Film

Ekonomia fuchy: jak Uberem wróciliśmy do XIX-wiecznych fabryk

Biznesy w stylu Ubera czy Deliveroo to nie ulotny trend, ale jeden z podstawowych kierunków współczesnej gospodarki. Film „The Gig is Up!” („Jest fucha!”) pokazywany na festiwalu Millenium Docs Against Gravity opowiada o ciemnych stronach pracy, która nie miałaby racji bytu bez nierówności, dyskryminacji i ubóstwa.

Tytuł The Gig is Up! to parafraza powiedzenia the jig is up, czyli „wydało się!”, gdzie słowo gig oznacza fuchę – niezobowiązującą, przygodną pracę. No i fakt, wydało się – po licznych publikacjach na temat tzw. gospodarki współdzielenia już wiemy, że kierowca Ubera czy rowerzysta z torbą w kształcie kostki na plecach to nie wolny ptak, który decyduje się na kurs, kiedy ma czas i ochotę zarobić, choć taka filozofia przyświecała Uberowi i jemu podobnym w początkach ich działalności. To raczej ktoś, kto nie przebiera w ofertach pracy, np. imigrant bez środków do życia, a rzekoma „fucha” to ciężka harówka po kilkanaście godzin dziennie. I nie wykonuje się jej dla konsumenckiego kaprysu, ale po to, żeby przeżyć następny miesiąc.

Kanadyjska reżyserka Shannon Walsh śledzi losy kilkunastu osób, które podejmują lub podejmowały się różnych prac w ramach gig economy, po polsku eufemistycznie nazywanej właśnie „gospodarką współdzielenia”. Tymczasem jest to po prostu „ekonomia fuchy”, oparta na zyskach z pracy podwykonawców, zatrudnianych bez ubezpieczenia, prawa do emerytury czy urlopu.

Dlaczego lewica nie kocha Ubera?

Firmy oferujące te „fuchy” proponują takie warunki pracy, jakby rzeczywiście miały do czynienia z ludźmi, którzy biorą jednorazowe zlecenia i znikają do czasu, gdy znów najdzie ich ochota na dodatkowy zarobek. A przecież nie mogą nie wiedzieć, że dla większości tych, którzy jeżdżą z ich logo na samochodzie czy torbie z jedzeniem, „fucha” jest sprawą życia lub śmierci. Film Walsh pokazuje jasno, że sukces Ubera i jego klonów nie jest skutkiem ubocznym nierówności społecznych, dyskryminacji i ubóstwa – on jest na nich ugruntowany i bez nich nie byłby możliwy.

Torba ważniejsza niż życie

Nie możesz odmówić kursu, bo twoja licencja zostanie zawieszona. Kiedy czekasz na klienta albo posiłek do dostarczenia, podobno nie pracujesz, więc nie dostajesz za ten czas pieniędzy. Ulica, na którą masz dowieźć jedzenie rowerem, jest nieoświetlona i usiana wybojami? Trudno! Leje jak z cebra? Nie szkodzi, i tak jedziesz, zlecenie ma być zrealizowane jak najszybciej.

Jeden z bohaterów Walsh mówi, że inaczej niż w zwykłej pracy, gdzie widzisz szefa przez kilka sekund przy ekspresie do kawy, tu masz go cały czas w kieszeni. Aplikacja w smartfonie pozwala centrali śledzić każdy twój ruch. Jeden fałszywy krok może oznaczać zawieszenie licencji albo fatalne noty u klientów, a ich łaska na pstrym koniu jeździ. Ktoś ma zły dzień, więc da ci kiepską ocenę, jeśli przywieziesz mu trochę rozlaną kawę („Dlatego kiedy w czasie deszczu przewracasz się na rowerze, ratujesz torbę, a nie swoje życie” – tłumaczy jeden z dostawców).

Zwolnieni z pracy za nieudane selfie. Uber (znowu) ma problemy

Z opowieści pracownic i pracowników wyłania się potworny obraz systemu, z którym właściwie nie da się wygrać. Można oczywiście pozwać Ubera, ale to oznacza wystąpienie przeciwko międzynarodowemu gigantowi o zyskach idących w miliardy. W przypadku np. imigrantki w pojedynkę wychowującej dwoje chorych dzieci taki plan wygląda dość abstrakcyjnie.

Mimo to właśnie ta bohaterka powiedziała „dość” i stanęła na czele walki o prawa pracowników Deliveroo we Francji. Podobną walkę w USA prowadzi Jemeńczyk jeżdżący Uberem, również samodzielny ojciec.

Walsh nie docieka, dlaczego się na to odważyli. Daje jednak do zrozumienia, że firmy typu Uber czy Deliveroo zależą od swoich pracowników w takim samym stopniu, w jakim pracownicy są zależni od tych firm. Przestałyby istnieć, gdyby pewnego dnia zabrakło ludzi gotowych strzec torby z kebabem bardziej niż własnego życia. Prędzej czy później będą więc musiały zmienić swój model biznesowy, bo stworzyły nie chwilowy trend, ale jeden z podstawowych kierunków rozwoju gospodarki. Wydaje się, że Polska jeszcze do tego wniosku nie dojrzała. Były u nas protesty taksówkarzy przeciwko Uberowi, ale sami kierowcy Ubera jak dotąd nie wyszli na ulice.

Jest fucha! to jednak nie tylko opowieść o wyzysku i próbach walki z nim. To także refleksja nad tym, że w naszym coraz bardziej stechnicyzowanym świecie nadal nie udało się stworzyć gospodarki (i zysku) bez udziału człowieka. Jeśli sądzicie, że sztuczna inteligencja pozyskuje dane tylko dzięki waszym kliknięciom w artykuły na fejsie, jesteście w błędzie. Tak, są ludzie, którym płaci się za… „karmienie” sztucznej inteligencji. To jedno z zajęć opisywanych w filmie jako „ghost jobs”, widmowych prac wykonywanych przez ludzi, których nie widać i których oficjalnie nie ma, co również pozwala zatrudniać ich na szemranych warunkach.

Dlaczego należy poprzeć strajk taksówkarzy, a Ubera odinstalować

Jak zatem żyć w realiach „ekonomii fuchy”, wiedząc o jej ciemnych stronach, a zarazem o tym, że pozwala ona przeżyć osobom praktycznie pozbawionym możliwości pracy na innych warunkach?

Między innymi nad tym zastanowimy się w najbliższą sobotę po seansie Jest fucha! na festiwalu MDAG w Gdyni, w czasie debaty Gospodarka współdzielenia – czym jest, jak łączy i jak dzieli?, razem z ekspertami Wyższej Szkoły Bankowej drą inż. Ireną Bach-Dąbrowską i drem hab. Arturem Kozłowskim. Zapraszam was na spotkanie z moim udziałem po filmie, który porusza problem bliski nam wszystkim, nie tylko jako konsumentom. Jak twierdzą twórcy filmu, szacuje się, że już dziś gig economy zatrudnia 40 proc. wszystkich pracujących na świecie.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Karolina Wasielewska
Karolina Wasielewska
Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij