Sztuki wizualne, Weekend

Wizualna amunicja w walce o prawo do aborcji

Próbujemy przełamać dominujący w Polsce wizualny schemat łączący aborcję z poszatkowanymi płodami. Chcieliśmy pokazać, że język i refleksja na temat aborcji i praw reprodukcyjnych mogą też pomieścić o wiele bardziej skomplikowane obrazy, dopuszczające emocje, wątpliwość czy piękno. Z zespołem kuratorskim wystawy „Kto napisze historię łez. Artystki o prawach kobiet” rozmawia Jakub Majmurek.

Jakub Majmurek: Wystawa Kto napisze historię łez. Artystki o prawach kobiet miała premierę rok po tym, jak Trybunał Konstytucyjny praktycznie zdelegalizował aborcję w Polsce. To reakcja na to, co się wtedy stało?

Sebastian Cichocki: To dłuższa historia. Muzeum Sztuki Nowoczesnej od dawna interesowało się użyciem narzędzi ze świata sztuki poza artystycznym kontekstem. W 2016 roku na zakończenie naszej działalności w pawilonie Emilia zorganizowaliśmy wystawę Robiąc użytek, która zbierała różne raporty i świadectwa, dokumentujące takie zastosowania sztuki, poza muzeum czy galerią, na przykład podczas protestów ulicznych. Trafiły tam też raporty z działalności organizacji Kobiety na Falach – pływającej kliniki aborcyjnej, która jest jednocześnie instalacją artystyczną. To otworzyło nam oczy na to, jak kolektywy i indywidualne artystki realnie mogą wspierać ruchy na rzecz praw reprodukcyjnych. Był to pierwszy punkt, z którego zaczęła się droga do obecnej wystawy.

Czyli pracowaliście nad nią od 2016 roku?

Magda Lipska: Pierwszy pomysł na wystawę pojawił się później, po czarnym proteście. Wtedy też przystąpiliśmy do sieci muzeów Internationale, w której szczególnie ważne okazały się dla nas kontakty z partnerami z Dublina. Wspólnie z nimi wystąpiliśmy o grant badający lata 90. w Polsce i Irlandii z perspektywy praw reprodukcyjnych. Gdy w 2020 roku kobiety wielkimi protestami zareagowały na wyrok Trybunału, byliśmy w trakcie realizacji tego grantu.

S.C.: W efekcie spora część wystawy opowiada historię walki o prawa reprodukcyjne w Irlandii aż do referendum z 2018 roku znoszącego zakazującą aborcji poprawkę do konstytucji. Pokazujemy, jak w to zwycięstwo zaangażowane były różne grupy z naszego obszaru, z pola sztuki – nie tylko sztuk wizualnych, ale także filmu, teatru, literatury. Zestawiamy tę historię z innym, z wielu powodów podobnym procesem, ale wciąż niedokończonym, czyli z dziedzictwem czarnych protestów w Polsce.

Łukasz Ronduda: Protesty z 2020 roku miały wielki wpływ na ostateczny kształt wystawy. W kontekście bardzo ostrego konfliktu, wręcz wojny publicystycznej, zdecydowaliśmy się pójść raczej w wypowiedzi o charakterze stricte artystycznym.

Chcieliście depolaryzacji dyskusji o aborcji?

Ł.R.: Nie wiem, czy wejście w sferę estetyczną jest depolaryzacją. Jeden z podstawowych pomysłów wystawy polega na tym, by sięgnąć po osobiste, konfesyjne wypowiedzi kobiet mówiących o swoim doświadczeniu złożonym językiem artystycznym.

Paula Figueiroa Rego, Bez tytułu 1, 1999, akwaforta na papierze. Dzięki uprzejmości Pauli Rego i Cristea Roberts Gallery w Londynie.

S.C.: Ja lubię słowo „depolaryzacja” w kontekście tej właśnie wystawy. To jest metoda, jaką się posługujemy w muzeum w ostatnich latach, budując wystawy opowiadające o ważnych tematach, ale językiem historii sztuki, zestawiając dzieła sprzed dekad z tymi współczesnymi – na przykład antyfaszystowską wystawę Nigdy więcej z 2019 roku czy Niepodległe (2018) – przedstawiające perspektywę niepodległościową i kobiecą. Te wystawy pokazywały ciągłość pewnych tematów poprzez prezentację prac kilku pokoleń artystów i artystek, dając szansę, by wciągnąć do rozmowy osoby nieprzekonane, wahające się.

W Kto napisze historię łez bardzo ciekawy jest właśnie wątek irlandzki. On dobitnie pokazuje, że za pomocą narzędzi sztuki można nie tylko prowadzić spór, ale też tworzyć przestrzeń, w której dochodzi do rozmowy, otwarcia się na drugą stronę, konfrontacji bez mordobicia. Więc coś może być na rzeczy z tą depolaryzacją.

Płakaliśmy, ściskaliśmy się i wiwatowaliśmy. Wydawało się, że cały świat walczy o zniesienie ósmej poprawki

Jednocześnie wasza wystawa w sporze o dopuszczalność aborcji zajmuje dość wyraźne stanowisko.

S.C.: Tak, myślę, że stoimy po stronie dobra. (śmiech) Mnie najbardziej na tej wystawie interesował aspekt propagandy wizualnej. Używam tego określenia afirmacyjnie, w źródłowym rozumieniu słowa „propaganda”: jako upowszechnianie, krzewienie czegoś.

Jeśli chodzi o zajmowanie stanowiska, jest dla mnie jasne, że prawa reprodukcyjne są prawami człowieka, wszyscy mamy prawo decydować o swoim ciele, seksualności, prokreacji, a brak dostępu do aborcji prowadzi często do zagrożenia życia i zdrowia osób w ciąży, ich ubezwłasnowolnienia, cierpień. Jeśli sztuka może nam pomóc w podbiciu tych kwestii, to powinniśmy używać jej bez skrępowania. Ale jednocześnie uważam te narzędzia za dość „ekumeniczne”, tworzące przestrzeń do rozmowy, wkluczenia osób o odmiennych poglądach.

W polskiej sztuce lat 90. wykształcił się wyrazisty nurt antyklerykalny czy irreligijny, kontestujący publiczną pozycję Kościoła katolickiego i religii po roku 1989. Czy powstał analogiczny nurt pro-choice, wyrosły ze sprzeciwu wobec ustawy aborcyjnej z 1993 roku?

S.C.: Z pierwszego scenariusza naszej wystawy zrezygnowaliśmy między innymi dlatego, że nie znaleźliśmy zbyt wielu wypowiedzi artystycznych z lat 90. podejmujących kwestię aborcji. Nie jest to zresztą wyłącznie problem pola sztuki – rozmawialiśmy o tym z reżyserką teatralną Mają Kleczewską, która mówiła, że w teatrze też trudno szukać takich wypowiedzi.

Chyba podobnie w kinie.

Ł.R.: By mimo wszystko jakoś pokazać lata 90. na wystawie, razem z Magdą Lipską i Magdą Mosiewicz zrobiliśmy film dokumentalny, który pokazuje polski rok 1993, gdy przyjęto obowiązującą do wyroku TK ustawę aborcyjną. Sprzeciw wobec ograniczenia prawa do przerwania ciąży zaowocował jednym z największych ruchów społecznych w Polsce od czasów pierwszej Solidarności. Ruch ten zebrał 1,5 miliona podpisów domagających się referendum w sprawie aborcji. Te podpisy trafiły do kosza. Jak w dyskusji wokół tego filmu mówiła Małgorzata Fuszara, to był grzech pierworodny polskiej demokracji. Rodzi się demokracja, zachęca się ludzi do aktywności obywatelskiej, jednak efekt największej obywatelskiej inicjatywy po końcu PRL ląduje w koszu. To nie był dobry sygnał dla młodego społeczeństwa demokratycznego.

20 lat minęło, a świat wciąż nie widzi kobiet

Nie jest chyba jednak tak, że nie znaleźliście absolutnie żadnych prac z lat 90. o aborcji.

Kto napisze historię łez
Praca Odzyskać wolność, przejąć władzę Elektry KB Fot. Daniel Chrobak

Ł.R.: Przez długi czas za ikonę protestów przeciw zaostrzeniu prawa dotyczącego aborcji w Polsce lat 90. uważana była praca Amerykanki Barbary Kruger Twoje ciało to pole walki. Nasza wystawa stara się trochę zmienić ten obraz, bo było jednak kilka wypowiedzi polskich artystek, choćby praca Katarzyny Górnej 9 panien mądrych i 9 panien głupich. To bardzo mocna wypowiedź na temat zakazu aborcji, która jednak nie znalazła się na wystawie, bo niedawno była pokazywana w Muzeum na wspomnianej wystawie Niepodległe. Można by też wymienić Grzech pierworodny Alicji Żebrowskiej.

Na wystawie pokazujemy zapis performansu Anny Janczyszyn-Jaros. Widzimy w nim, jak artystka wyczołguje się ze swojego domu i czołgając się, przemieszcza się przez Kraków – w nieludzkiej pozycji, jaka została przewidziana dla kobiet w nowej Polsce. Janczyszyn-Jaros była sfrustrowana nie tylko nową ustawą aborcyjną, ale także nikłą obecnością kobiet w przestrzeni sztuki krytycznej lat 90. Ta sztuka idąca na walkę z Kościołem tworzona była głównie przez mężczyzn, którzy niespecjalnie protestowali przeciw zakazowi aborcji.

M.L.: Na ciekawą rzecz zwróciła uwagę Agnieszka Graff podczas swojego oprowadzenia po wystawie. Praca Janczyszyn-Jaros pokazuje nie tylko kobietę rzuconą na kolana, ale także całkowitą obojętność społeczeństwa wobec tego, co się z nią dzieje. Ludzie nie reagują na performans artystki, a jeśli reagują, to w obraźliwy sposób. Zdaniem Graff do 2016 roku polskie społeczeństwo żyło w swoistej amnezji, jeśli chodzi o aborcję. Dopiero wielkie protesty przeciw pierwszym próbom zaostrzenia prawa przez PiS w 2016 roku uczyniły problem znów widocznym.

S.C.: Co zresztą pokazuje historia recepcji pracy Janczyszyn-Jaros. Praca była znana, omawiana, jej interpretacje obecne były w wielu tekstach z historii sztuki. Czytano ją jako ekspresję buntu wobec regulacji w przestrzeni publicznej, manifestację niezależności i prowokację wobec konformistycznego społeczeństwa. Temat aborcji w zasadzie nigdy nie został nawet zasugerowany. A przecież o tym przede wszystkim jest ta praca! Pozostawaliśmy ślepi na jej odczytanie.

Kościół swoje, wierni swoje. Co katoliczki myślą o aborcji?

Na wystawie pokazujecie wiele przykładów spoza Polski, gdzie widzimy, jak sztuka towarzyszyła walkom o prawa reprodukcyjne. Jakie było kryterium ich doboru?

M.L.: Kierowaliśmy się dwoma kryteriami. Z jednej strony szukaliśmy państw, gdzie dyskusja o prawach reprodukcyjnych zdominowała w ostatnich latach sferę publiczną. Z drugiej strony chcieliśmy dać nadzieję. Pokazać przykłady protestów, które doprowadziły do tego, że prawo się zmieniło.

S.C.: Czyli głównie są to Irlandia i Argentyna. Mamy też kolumbijską, urodzoną w Odessie artystkę Elektrę KB, której obecność na wystawie nabrała nowego sensu, kiedy pod koniec lutego także Kolumbia zdekryminalizowała aborcję. Wystawa tworzy katalog zwycięskich przypadków – wbrew ponuremu tytułowi poszukałbym raczej łez radości i szczęścia po długim marszu niż smutku.

Ł.R.: Ważne było też to, co widać w pracy Argentynki Marieli Scafati. W środku wystawy umieściliśmy jej instalację pokazującą tłum protestujących, którzy wywalczyli zmianę prawa. Ale ten tłum się nie rozchodzi. Odpoczywa, ale jest czujny. Historia łez nigdy nie jest zakończona raz na zawsze. Prawa znów mogą zostać kobietom odebrane. Wystawa ma więc wymiar optymistyczny, ale też przestrzega, że praw trzeba bronić ciągle i o nie walczyć.

W Argentynie aborcja jest legalna. Czemu nie w Polsce?

W tych wszystkich miejscach, które pojawiają się na wystawie, sztuka faktycznie odegrała rolę w zmianie prawa dotyczącego zdrowia reprodukcyjnego? Pomogła zmienić nastawienie opinii publicznej?

M.L.: Najbardziej wyrazistym przykładem są prace Portugalki Pauli Rego. Jej seria akwafort i pasteli o aborcji, które pokazujemy na wystawie, powstała jako odpowiedź na nieudane referendum dotyczące dostępności aborcji w Portugalii z 1998 roku. Nieudane z dwóch powodów: po pierwsze strona pro-choice przegrała je różnicą niecałego punktu procentowego, po drugie wzięło w nim udział tylko 31 proc. uprawnionych. Czyli prawie 70 proc. pokazało, że ich to po prostu nie obchodzi.

