Muzyka

„Patointeligencja”: czy banan może w hip-hop?

Jeśli ktoś chciałby przyznawać w Polsce licencje na robienie hip-hopu i tracić czas na dramatyczne obrony jakiejś jego esencji, proponuję zadać sobie podstawowe pytanie w kontekście kulturowych zawłaszczeń – czy rap może być w ogóle tworzony przez białych?


Od kilku dni różni liderzy opinii, od Karoliny Korwin-Piotrowskiej przez Bartosza Węglarczyka po Krzysztofa Stanowskiego, są fanami hip-hopu, a nastoletnie dzieci mieszkańców Konstancina i miasteczka Wilanów muszą odpowiadać na dociekliwe pytania przestraszonych rodziców: „Czy ty też zażywasz narkotyki jak chłopcy w tej piosence?”. Wszystko za sprawą najnowszego singla Maty, Patointeligencja, który wraz z teledyskiem pojawił się 11 grudnia na YouTube’ie i z miejsca trafił na pierwszą pozycję karty „Na czasie”.

Kawałek traktuje o chlaniu, ćpaniu, przygodnym seksie i samobójstwach wśród młodych ludzi, więc na pierwszy rzut ucha właściwie nie wiadomo, skąd to nagłe poruszenie. Sprawę rozjaśnia bliższe przyjrzenie się swetrom Maty i jego znajomych oraz budynkowi, na którego tle stoją, a także ostatnia zwrotka piosenki. Gmachu można nie kojarzyć, ale napis „Batory” na gustownych tekstyliach podpowiada, że to prestiżowe warszawskie liceum, którego raper – jak się okazuje – jest absolwentem.

Logiczne, jeśli wziąć pod uwagę, że jego ojciec to znany radca prawny, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Marcin Matczak. Wielu chciałoby mieć taki start w dorosłość, lecz nie Mata. On ma do swoich rodziców pretensje: „pierdolę mamę i tatę za te rododendrony, jacuzzi, trzy piętra. Zacząłem tu robić te rapy, bo miałem już dość tego piękna i ciepła”.

To musiało wywołać zaniepokojenie. „Ostatnia zwrotka bardzo mocna dla rodzica” – napisał na Twitterze Stanowski i podejrzewam, że nie jest w tym poczuciu osamotniony. Teraz tylko patrzeć, jak zachęcone potencjałem moralnej paniki media rzucą się na Batorego i inne dobre licea, szukając w nich sensacji na miarę kultowego „słoneczka” – ulubionej gry wszystkich gimnazjalistów; jak pochylą się nad tymi biednymi, tzn. bogatymi, ale mimo wszystko biednymi dziećmi, zachuchanymi przez nadopiekuńczych rodziców, którzy wszakże musieli popełnić jakiś błąd.

A Mata stanie się rzecznikiem całego środowiska. Taki szczery, odważny raper. Zupełnie niespodziewanie się okazuje, że rap może być przejmującym głosem ludzi pokrzywdzonych przez los (np. swoim uprzywilejowaniem).

To musiało wzburzyć tych, których empatia nie ogranicza się do (nie dotyczy?) abiturientów z dobrych domów przystępujących do międzynarodowej matury. Magdalena Okraska na swoim Facebooku napisała: „Po latach artystycznych zakusów klasy średniej na hip-hop (inspiracja muzyczna i odżegnywanie się od treści) nastąpiła, jak widać, fala mrzonek o tym, że typki z Bednarskiej, z zapleczem w postaci grubego portfela tatusia, korepetycji i rodzinnej fury niezgorszej marki, prowadzą »życie na krawędzi« jak ziomki z bloków w Ciechanowie, choć wszyscy wiemy, że żaden z nich nie przetrwałby kwadransa na ławce. […] Rap w wykonaniu klasy średniej to zapożyczenie zapożyczenia, siódma woda po kisielu muzyki i przekazu”.

I w tym przypadku można domniemywać, że podobnie myślących nie zabraknie. Osobiście już wypatruję dissu na Matę ze strony uliczników z warszawskiej ekipy Dixon37.

Myślę jednak, że zarówno zachwyty nad brutalną szczerością Patointeligencji, jak i oburzenie próbą zawłaszczenia hip-hopu przez bananowców na użytek autokreacji są tak samo naiwne. Przede wszystkim kariera Maty wydaje się rozwijać pod rodzicielską kontrolą, zwłaszcza jego ojca, który – jak wiemy z wywiadów oraz Biblioteki trap – wymyślił mu ksywę (!) i podrzucił go do studia na pierwsze nagrywki, chętnie też okazuje dumę z jego artystycznych poczynań.

Sam Mata natomiast nie zasłynął do tej pory wiarygodnością czy powagą. W jednym z innych kawałków rapował np. takie bzdury: „Twoja suka puszcza kleksa, a ty myślisz, że twa suka nie sra. Pachniesz jak WieśMac. Jak miałem dziesięć lat, kręciła mnie Smerfetka i Fretka z Fineasza i Ferba”.

Patointeligencja sprawia więc wrażenie kolejnej prowokacji, tym razem sprytnie wykorzystującej konwencję pokoleniowo-środowiskowego manifestu, na którą nasz medialny establishment jest zawsze bardzo łasy (Generacja Nic itp.). Na pewno warto docenić bezczelność paradowania w szkolnym „mundurku”, podczas gdy do tej pory kariera w rapie wymuszała raczej wstydliwe ukrywanie swojego ewentualnego uprzywilejowania.

Milionerów nikt już nie kocha

Przekonanie, że hip-hop jest muzyką wyłącznie klasy ludowej, to jednak wielka iluzja. Rap niemal od początku był zdominowany przez wielkomiejską klasę średnią – jeśli nawet nie ilościowo (co trudno stwierdzić), to na pewno jakościowo. Tede jest synem prawnika, Eldo – oficera i naukowca, O.S.T.R. – profesorki na Akademii Muzycznej (którą sam ukończył), Ten Typ Mes – doktorki radiologii oraz chirurga (co prawda, ojciec wcześnie zostawił rodzinę), prawdziwym okazem klasy co najmniej średniej jest drzewo genealogiczne Sokoła… Można tak wymieniać jeszcze naprawdę długo.

Nie ma co się temu dziwić ani obrażać na to, że wraz ze wzrostem popularności hip-hopu oraz bogaceniem się społeczeństwa będzie on przenikał do coraz wyższych warstw społecznych. Dodajmy też, że do głosu zaczyna dochodzić pokolenie wychowane w domach, w których rapu słuchają już rodzice – rzecz nie do pomyślenia „za moich czasów”, a to przypadek np. schaftera.

Najbogatsi dalej bogacą się waszym kosztem

Jeśli mimo to ktoś nadal chciałby przyznawać w Polsce licencje na robienie hip-hopu i tracić czas na dramatyczne obrony jakiejś jego esencji, proponuję zadać sobie podstawowe pytanie w kontekście kulturowych zawłaszczeń – czy rap może być w ogóle tworzony przez białych?

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Maciej Kryński

| Kulturoznawca, członek zespołu KP
Kulturoznawca, współpracownik „FilmPro”, wyróżniany w konkursach krytycznofilmowych – m.in. „Powiększeniu” Filmwebu i Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Członek zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.