Muzyka

Polskiej muzyki ludowej nie znamy ani nie rozumiemy. A to powinno być proste

radykalna kultura polska

Zaburzona relacja z wiejskim korzeniem to paradoks polskiej kultury. Politycy, wszyscy, czy to prawicowcy, czy lewicowcy, odwołują się do ludu i do polskich tradycji, każdy na swój sposób, a ja jestem coraz mocniej przekonany, że bardzo słabo rozumiemy polską ludowość. Rozmowa z Michałem Brzozowym i Mateuszem Kowalskim.


Paulina Siegień: Usłyszałam „Radykalna Kultura Polska” i od razu przed oczami stanęli mi kibole w kominiarkach, bluzy z Polską Walczącą, race, marsz narodowców.

Michał Brzozowy: Jak przejrzysz prawicowe media, to zobaczysz, że tam słowo „radykał” oznacza lewaka, Antifę i Margot. Margot jest radykalna i uważa, że tak należy, przynajmniej tak wynika z jej publicznych wypowiedzi. Mimo dużego zróżnicowania światopoglądowego akurat nikt w zespole nie utożsamia się z przekazem warszawskich Marszów Niepodległości. Mieliśmy nawet na początku taki plan, żeby festiwal kończył się koncertem półplenerowym 11 listopada w Warszawie, żeby dać jakąś alternatywę w tym dniu. Tak czy siak, te dwa słowa – radykalna i polska – znaczą dla różnych osób i środowisk co innego, myśmy postanowili je wziąć dla siebie. Inspiracją była oczywiście Radykalna Kultura Żydowska – nowojorski ruch awangardowy Johna Zorna.

To co dla was oznacza „radykalna” i „polska”?

M.B.: Nie mamy jednej odpowiedzi, może jesteśmy pod tym względem mało radykalni, bo nie tworzymy zwartej falangi. Łacińskie radix, od którego wzięło się słowo „radykalny”, oznacza korzeń. Kiedy przygotowywałem materiały promocyjne, szukałem jakiegoś chwytliwego cytatu z popkultury i znalazłem w Incepcji Nolana: „Tylko wchodząc w głąb, ruszasz się do przodu”.

Muzycy z Europy Wschodniej nie gęsi

czytaj także

Na pewno jesteśmy antykonserwatywni, bo interesuje nas ruch do przodu, zarówno estetycznie, jak i politycznie. Do tego potrzebny jest nam ruch w głąb, do korzeni własnej kultury, ale nie rozumiany jako ruch wstecz. Pochodzimy z ludu, to nasza społeczna genetyka. To, kim jesteśmy, ma swoje plusy i minusy, ale po prostu jest faktem. Jak sądzę, o tym opowiada muzyka Radical Polish Ansambl i twórczość innych artystów, którzy pojawią się na festiwalu.

Mateusz Kowalski: W międzyczasie otworzyłem słownik i sprawdziłem, co znaczy słowo „radykalny”. „Będący skutkiem zdecydowanych, bezkompromisowych działań”. Pasuje mi to. W zespole mamy zróżnicowanie przygotowań muzycznych. Niektórzy uczyli się muzyki profesjonalnie, a niektórzy, tak jak ja, tylko amatorsko. Moje jedyne przygotowanie do grania wynika z czystego doświadczenia, z kontaktu z muzyką wiejską, z muzykantami. To było na pewno zdecydowane i bezkompromisowe z mojej strony, że wszedłem w ten świat. Jestem tylko grajkiem w tym zespole, nie odpowiadam za koncepcję festiwalu, więc mogę mówić jako grajek. Dla mnie słowo „radykalny” wyraża istotę muzyki tradycyjnej, która z jednej strony ma sztywne ramy i jest obwarowana konkretnymi zasadami, a z drugiej pozostawia ogromne pole do swobodnego eksperymentowania.

radykalna kultura polska

Festiwal, który rozpoczyna się w tę niedzielę w Warszawie, nazywa się właśnie Radykalna Kultura Polska, ty, Michale, jesteś jego kuratorem. Mateusz jest jednym z muzyków Radical Polish Ansambl. Wytłumaczcie mi, jak to jest ze sobą powiązane, co z czego wynika?

M.B.: To się łączy, ale to jest sprzężenie zwrotne. Istnieje pewne zjawisko kulturowe, a przynajmniej taką tezę stawiamy, które przejawia się w projektach muzycznych z obszaru avant-folku.

Pete Seeger. Ścieżka dźwiękowa zaangażowania

czytaj także

Nie lubię tej nazwy, ale chodzi o połączenie zjawisk będących w awangardzie współczesnej kultury z osadzeniem w korzeniach, na przykład w polskiej muzyce ludowej czy obrzędowości wiejskiej. Z jednej strony wpisujemy się w to zjawisko jako zespół, z drugiej postanowiliśmy nazwać to zjawisko, nadać mu dynamikę i charakter, a w tym pomaga festiwal. Trudno mi stwierdzić, że festiwal wynika z zespołu, to raczej zespół płynie w tym nurcie, który chcemy zaprezentować poprzez festiwal.

M.K.: Zespół, podobnie jak ten festiwal, powstał jako opad z pewnej chmury myślowej, refleksji o sprawach, o których mówi Michał, czyli naszych estetycznych korzeniach i o tym, co dziś uznawane jest za współczesną awangardę.

Kiedy jestem za wschodnią granicą Polski, wszyscy śpiewają. Folklor muzyczny dla Białorusinów czy Ukraińców jest częścią życia, zwłaszcza biesiadnego i obrzędowego. Istnieje pewien kanon piosenek ludowych, które wszyscy znają i wspólnie je śpiewają przy różnych okazjach. I często pytają mnie tam, co się śpiewa w Polsce, a ja mówię, że się po prostu nie śpiewa. I im jest trudno w to uwierzyć. Dlaczego w Polsce nie śpiewamy?

 M.B.: Sądzę, że jeden powód jest stricte wspólnotowy, a drugi stricte muzyczny. Maciek Filipczuk, czyli szef zespołu, często wspomina w tym kontekście Gruzję. Jedziesz tam, wszyscy śpiewają tradycyjne pieśni, w pewnym momencie patrzą na ciebie i mówią: „Zaśpiewaj coś, co się u was śpiewa”. Maciek może im zaśpiewać coś polskiego, ludowego, ale to nie jest reprezentatywne, bo repertuar RPA to nie jest główny nurt.

Klekot: Jakub Szela podoba się miastowym

Dodam jeszcze, że w Polsce zupełnie leży amatorskie muzykowanie. Podejście od wczesnych lat szkolnych jest takie, że jeśli fałszujesz, to nie śpiewaj. Muzyk u nas to profesjonalista i właśnie to chyba zabiło spontaniczne muzykowanie, w tym śpiewanie.

M.K.: Rzeczywiście, zanikło w Polsce wspólne muzykowanie. Nie tylko na wsiach, ale i na miejskich podwórkach. To fakt, że u nas na imprezach się nie śpiewa, no dobra, ja jako muzyk obracający się w środowisku muzycznym wiele imprez spędzam na graniu i śpiewaniu, ale mam świadomość, że to enklawa.

Skoro większość z nas jest z chłopów, to nie powinniśmy znać tych ludowych piosenek od naszych babć?

M.K.: Moja babcia, która ze wsi trafiła do bloku z wielkiej płyty w mieście, uważała, że nie wypada śpiewać w mieszkaniu. Bo sąsiedzi, bo po prostu nie wypada, bo to miasto.

M.B.: Dużo rozmawiamy o tym w zespole, że chodzi po prostu o wstyd przed wiejskością. Moja babcia śpiewała, ale moi rodzice są z PRL-owskiego awansu i ten świat babci w mojej rodzinie postrzegany był jako jakiś taki… pocieszny. Ale na pewno nie inspirujący. To był świat stary i gorszy. Ciężar słowa „wieśniak”, używanego w szkole, był bardzo duży.

Mamy w sobie ten wstyd przed wiejskością, mimo że jako społeczeństwo składamy się w jakichś dziewięćdziesięciu paru procentach z potomków chłopów, podobnie zresztą jak narody skandynawskie, tylko że tam się ten korzeń celebruje, a u nas wypiera. Zaburzona relacja z wiejskim korzeniem to paradoks polskiej kultury. To nie jest oczywiście moja diagnoza. Ja obserwuję to zjawisko w kontekście muzyki, ale jest to temat, który cały czas krąży w debacie publicznej, choćby w Prześnionej rewolucji Andrzeja Ledera. Polscy muzycy z najwyższej półki grają muzykę bezzębnych czarnych bluesmanów z delty Missisipi, a muzyka naszych rodzimych bezzębnych bluesmanów, czyli polskich chłopów, jest postrzegana jako coś niższego rangą.

A spotykacie się z zarzutem, że wy, wykształceni chłopcy z miasta, bawicie się w chłopów? I że to może nawet klasistowskie?

M.K.: To rzadkie głosy, ale coś takiego kiedyś padło, że „na kogo my się farbujemy”. Ale my już chyba jesteśmy w innej kategorii z tym projektem. To nie jest prawdziwy folklor. Zresztą co w ogóle dzisiaj jest prawdziwym, autentycznym folklorem? Chyba bez sensu nawet o tym dyskutować.

A disco polo to prawdziwy folklor czy nie?

M.K.: Na pewno to muzyka ludu. Ale w porównaniu z tradycyjną muzyką ludową estetycznie bardzo miałka.

M.B.: W tym środowisku mam najbardziej liberalny stosunek do disco polo, ale dla muzyków tradycyjnych to ciężki temat. Disco polo ma powszechny zasięg i jest prowincjonalne – stąd pewnie skojarzenia z muzyką ludową. Wrócę tu jednak do kwestii tożsamości i zawłaszczenia. Tożsamość możemy rozpatrywać społecznie, klasowo, ale możemy też regionalnie i kulturowo.

Disco polo, czyli polski underground

Społecznie, klasowo jesteśmy bardzo niespójni i rozchwiani. Ja w sobie znajduję na przykład relikty chłopskiej mentalności, choć żyję pewnie jak przeciętny przedstawiciel klasy średniej, z intelektualnymi aspiracjami, ale też dystansem do „starej inteligencji”. Muzyka, którą tworzymy, jest niespójna klasowo i kulturowo, tak jak niespójni są jej twórcy. Poza tym nie ma już tej klasy, dla której ta tradycyjna muzyka wiejska była „własna”. Ja i Mateusz jesteśmy potomkami kurpiowskich chłopów – jaka muzyka miałaby być „nasza”? Serenady z XVIII-wiecznego wiedeńskiego dworu? Moniuszko, James Brown czy Carl Craig?

Fot. Tomasz Kulbowski/Rozdroża

Skoro nie ma klasy, skoro babcie nie uczyły wnuków śpiewać, to skąd w ogóle bierzecie tę muzykę?

M.K.: Byłem na pierwszym roku etnologii na UW i czułem, że powinienem się muzyką ludową zainteresować. Na festiwalu Skrzyżowanie Kultur poznałem Maćka Filipczuka. Poszedłem do niego na warsztaty skrzypcowe, tyle że z gitarą, bo tylko gitarę miałem. Tam doznałem olśnienia i zacząłem na własną rękę poznawać tę muzykę. Ale to był długi i skomplikowany proces. Inspiracją był na przykład Kazimierz Meto, słynny skrzypek z Rawskiego. Maciek go poznał i nam o nim opowiadał. Po powrocie do domu z warsztatów wyguglałem go sobie, zacząłem słuchać i wydało mi się to strasznym rzężeniem bez melodii. Potem okazało się, że to ja głupi, a nie ta muzyka, bo wszystko tam jest po kolei i wszystko jest jasne, ma strukturę.

Dzisiaj mam poczucie, że to jest jednak skandal i porażka, że musiałem spędzić pięć lat na badaniach, żeby zobaczyć, o co w tej muzyce chodzi. A to powinno być proste, powinniśmy to wynosić z domu albo ze szkoły.

Czego dowiedzieliście się dzięki muzyce ludowej?

M.B.: Wokół tego, czym jest wiejski folklor, podobnie jak wokół tego, czym była i jest wieś i mieszkający tam ludzie, urosło nam bardzo dużo okropnych i fałszywych stereotypów. Na przykład, że wieś jest głęboko konserwatywna. Kiedy słucha się źródłowych nagrań wielkich mistrzów muzyki ludowej, to widać porażający wręcz indywidualizm. To jest naprawdę odlot. Politycy, wszyscy, czy to prawicowcy, czy lewicowcy, odwołują się do ludu i do polskich tradycji, każdy na swój sposób, a ja jestem coraz mocniej przekonany, że bardzo słabo rozumiemy polską ludowość. Wracając do kwestii tożsamości, klasy i zawłaszczenia, to wydaje mi się, że wcześniej powinno się pojawić zrozumienie. Podczas festiwalu postaramy się coś więcej z tej kultury zrozumieć.

M.K.: Ja poznałem świat, którego nie znałem wcześniej i w warstwie estetycznej, i ludzkiej. Trudno mi to opisać, bo przychodzą mi do głowy raczej obrazy, odczucia, kolory. To jest coś takiego, że jak już się tego doświadczy, to potem nic innego nie smakuje. Tradycyjna muzyka pokazała mi, że jest coś pomiędzy dźwiękami na klawiaturze, jest coś pomiędzy kreskami taktowymi.

***
Michał Brzozowy
– muzykolog i podróżnik. Potomek słynnego kurpiowskiego rodu i zarazem pierwszy polski student Susan McClary oraz Harry’ego Lehmanna. Zajmuje się przede wszystkim badaniem przekazu oralnego dotyczącego form i konwencji muzycznych w tradycji zachodniej oraz wybranych tradycjach pozaeuropejskich. Publikuje m.in. w „Glissandzie”, „MusikTexte”, „Music and Letters”, „Current Musicology” oraz „Popular Music”.

Mateusz Kowalski – instrumentalista i śpiewak. Zajmuje się głównie polską tradycyjną muzyką taneczną. Współtworzy zespoły muzyczne, m.in. instrumentalną kompanię Adama Struga, Monodię Polska, Radical Polish Ansambl, Tęgie Chłopy, Warszawską Orkiestrę Sentymentalną

**

Festiwal Radykalna Kultura Polska rozpoczyna się 20 września, więcej informacji i program festiwalu znajdziecie TUTAJ.

Podczas festiwalu wystąpią twórcy łączący repertuar oraz techniki wykonawcze archaicznej wiejskiej muzyki tradycyjnej z praktykami kompozytorskimi i improwizacyjnymi (po)nowoczesnej awangardy – „poważnej”, jazzowej lub elektronicznej. Pojawią się klasycznie wykształceni kompozytorzy (Duchnowski) we współpracy z artystami ludowymi, nie zabraknie też jazzmanów zafascynowanych tradycyjnymi praktykami (Lumpeks), przedstawicieli sceny alternatywnej i sceny klubowej (Zabrocki, so:myia, Lech, Gwadera) oraz uczniów prawdziwych wiejskich muzykantów (Filipczuk, Grochowska, Kowalski, Bikont), którzy rozwijają własny język muzyczny, daleko poza „muzealnym” konserwatyzmem wykonawstwa in crudo, jak i eklektyzmu tzw. sceny folkowej.  

Organizator: Fundacja Automatophone. Współorganizatorzy: Jasna 10. Warszawska Świetlica Krytyki Politycznej, Program 2 Polskiego Radia, Komuna Warszawa, Jasna 1. Projekt współfinansuje m.st. Warszawa. Partnerzy: Bółt Records, Unzipped Fly Records. Patroni medialni: Aktivist, TVP3 Warszawa, Program 2 Polskiego Radia, Polskie Radio RDC. Partner medialny: Radiowe Centrum Kultury Ludowej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Siegień

| Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.