Rego stworzyła serię swoich grafik z wściekłości i niezgody. Chciała pokazać, że to nie jest problem indywidualny, ale społeczny, który społeczeństwo musi rozwiązać. W swoich pracach epatuje dosadnym realizmem – pokazując kobiety przerywające ciążę w warunkach domowych, z narażeniem życia i zdrowia. Co ciekawe, kobiety na grafikach Rego patrzą nam w oczy. Rzucają wyzwanie odbiorcy, mówią: „to jest też twój problem”.

Te grafiki doprowadziły w końcu do zmiany?

M.L.: Gdy w 2007 roku referendum powtórzono, strona pro-choice wygrała, zdobywając ponad 59 proc. głosów, a ogłaszając wyniki, ówczesny premier Portugalii José Sócrates przywołał Paulę Rego i jej grafiki jako jeden z czynników, który przez te wszystkie lata pozwolił podtrzymać dyskusję o prawach reprodukcyjnych.

S.C.: Prace Rego zadziałały trochę jak rysunki sądowe w Stanach. W trakcie procesów nie można robić zdjęć, więc gdy media potrzebują obrazów z sądu, sięgają po rysunki. Gdy w portugalskiej prasie albo telewizji pojawiał się temat aborcji, do zilustrowania go często sięgano po grafiki Rego. Dostarczyły one kampaniom o prawa reprodukcyjne bardzo silnie oddziałujące obrazy.

Takiej wizualnej amunicji dostarczała też sztuka irlandzka. Tam szeroki sojusz na rzecz praw reprodukcyjnych, Artystyczna Kampania na Rzecz Zniesienia 8. Poprawki, organizował barwne procesje ze sztandarami i proporcami wykorzystujące historyczne motywy: herby, rycerki z mieczami walczące ze smokiem, wizerunki klechów-oprawców. Przygotowywano choreografie i wyszukane stroje, pisano hymny, które wspólnie odśpiewywano. Przy okazji Biennale Sztuki w Liverpoolu organizowano całonocne maratony, gdzie aktorki odczytywały świadectwa irlandzkich kobiet, które w celu przerwania ciąży wyjeżdżały do Anglii. Znów więc mamy osobiste świadectwo, które pozwala trochę zdepolaryzować spór, wniknąć w emocje i motywacje kobiet.

Rachel Fallon – artystka przygotowująca protestującym Irlandkom specjalne fartuchy ze sloganami, które można było podnieść do góry, zmieniając ich funkcję z kuchennej w polityczną – mówiła, że język sztuki jest alternatywą dla obrazów poszarpanych płodów, jakimi posługuje się strona anti-choice. Fallon przygotowała zresztą specjalny fartuch z napisem po polsku „Za wolność naszą i waszą”, który będzie można wykorzystać po wystawie, spacerując pod polskim sejmem.

M.L.: Nasza wystawa też jest próbą przełamania dominującego w Polsce wizualnego schematu, łączącego aborcję z poszatkowanymi płodami. Chcieliśmy pokazać, że język i refleksja na temat aborcji i praw reprodukcyjnych mogą też pomieścić o wiele bardziej skomplikowane obrazy, dopuszczające emocje, wątpliwość czy piękno.

Polskie protesty przeciw ograniczaniu prawa do aborcji też posługiwały się językiem sztuki?

S.C.: W Polsce w końcowej fazie fali protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego problemem stały się agresywne zachowania ze strony policji. Trudno trzymać w dłoni artystyczny transparent, uciekając przed pałkami czy będąc zamkniętym w kordonie policji atakującej obywatelki gazem łzawiącym.

Inicjatywą, którą zapamiętałem, był Las Transparentów, zorganizowany przez Anię Olejarczyk wraz z większą grupą młodych artystek. Pod siedzibą Muzeum nad Wisłą zaczęła rosnąć instalacja ze znoszonych przez kilka dni banerów, transparentów i plakatów – było to oddolne działanie. Uczestniczki akcji tłumaczyły, że nie zawsze czują się bezpiecznie na demonstracjach i traktują muzeum jako swoje miejsce, gdzie mogą wyartykułować swoje potrzeby, poglądy, gniew. Część tych kartonów ocaliliśmy, są do dziś pod naszą opieką. Tak jak pokazywane przez nas pamiątki z irlandzkich protestów, one też kiedyś staną się częścią opowieści o wielkiej zmianie społecznej w Polsce. W muzealnictwie jesteśmy do tej magicznej transformacji przyzwyczajeni. Karton ze Stoczni Gdańskiej jednego dnia jest biednym przedmiotem, na którym śpi strajkujący robotnik, a drugiego dnia staje się cennym artefaktem.

Kampania Artystek na Rzecz Zniesienia 8. Poprawki). Mia Mullarkey, kadr z pracy wideo Fartuchy Mocy – ACREA – Sprzeciw!, 2018. Dzięki uprzejmości artystki.

Ł.R.: Agnieszka Graff zauważyła bardzo ciekawą rzecz: protesty w Irlandii i czarne protesty z 2016 roku łączyła próba wpisania walki o prawa kobiet w język narodowo-wyzwoleńczy, w imaginarium narodowe.

To znaczy?

M.L.: Przypomnij sobie, jak wyglądał czarny protest: ubieramy się na czarno, żałoba narodowa, hasło Polka Walcząca, przerobiony symbol powstania warszawskiego.

Ł.R.: To bardzo też widać w materiałach z Irlandii, które pokazujemy: odwołują się do tradycji irlandzkich walk o wolność, przeciw brytyjskiej okupacji i władzy protestanckiego establishmentu. Mamy na przykład obrazy Irlandki z mieczem walczącej ze smokiem. To pomogło w Irlandii pozyskać dla sprawy legalnej aborcji także osoby bardziej konserwatywne.

Jednak na wystawie bardziej niż na czarnym proteście skupiamy się na ostatnich protestach po wyroku TK. One były już zupełnie inne.

Julki kontra kuce i piwniczaki. Ale generalnie to ***** ***

W jakim sensie?

Ł.R.: Były na przykład bardzo wyraziście antyklerykalne. Zmieniły granicę tego, co można w polskiej sferze publicznej powiedzieć na temat wiary i Kościoła katolickiego czy związanej z nim prawicy.

Często po prostu krzyczano „wypierdalać!”

S.C.: Pod tym względem protesty z 2020 roku przypominały niedawne protesty z Ameryki Łacińskiej: Argentyny i Kolumbii. One nie były martyrologiczne, ale zasilane gniewem.

Na wystawie można też zobaczyć archiwum fotografii ostatnich protestów ulicznych w Polsce.

Ł.R.: Pokazujemy głównie zdjęcia z Archiwum Protestów Publicznych.

Archiwum Protestów Publicznych, fotografia cyfrowa, 2020. Dzięki uprzejmości artystek i artystów

Po czarnym proteście z 2016 roku temat aborcji wrócił do polskiej sztuki?

S.C.: Tak, od tego czasu powstało całkiem sporo prac. Wiele z nich ma podwójną naturę, są dziełami sztuki, a jednocześnie służyć mogą jako „urządzenia protestujące”, które można wynieść na ulicę. Są na ogół publicystyczne, zaangażowane, robione w akcie solidarności lub gniewie. To sztuka szybkiego reagowania.

M.L.: Ale mamy też prace Agaty Słowak, artystki młodego pokolenia, których w żadnym wypadku nie da się uznać za sztukę szybkiego reagowania. W ogóle sztuka polska ostatnich siedmiu lat przerabia kobiecość: kobiece ciało, seksualność, wrażliwość. Być może ten zwrot ku kobiecości – który nie jest wyłącznie polską specyfiką – jest antidotum na sytuację z lat 90., gdy demokracja była po prostu męskim, polityczno-kościelnym dealem.

*
Wystawę Kto napisze historię łez. Artystki o prawach kobiet można oglądać w warszawskim Muzeum nad Wisłą do 27 marca 2022 roku.

**
Sebastian Cichocki – kurator w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, gdzie prowadzi dział badań. Zajmuje się możliwościami wykorzystania sztuki jako narzędzia zmiany społecznej, zwłaszcza w obszarze aktywizmu klimatycznego.

Magda Lipska – kuratorka Muzuem Sztuki Nowoczesnej, pracowała nad takimi wystawami jak Niepodległe. Kobiety i dyskurs narodowy, Danweng Xing Dziennik. Awangarda w Chinach w latach 1993–2003.

Łukasz Ronduda – reżyser filmowy i kurator w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Laureat Złotych Lwów za film Wszystkie nasze strachy (2021).

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij