieszkania wyrywamy sobie włosy z głowy, by na zewnątrz pokazać, że wszystko gra, że damy radę, że to tylko chwilowa niedyspozycja – nawet jeśli jedna z pięciu, dziesięciu, piętnastu. Potrafimy być bardzo przekonujący w tym wizerunku kogoś-kto-da-radę. Inni nam wierzą i, co gorsza, my sobie wierzymy. I tak koło się zamyka, kolejna góra zobowiązań, która może za pół roku, a może raptem za dwa–trzy tygodnie znowu sprowadzi nas na dno.

Niektórzy z nas tak właśnie żyją. Sięgają wtedy po recepty, które coraz śmielej przebijają się do dyskursu medialnego. Czyli: choroba psychiczna jak każda inna. Tak jak masz złamaną rękę, tak możesz mieć złamaną duszę. To się leczy. Polskim problemem jest niedobór lekarzy specjalistów, zły stan placówek, model opieki oddalony od środowiska chorego. I owszem, tak, są to problemy do rozwiązania. Wielu niewydajnych potrzebuje po prostu systematycznej terapii i/lub trafnie dobranej farmakologii, dzięki którym po jakimś czasie ich problemy się rozwiązują.

Jednak mam wrażenie, że myślenie medyczne nie odzwierciedla tego prostego faktu, że większość z nas będzie się z własnymi emocjami zmagała całe życie. Być może z różnym natężeniem, z przerwami po drodze, ale jednak będą starzeć się w cieniu tych problemów. Będą musieli nie tylko się leczyć, ale reorganizować sobie całe życie pod własną kondycję. Zaakceptować fakt, że wiele odruchów – negacji własnej wartości, napadów lęku, głębokiego przygnębienia – nie zniknie z naszego życia i że chcąc nie chcąc, będą ograniczać nasze możliwości. Albo modyfikować nasze spojrzenie na rzeczywistość.

Świat pracy

Ten prosty fakt w ogóle nie jest uwzględniony w tym, jak organizujemy obecnie świat pracy, a nawet naszego życia towarzyskiego. Oczekuje się słowności w podejmowaniu zobowiązań, klarowności komunikatów, elastyczności, umiejętności zdystansowania się. No i oczywiście gotowości do ciągłej, wytężonej pracy. Nawet gdybyśmy chciały, nie możemy wrzucić na luz, zdystansować się od własnych lęków. Bo te lęki są realne, a nie wyolbrzymione. Większość z nas od bezdomności dzieli paromiesięczna przerwa w wypłacie. Nasz dobrostan trzyma się na sznurek i ślinę, a im bardziej ktoś od nas zależy (dzieci? chorzy krewni?), im mamy bardziej pod górę (kobieta? imigrantka?), im więcej dostajemy ciosów od losu (mniejszość seksualna?), tym łatwiej się on rozłazi.

Trudno bronić się przed tym światem, będąc pojedynczym małym pracusiem, tkwiącym przed ekranem domowego komputera. Czy my naprawdę mamy wybór? Czy nie dźwigamy tu na barkach wszystkich optymalizacji podatkowych, zwiększania efektywności pracy, elastyczności zatrudnienia, podnoszenia produktywności firmy? Te zyski i oszczędności, którymi mogą puszyć się prezesi firm na konferencjach, opłacamy my – naszą zadyszką, w którą sami się wpędzamy, bo przecież rachunki i zakupy same się nie zapłacą, za to nasze stanowisko łatwo się samo po nas zapełni.

Rozwadowska: Wszyscy jesteśmy frajerami, póki prezes korporacji płaci 19% podatku

Na nasze szczęście i nieszczęście wchodzi tu zasada rzeczywistości. Mam dla was, prezesi, złą wiadomość: dla wielu pracowników już, zaraz wasze wymagania okażą się Himalajami. Nie wynika to z tego, że te osoby są słabe, leniwe czy aroganckie; ba, przez część swojego czasu będą one w stanie jakoś na nie odpowiadać. Aż nie będą, bo przygniecie je rozpacz. Potem znów będą, bo się podreperują. Bo wezmą pigułkę, wdrożą reżim nawadniania się i self-care’u, zadbają o pozytywną energię wokół siebie i wyjadą na urlop. Tyle że te techniki – niewątpliwie nieraz pomocne – nie wnikają w nas tak głęboko, by kompletnie przetransformować nasz sposób myślenia i bycia. Nie wymażą naszych traum ani nas nie wyleczą z naszych zaburzeń. Są tylko i aż narzędziami życia codziennego.

Wyrozumiałość wydajnych

Przyjmujemy do wiadomości, że siedemdziesięciolatek nie będzie przenosił palet w magazynie, bo zdrowie mu już na to nie pozwala, i że kobieta sprawująca opiekę nad małym dzieckiem będzie miesiącami wyłączona z zarobkowania, ale jednocześnie oboje muszą mieć za co żyć. I że te przerwy w pracy zarobkowej są oczekiwane i jakoś wpisane w system. I że nie ma w nich nic złego. Pora do tego katalogu dodać kondycję psychiczną. To, co nam, niewydajnym, by pomogło, to przyjęcie do wiadomości nieuchronności naszych przeżyć emocjonalnych. Po pierwsze, pozwoliłoby to nam samym pozwolić sobie na te nasze nieuchronne słabości, okazać sobie minimum łaski niezbędnej do zdrowienia i lepszego życia. Po drugie, urealniłoby oczekiwania względem nas.

Bo kim właściwie jest chory? Gdy niedomaga nam ciało, jest to wypisane na nas, a nasza niesprawność w oczywisty sposób wyklucza nas z wielu aktywności. Zaburzenia psychiczne są trudniejsze do (auto)zdiagnozowania i uchwycenia w codziennej praktyce. Często jesteśmy w stanie wyjść do kina albo wrzucić selfie na nasze konto na Instagramie, co nie oznacza, że nazajutrz nie rozwali nas napad niepowstrzymanego płaczu i samonienawiści.

Możemy próbować leczyć siebie, ale sami nie wyleczymy rzeczywistości, która wpędza nas w nasze lęki i rozpacz. Punktem wyjścia powinna być wasza, wydajnych, wyrozumiałość dla nagłych spadków produktywności, przerw w komunikacji, przejściowego intelektualnego spowolnienia. Akceptacja dla naszych słabości, bo te idą w parze z naszą siłą. Ze zdolnościami do pracy, rzutkimi pomysłami, niestandardową perspektywą. Na dłuższą metę skorzystają zresztą na tym wszyscy pracownicy, ponieważ nas, niewydajnych, zgodnie ze wszystkimi statystykami będzie tylko przybywać.

Może ta nieuchronna fala wymusi zredefiniowanie rynku pracy, na którym strona pracująca już od dziesiątków lat sromotnie przegrywa ze stroną, która na naszej pracy zarabia? Wszyscy, wydajni i niewydajni, jesteśmy wyciskani jak cytryny, przeżuwani przez machinę wielkiego kapitału, aż zostaniemy wyrzuceni, wypluci, bo wypuściliśmy z siebie już wszystkie soki, a z flaka nie ma wielkiego użytku. Ale możemy też zostać całkowicie pozbawieni sił, tak bardzo damy się uwieść tej opowieści, że tyle, ile (nie) wypracujemy, tyle jesteśmy warci jako ludzie. Szczęśliwi będą ci, którzy w jednym psychicznym kawałku doczekają jakiejś emerytury i którym pozwoli ona przeżyć.

Jako społeczeństwo przestaliśmy wkomponowywać czas na odpoczynek w naszą organizację pracy; przestaliśmy troszczyć się o pewność przyszłości, jaką praca ma nam przynosić. A jednocześnie chce się od nas więcej i więcej, więc doprowadzamy się na skraj wytrzymałości dusz i ciał. Część z nas zaczyna za to płacić. Wy, wydajni, którzy macie więcej siły, zatroszczcie się o nas, niewydajnych. Jest to w naszym wspólnym interesie, czy to w perspektywie projektu, który mamy razem dokończyć, czy to w perspektywie szczęśliwszej wspólnoty.

**
Monika Helak – badaczka, publicystka, dawniej aktywistka. Pracuje w Polityce Insight. Na Wydziale Socjologii UW pisze doktorat o doświadczeniu samotnego macierzyństwa. Współautorka inicjatywy badawczej Pamiętniki pandemii, zbierającej osobiste dokumenty życia codziennego o życiu w kontekście pandemii COVID-19.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij