Świat

Zwolnieni z pracy za nieudane selfie. Uber (znowu) ma problemy

Przywykliśmy już do influencerów i modelek, nakładających na swoje fotki filtry korygujące twarze i sylwetki. Ale są tacy, którzy utracili prawo do wykonywania pracy, bo zrobili sobie niekorzystne selfie.

Zaczęło się w 2017 roku. Transport for London (TfL), rządowa instytucja odpowiedzialna za komunikację w brytyjskiej stolicy, zawiesiła wtedy Uberowi zezwolenie na jego dalszą działalność w mieście. Powód? Firma nie spełniała brytyjskich norm bezpieczeństwa.

Kierowcy figurowali tylko w wewnętrznych rejestrach Ubera i nie musieli posiadać miejskich licencji. Trudno było służbom porządkowym np. ustalić, czy osoba podająca się za kierowcę Ubera rzeczywiście nim jest. W efekcie 43 osoby, które nie miały do tego uprawnień, odbyły łącznie 14 tys. kursów pod szyldem amerykańskiej firmy.

W tym samym czasie polscy taksówkarze wysunęli przeciwko start-upowi zarzut nieuczciwej konkurencji. Argumentowali, że świadczą te same usługi co kierowcy Ubera, ale w przeciwieństwie do nich muszą dodatkowo ponosić koszty egzaminów i licencji. Skargami z Polski, Wielkiej Brytanii i innych krajów zajął się Trybunał Sprawiedliwości UE. I orzekł, że Uber nie jest, jak sam twierdzi, pośrednikiem między kierowcami a potencjalnymi pasażerami, lecz zwykłą firmą transportową – i jako taka musi spełniać te same standardy co jego konkurencja, w tym korporacje taxi.

Mamy cię, Uber!

czytaj także

Mamy cię, Uber!

Piotr Szostak

U nas skończyło się to wprowadzeniem ustawy zwanej potocznie Lex Uber. Sprawa brytyjska trafiła do miejscowego sądu i w ostatniej instancji wygrał ją Uber, ale nie bez przesady można nazwać to zwycięstwo pyrrusowym.

Amerykanie dostali zezwolenie na działanie w Londynie przez kolejne półtora roku i… długą listę wymogów, które musieli spełnić. Jeden z nich dotyczył właśnie możliwości zweryfikowania tożsamości kierowców. W kwietniu 2020 roku londyński oddział Ubera zaczął w tym celu używać… oprogramowania Microsoftu do rozpoznawania twarzy.

Selfie taksówkarza

Kierowcy Ubera mieli odtąd robić sobie selfie i wysyłać je do centrali za każdym razem, gdy wyjeżdżali do pracy. Mogli wybrać, czy zgodność przesłanego zdjęcia z tym w firmowej bazie potwierdzi komputer, czy człowiek. Przy czym w sytuacji, gdy decyzja maszyny wzbudzi wątpliwości, „drugą instancją” miał być zawsze człowiek.

Jak się właśnie okazało, nie zawsze to pomagało. W siedmiu przypadkach system zawiódł. Licencje straciły osoby, które rzeczywiście były kierowcami Ubera.

Związkowcy z brytyjskich organizacji App Drivers & Couriers Union (ADCU) oraz Worker Info Exchange (WIE) zapewniają, że prawdopodobnie będą w stanie doprowadzić do odzyskania przez nie prawa do wykonywania pracy.

Związki zawodowe niepokoi, że Uber posługuje się oprogramowaniem do rozpoznawania twarzy i na podstawie jego wskazań naraża swoich pracowników i pracowniczki na utratę niejednokrotnie jedynego źródła dochodu – wielu z nich to imigranci, często bez szans na znalezienie innej pracy.

Niebezpieczna droga na skróty

Kierownictwo Ubera musiało słyszeć o licznych wcześniejszych przypadkach, w których oprogramowanie do rozpoznawania twarzy zawiodło i wynikły z tego podobne kłopoty. Bo takie aplikacje – nawet dużych i znanych producentów – są wciąż dalekie od niezawodności.

Rasizm sztucznej inteligencji

Po pierwsze, ich algorytmy mielą petabajty informacji pozostawionych w sieci przez ludzi, którzy mają uprzedzenia. Dlatego jak wykazały w swoim słynnym badaniu specjalistki od sztucznej inteligencji Timnit Gebru i Joy Buolamwini, oprogramowanie ma problem z twarzami innymi niż białe, najbardziej gubiąc się przy identyfikacji kobiet o ciemniejszych karnacjach.

Po drugie, ludzie bywają do siebie podobni, stąd głośne przypadki aresztowań czy zatrzymań przypadkowych osób, które oprogramowanie wskazało jako poszukiwanych przestępców. Amerykańska policja i służby imigracyjne przekonały się przy tym, że prowadzony już przez żywych ludzi double check nie rozwiązuje problemu. Jedna z komend używała oprogramowania Amazona, które przyporządkowywało do wybranego zdjęcia… dane pięciu różnych osób. Decyzja, która z nich zostanie np. aresztowana, spadała więc na funkcjonariuszy. A oni mogą się przecież pomylić albo kierować własnymi uprzedzeniami.

Wniosek jest taki, że czy korzystamy z takich aplikacji, czy nie, nadal nie jesteśmy niczego pewni i nadal to my odpowiadamy za ewentualny błąd. To dlatego wiele firm i instytucji wycofało się z używania oprogramowania do automatycznego rozpoznawania twarzy do czasu zminimalizowania marginesu błędu (który dziś potrafi wynosić ponad 30 proc.!).

Kierownictwo Ubera musiało spędzić kilka ostatnich lat pod sporym kamieniem, żeby tego nie wiedzieć. Może więc po prostu, zgodnie z własnym zwyczajem, nie przejęło się dobrem ani swoich klientów, ani pracowników, a właściwie podwykonawców.

W obronie praw kierowców

Kiedy Uber zaczynał działać w 2009 roku, obiecywał kontaktować prywatne osoby, chętne do podwiezienia kogoś i zarobienia kilku groszy, z potencjalnymi pasażerkami i pasażerami. Był to bardzo malowniczy i antysystemowy mit założycielski, jak wiele w tzw. ekonomii współdzielenia. Tyle że Uber właściwie od początku działał na całkiem innych zasadach. Przede wszystkim formalnie nie jest pracodawcą kierowców. Tych zatrudniają partnerzy flotowi, którzy mają po kilkadziesiąt aut w leasingu. Żeby koszt się zwrócił, kierowcy pracują po kilkanaście godzin na dobę, zwykle na umowach śmieciowych, i zarabiają grosze.

Dlaczego należy poprzeć strajk taksówkarzy, a Ubera odinstalować

To między innymi ich sytuację miało uregulować orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE. W Polsce poskutkowało uchwaleniem przepisów, które zrównują Ubera i jego klony z korporacjami taksówkarskimi – wspomniane już Lex Uber. W Wielkiej Brytanii pośrednio przyczyniło się ono do zmian w sytuacji prawnej kierowców Ubera. 16 marca wszedł w życie wyrok Sądu Najwyższego, który przyznaje im status pracowników. Teraz mają prawo do płacy minimalnej, płatnego urlopu i emerytury.

Założyciel Worker Info Exchange James Farrer tłumaczy serwisowi TechCrunch, że związkowcy nie walczą z samym wykorzystaniem nowych technologii, bo nie tylko one popełniały błędy. Zawiódł cały system, który miał służyć potwierdzaniu tożsamości kierowców Ubera w Londynie, oparty na teoretycznie racjonalnej zasadzie, że jeśli decyzja maszyny budziła wątpliwości, zdjęciu miał się przyjrzeć człowiek.

„We wszystkich przypadkach kierowcy byli zawieszani w obowiązkach i słyszeli, że skontaktuje się z nimi ktoś z teamu specjalistów. Mijał tydzień albo więcej, a im blokowano licencję bez żadnych wyjaśnień. […] Żeby przeciwstawić się maszynie, trzeba być odważnym. Gdyby [specjaliści z Ubera – przyp. red.] to zrobili, pokazaliby, że rozumieją maszynę, sposób jej działania, jej ograniczenia, i cieszą się zaufaniem i wsparciem kierownictwa” – mówi.

Farrer mówi, że dla szeregowego „specjalisty” z Ubera zakwestionowanie wyroku komputera oznaczałoby kłopoty w pracy. A prawa kierowców? Ci nie mają ich zbyt wiele i są łatwi do zastąpienia. Nowe prawo przyznające im status pracowników miało to zmienić, jednak wyrok sądu nie przewidział sytuacji, w której prawa pracownicze może naruszyć… program do rozpoznawania twarzy.

Jakośtobędzizm

Uber nie od dziś działa na zasadzie „jakoś to będzie” i z tego powodu raz po raz popada w kryzysy wizerunkowe. Ten najpoważniejszy dotyczył nadużyć seksualnych wobec pasażerek i pasażerów. Śledztwo CNN z 2018 roku wykazało, że kierowcy Ubera w Stanach Zjednoczonych zostali oskarżeni o ponad sto gwałtów lub podobnych przestępstw.

Dopiero to skłoniło działającą niemal od dekady firmę do wprowadzenia „przycisku bezpieczeństwa” i innych mechanizmów w aplikacji, które pozwalają przewożonym osobom poinformować służby o nieakceptowalnym zachowaniu kierowcy albo niebezpiecznej sytuacji w czasie jazdy. Rozwiązanie wydawałoby się oczywiste i proste do implementacji w tak ultramobilnej aplikacji jak Uber, pozostaje tylko się dziwić, dlaczego tak długo na nie czekaliśmy.

Wygląda na to, że tym razem Uber tak samo beztrosko wprowadził swój niby-nowoczesny, zautomatyzowany ID Check w Londynie. Skończyło się podobnie jak w przypadku innych podmiotów, które ślepo uwierzyły w rzekome cudowne działanie oprogramowania do rozpoznawania twarzy.

W Uberze w Londynie rozpoznawania twarzy używano również wobec obcokrajowców, którzy często nie mieli jak bronić się przed nadużyciami „obiektywnej”, zautomatyzowanej maszyny. Uber musiał słyszeć o wcześniejszych takich przypadkach w amerykańskich więzieniach czy urzędach imigracyjnych. Mimo to zdecydował się technologię stosować.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jednymi z pierwszych osób pozbawionych licencji byli Imran Raja i Abdul Kadir Ali. Raja stracił prawo do pracy w Uberze na trzy miesiące, co pozbawiło jego rodzinę środków do życia, a u niego samego spowodowało załamanie nerwowe. W jego sprawie interweniowały związki zawodowe i udało im się doprowadzić do odzyskania licencji. Inni kierowcy, których spotkał podobny los, zapowiadają skierowanie spraw do sądu.

To wciąż zbyt mało, żeby Uber zamierzał być fair wobec swoich pracowników. W odpowiedzi na wyrok Sądu Najwyższego, który m.in. nakazywał liczyć czas ich pracy od momentu, gdy zalogują się do aplikacji, firma poinformowała, że nie planuje żadnych zmian i nadal będzie płacić od kursu, nie od zalogowania. A to znaczy, że kierowcy nie otrzymają wynagrodzenia za czas spędzony na oczekiwaniu na klienta, co w czasach pandemii i mniejszego zapotrzebowania na ich usługi może dla wielu oznaczać znaczący spadek dochodów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Karolina Wasielewska
Karolina Wasielewska
Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij