Kultura

Brutalna prawda o „cancel culture”

Fot. Gerd Altmann/Pixabay

Konserwatyści protestują przeciwko kulturze wykluczania, ale w praktyce domagają się immunitetu na krytykę własnych przekonań. Tym samym żądają utworzenia dla siebie safe spaces w kulturze publicznej.

„Spięcie” to projekt współpracy międzyredakcyjnej pięciu środowisk, które dzieli bardzo wiele, ale łączy gotowość do podjęcia niecodziennej rozmowy. Klub Jagielloński, Kontakt, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna i Nowa Konfederacja co kilka tygodni wybierają nowy temat do dyskusji, a pięć powstałych w jej ramach tekstów publikujemy naraz na wszystkich pięciu portalach.

Zgodnie z obiegową definicją cancel culture polega na wykluczeniu osoby z publicznego życia wspólnoty w odpowiedzi na przekroczenie obowiązującej normy. W dyskusji na ten temat warto uwzględnić kilka kontekstów.

Religijne źródła cancel culture

Po pierwsze, cancel culture wymyślił Bóg, kiedy wypędził Adama i Ewę z raju za zerwanie owocu z drzewa. Nie było mowy o żadnych negocjacjach ani drugich szansach – naruszenie normy doprowadziło do wykluczenia grzeszników, którzy następnie borykają się z wiecznym piętnem własnej winy.

W istocie, idea cancel culture jest głęboko związana z religijnymi formami myślenia. Wykluczenie społeczne odgrywa tutaj rolę kary za grzechy. Człowiek nie musi sobie nawet uświadamiać w danym momencie, że coś jest grzechem – wystarczy, że obiektywnie dokonał wykroczenia, nawet jeśli dowiaduje się o tym po czasie.

„Cancel culture”. Liberalny teatr czy lewicowy cyrk?

Nietzsche twierdził, że podstawą przebaczenia jest zapominanie, tymczasem cancel culture polega na tym, aby zawsze pamiętać. Jest zatem miejsce na wieczne potępienie, ale i na zbawienie – w drodze wyznania grzechów, postanowienia poprawy, a przede wszystkim łaski oczyszczającej.

Cancel culture jako wymówka

Po drugie, odchodząc od kontekstu abstrakcyjnej idei, trzeba zwrócić uwagę na określoną praktykę cancel culture. Krytyka tego rzekomego zjawiska często skrywa chęć bezstresowego utrzymywania niesprawiedliwych i nieuzasadnionych poglądów. Dotyczy to w szczególności konserwatystów, którzy narzekają na to, że ich poglądy nie są współcześnie tolerowane.

Prawda jest taka, że poglądy konserwatywne są tolerowane, natomiast wolno je krytykować. Konserwatyści protestują przeciwko kulturze wykluczania, ale w praktyce domagają się immunitetu na krytykę własnych przekonań. Tym samym żądają utworzenia dla siebie safe spaces w kulturze publicznej.

Inny przejaw tego rodzaju postawy to przeciwstawianie sobie brutalnej prawdy oraz wyznawanej przez rozmaitych mięczaków (ang. snowflakes) poprawności politycznej. W rzeczywistości zwolennicy „brutalnej prawdy” i „twardych faktów” są zwykle bardziej zainteresowani celebrowaniem brutalności i dowodzeniem własnej twardości niż prawdą albo faktami. Mówienie „brutalnej prawdy” skrywa lęk przed własną słabością – jest to próba dodania sobie władzy poprzez ustawienie się ponad innymi; w pozycji tego, który widzi więcej. Zamiast tego znacznie lepiej byłoby ustawić się w relacji solidarności z innymi, a zatem uwzględniać w komunikacji doświadczenia życiowe i przeżycia innych.

Jeszcze inny przypadek to zwykła obrona przemocy, jak w typowym dla prawicowej publicystyki zawołaniu: „A dlaczego ta pani teraz przypomniała sobie o gwałcie sprzed 20 lat?”. Ano może dlatego, że w przeszłości nie mogłaby liczyć na pomoc – z powodów kulturowych – a teraz może na nią liczyć bardziej.

Prawdziwe ofiary cancel culture

Po trzecie, w historii ludzkości przekraczanie pisanych lub niepisanych norm społecznych wielokrotnie prowadziło do wykluczenia osoby ze wspólnoty – od szykan aż do wyroku śmierci. Ofiarami prawdziwej cancel culture, którym odbierano możliwość swobodnej ekspresji, które nie mogły publicznie mówić w pełni własnym głosem, byli przedstawiciele takich grup jak kobiety czy mniejszości seksualne.

Z wyrządzaniem innym krzywdy powinna wiązać się odpowiedzialność – w samej tej zasadzie nie ma niczego niewłaściwego.

Liberalna kultura przeciwko cancel culture

Wreszcie, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie powyższe zastrzeżenia, a w dalszym ciągu będzie istniało coś w rodzaju praktyki cancel culture, to oczywiście byłoby to przeciwne liberalnej kulturze.

W tym kontekście można powiedzieć, że wśród wartości kultury demokracji liberalnej znajdujemy w szczególności wolność słowa oraz pluralizm społeczny.

Nie musimy tłumaczyć się z tego, że każemy wam wypierdalać

Wolność słowa oznacza, że wolno mówić także takie rzeczy, które są nieprzyjemne dla innych – co jednocześnie oznacza, że można spotkać się wówczas z nieprzyjemną repliką. Nie oznacza to, że obrażanie innych staje się cnotą – na ogół warto stosować się do zasad grzeczności, czyli tak zwanej poprawności politycznej. Nie oznacza to także, że każdy może liczyć na akceptację i przyjaźń. Jeśli dana osoba nie wykazuje wrażliwości na sytuację innych ludzi, to w każdym razie chroni ją zasada wolności wypowiedzi.

Z kolei akceptacja pluralizmu pociąga za sobą akceptację dla różnicy i błędu. Jest oczywiste, że w pluralistycznym społeczeństwie nie wszyscy mogą mieć rację – a mimo to akceptujemy różnorodność. Zrozumieć siebie możemy jedynie w spotkaniu z tym, który jest inny. Możliwe nawet, że prawdy nie da się ująć ani w jednym, nawet najpełniejszym życiu, ani w jednej, nawet najbogatszej tradycji moralnej – i potrzeba wielu przeciwnych sobie perspektyw i praktyk, aby opowiedzieć o prawdzie w całości. Tego właśnie uczą powieściopisarze.

**
Tomasz Sawczuk jest szefem działu politycznego „Kultury Liberalnej”, doktorem filozofii i prawnikiem, autor książki Nowy liberalizm. Jak zrozumieć i wykorzystać kryzys III RP.

Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski.

Spięcie: Cancel culture:

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij