Kraj

Dlaczego lewica nie kocha Ubera?

Im taniej, tym lepiej? Dla konsumentów tak, do czasu, ale przecież nie jesteśmy tylko (ani przede wszystkim) konsumentami.

Spytałem kilka miesięcy temu grupę studentów, kiedy ostatni raz myśleli o sobie jako obywatelach. Cisza. Po chwili zapytałem, kiedy ostatnio myśleli o sobie jako konsumentach. To było już o wiele łatwiejsze pytanie. Odpowiedź nie tylko w przypadku studentów, ale większości z nas jest prosta: myślimy o sobie w ten sposób nieustannie. Codziennie coś kupujemy. Codziennie się zastanawiamy, co chcielibyśmy jeszcze kupić. Codziennie oceniamy rzeczy, które już kupiliśmy. Codziennie rozmawiamy o nowych usługach i produktach ze znajomymi i rodziną.


Bycie konsumentem jest dla nas tak naturalne jak pływanie dla ryby. Konsumentem się nie bywa, konsumentem się jest – dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nic zatem dziwnego, że interesujemy się tym, jak poszczególne firmy traktują konsumentów. W pełni zrozumiałe jest także to, że chcemy, aby państwo dbało o nasze prawa konsumenckie.

Czy Uber może upaść?

czytaj także

W tym konsumenckim sposobie myślenia kryje się jednak pewna pułapka. Zbyt łatwo zapominamy, że ostatecznie nie jesteśmy tylko konsumentami, a konsumencka perspektywa nie zawsze jest najważniejsza. Czasami pod pretekstem ułatwiania życia konsumentom wciska się nam rozwiązania, które nie dość, że w końcowym rozrachunku nie poprawiają wcale naszej sytuacji jako konsumentów, to jeszcze wpływają destruktywnie na społeczeństwo.

Ja, obywatel

„Ciekawe, że lewica rzadko kiedy występuje w obronie konsumentów. Usługi Ubera są tańsze i kierowane są do osób mniej zamożnych” – pisze w tekście dla „Gazety Wyborczej” Witold Gadomski, stając w obronie słynnej firmy. Z tym twierdzeniem jest kilka problemów. Choćby taki, że wbrew sugestiom Gadomskiego lewica broni konsumentów – na przykład wtedy, gdy sprzeciwia się monopolizacji rynku przez korporacyjnych gigantów albo gdy domaga się ostrzejszych regulacji mających na celu ochronę naszej prywatności jako konsumentów usług internetowych.

Wszyscy jesteśmy neoliberałami

Gadomski dobiera sobie również niefortunny przykład. Tak, usługi Ubera bywają tańsze, ale to jest właśnie jeden z tych przypadków, kiedy oprócz perspektywy „ja, konsument” warto włączyć sobie perspektywę „ja, obywatel”.

Na temat kłopotów z Uberem powstało już tyle tekstów, że gdyby Gadomski chciał je wszystkie przeczytać, to przez tydzień musiałby zajmować się tylko tym. Na początek wystarczyłoby jednak, gdyby sięgnął po teksty swojej redakcyjnej koleżanki Adriany Rozwadowskiej, która trafnie wyjaśniała, dlaczego nie ma sensu zachwycać się modelem biznesowym Ubera.

„Żaden z obrońców Ubera nie wyjaśnił do tej pory w sposób przekonujący, dlaczego Uber nie miałby podlegać analogicznym zasadom, jakim podlegają inni przedsiębiorcy trudniący się przewozem osób” – pisze w jednym z tekstów Rozwadowska i ma rację.

Bycie konsumentem jest dla nas tak naturalne jak pływanie dla ryby. Konsumentem się nie bywa, konsumentem się jest.

Podstawowy problem z Uberem polega na tym, że choć wszyscy wiedzą, iż pełni usługi przewozowe, to skutecznie udaje tylko aplikację. Dzięki temu unika regulacji, którym podlegają inni przewoźnicy. Dlaczego – jako obywatele – mamy wpadać w zachwyt z powodu tego, że ktoś wymyślił sprytny sposób, jak czerpać wszystkie korzyści z bycia firmą przewozową, a jednocześnie unikać regulacji z tym związanych? To ma być ta legendarna przedsiębiorczość? Wyszukiwanie luk prawnych, tworzenie nieuczciwej konkurencji, robienie państwa w balona?

Jeśli się na to zgodzimy, to może zyskamy jako konsumenci ­– przynajmniej na krótką metę – ale z pewnością stracimy jako obywatele. Będzie to kolejny krok w stronę świata, w którym wielkie korporacje rozdają karty, a demokratycznie wybrane władze okazują się bezsilne. Myśmy i tak zabrnęli tą ścieżką za daleko. Na przykład kilka dni temu okazało się, że polski rząd skapitulował przed wielkimi korporacjami, jak Amazon, Google oraz Facebook, i zrezygnował z planu wprowadzenia podatku cyfrowego.

Wstawać, nie jesteście na plaży! [Witkowski o Amazonie]

Dla niektórych to jest pożądany kierunek zmian. Wojciech Maziarski ogłosił ostatnio, że nawet takie firmy jak Shell, którą Amnesty International oskarża o łamanie praw człowieka, „są nośnikami wartości obywatelskich i demokratycznych”. Przyjmując taką perspektywę, wypadałoby się tylko cieszyć, że państwa przegrywają z korporacjami. Mniej skorumpowanych polityków, więcej przedsiębiorczych ludzi broniących wartości obywatelskich.

Problem polega na tym, że jakkolwiek źli byliby nasi politycy, jakkolwiek niedoskonałe byłyby nasze demokracje, to nadal mamy jako obywatele coś do powiedzenia na temat kształtu naszych państw. Polityk może przegrać wybory. Nad prezesami wielkich korporacji nie mamy takiej kontroli.

Polityk może przegrać wybory. Nad prezesami wielkich korporacji nie mamy takiej kontroli.

Niektórzy łudzą się, że jest inaczej, że jako konsumenci możemy głosować naszymi portfelami zarówno na nich, jak i na firmy, którymi kierują. To jednak właśnie złudzenie. Już choćby dlatego, że jak przypomina znany ekonomista Ha-Joon Chang, o ile w demokracji obowiązuje zasada „jeden obywatel, jeden głos”, o tyle na rynku panuje reguła „jeden dolar, jeden głos”. Jeśli „głosowanie” pieniędzmi miałyby zastąpić wybory polityczne, to szybko by się okazało, że garstka bogaczy może łatwo „przegłosować” resztę obywateli.

Dlatego nie ma powodu cieszyć się z coraz większej bezradności demokratycznych państw wobec rosnącej potęgi międzynarodowych korporacji. Razem z państwem przegrywamy bowiem „my, obywatele”, nawet jeśli na krótką metę wygrywamy „my, konsumenci”.

Ja, pracownik

Gadomski pisze też w swoim tekście, że „dla konsumentów jest ważne, by towary były jak najtańsze”. To stwierdzenie wydaje się zdroworozsądkowe, ale warto zastanowić się czasem, jakie w niektórych przypadkach są powody i konsekwencje taniości produktów oraz wygody konsumenckiej.

Fajnie jest otrzymać względnie tanio i szybko paczkę z Amazona. Tylko że po drugiej stronie tego procesu stoją nisko opłacani i wyzyskiwani pracownicy. Na polskim przykładzie pisała o tym między innymi Maja Staśko: „W ciągu roku pracujemy 4 dni po 10 godzin, dwa tygodnie w trybie dziennym, dwa w nocnym. Mamy trzy przerwy: dwie płatne po 15 minut i jedną niepłatną na obiad. To cztery dni wyjęte z życia, piąty na odespanie. Wiele z nas bierze dodatkowe nadgodziny i pracuje pięć dni w tygodniu, bo tylko to pozwala utrzymać rodzinę”.

Amazon: czy będzie strajk przeciw rządom algorytmów?

Wiadomo, jak w Polsce odpowiada się na takie zarzuty: nikt nikogo nie zmusza do pracy w magazynie Amazona. Jednak jeśli pozwolimy na rozprzestrzenianie się modelu biznesowego opartego na taniej pracy i unikaniu zobowiązań wobec pracowników, to szybko może się okazać, że alternatywnych sposobów zarabiania jest coraz mniej. W najlepszym wypadku to, co zyskamy jako konsumenci, stracimy jako pracownicy. A może się okazać, że jako pracownicy stracimy więcej niż to, co zyskaliśmy jako konsumenci.

A gdyby spojrzeć na to wszystko od drugiej strony? Zamiast wygody konsumenckiej domagać się silniejszych praw pracowniczych i lepszych zarobków? Odrobinę droższe produkty nie byłyby takim problemem, jeśli tylko zarabialibyśmy lepiej.

Perspektywa pracownicza? Gdyby Polskę odwiedzili kosmici, to na podstawie naszych debat politycznych musieliby dojść do wniosku, że jesteśmy krajem składającym się niemal wyłącznie z przedsiębiorców-konsumentów. Pracownikami jest może z dwieście osób – tak rzadko przyjmowaliśmy w ciągu ostatnich 30 lat perspektywę pracowniczą.

Było to doskonale widać przy okazji debaty na temat niedziel wolnych od handlu. Kiedy tylko zaczęła się ta dyskusja, od razu pojawiły się rozpaczliwe wezwania, aby bronić wolności konsumentów do robienia zakupów w dowolny dzień. Wojciech Maziarski napisał kilka tekstów na ten temat, każdy w tonie: jakim prawem komuniści odbierają mi wolność?! O wolności pracowników do odpoczynku nie wspominał.

Może warto sobie jednak przypomnieć, że większość z nas – oprócz tego, że jest konsumentami – jest także pracownikami? I na dłuższą metę opłaca się nam pytać także o wolność i prawa pracowników. Inaczej będziemy brali udział w zbiorowym wyścigu na dno. Dziś w imię wygody konsumenckiej poświęcimy kasjerki, jutro taksówkarzy, pojutrze ciebie. I tak oto pod pozorem wprowadzania udogodnień dla konsumentów będziemy tracili kolejne prawa pracownicze.

Zwodnicze uroki nieograniczonego konsumeryzmu

Ryszard Petru potrafił poświęcić wiele godzin, szukając w Niemczech otwartego marketu podczas Zielonych Świątków. Cały ten trud tylko po to, by móc obwieścić z triumfem, że będzie walczył, aby i Polacy zaznali takiej wolności konsumenckiej. Ciekawe, czy Alice Paul, Mahatma Gandhi bądź Martin Luther King tak właśnie wyobrażali sobie swoich następców? My walczymy o wolność kobiet, mieszkańców Indii, Afroamerykanów, ale nasi spadkobiercy będą walczyli o to, żeby można było konsumować non stop. To będzie dla nich najwyższy symbol wolności, to będzie test pozwalający oddzielić demokrację od dyktatury.

Dlaczego należy poprzeć strajk taksówkarzy, a Ubera odinstalować

Jeśli Petru chciał uchodzić za bojownika o wolność, mógł sobie wybrać wiele tematów: prawa kobiet, prawa mniejszości, prawa obywatelskie. A jednak postawił na wolność do konsumpcji – i to w epoce katastrofy klimatycznej, kiedy dla wszystkich powinno już być oczywiste, że ludzie muszą ograniczyć swój apetyt konsumpcyjny.

Odrobinę droższe produkty nie byłyby takim problemem, jeśli tylko zarabialibyśmy lepiej.

Łatwo się nabijać z Petru z powodu jego licznych wpadek, takich właśnie jak odwiedzanie niemieckich marketów akurat w Zielone Świątki. Ale jego przekonanie o świętej wolności konsumenckiej podziela duża część społeczeństwa. Tak nas nauczono. Kiedy myślimy o zaletach wprowadzenia w Polsce ustroju demokratycznego, to często pierwszą rzeczą, która przychodzi nam do głowy, jest większy wybór konsumencki. Rewolucję w tym kraju mogłoby wywołać zabranie dostępu do Netflixa, a nie majstrowanie przy Konstytucji.

Pisał o tym między innymi Zygmunt Bauman: „W praktyce ponowoczesnej wolność sprowadza się głównie do wyboru konsumpcyjnego”. I od razu dodawał przestrogę: „Aby z niej skorzystać, trzeba być wpierw spożywcą – im bardziej pełnokrwistym (zasobnym), tym lepiej. To wstępne wymaganie eliminuje miliony, których na wybór konsumpcyjny godny tego miana nie stać”.

Spór o Spurek, czyli o świętej dowolności konsumpcji

Prawa konsumenckie są ważne, dlatego też ważna jest perspektywa konsumencka. Musi być ona jednak uzupełniana o perspektywę pracowniczą i obywatelską. Inaczej nasza wolność okaże się cokolwiek krucha. Będzie to wolność do konsumowania – dla większości ludzi: konsumowania na kredyt – w świecie coraz gorszych warunków klimatycznych, coraz skromniejszych praw pracowniczych i coraz mniejszego wpływu obywateli na rzeczywistość.

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.