Film

W płytkim lesie

w głębi lasu recenzja

„W głębi lasu”, kolejna polska produkcja Netflixa – umieszczona w polskich realiach adaptacja prozy Harlana Cobena – cieszy się globalną popularnością. Zasłużenie?


Trzeba przyznać, że W głębi lasu to naprawdę dobry tytuł na serial kryminalny. Jest w nim obietnica tego, czego w tym gatunku szukamy: tajemnicy, grozy, napięcia, zagadki, piętrowej intrygi. Las to mrok, nieznane, niesamowite, wroga człowiekowi natura, miejsce kryjące metaforyczne i jak najbardziej dosłowne trupy. Niestety, las, w jaki wchodzimy w kolejnej polskiej produkcji Netflixa – umieszczonej w polskich realiach adaptacji prozy Harlana Cobena – jest płytki i rzadki jak zagajnik, przez który przeszła kolumna harwesterów. Mimo kilku rzeczy, które się w tym serialu niewątpliwie udały, to nie jest jakościowa telewizja, jakiej ma prawo oczekiwać polska publiczność.


Im dalej w las, tym mniej drzew

Co zawodzi w serialu? Dwie najważniejsze kwestie: reżyseria i scenariusz. Punkt wyjścia jest nawet obiecujący. Akcja toczy się na dwóch planach czasowych: współcześnie i w 1994 roku. W połowie lat 90. na obozie dla młodzieży licealnej dochodzi do tragedii. W lesie, koło domków kempingowych, gdzie mieszkają uczestnicy, znalezione zostają ciała dwóch młodych ludzi z obozu – chłopaka i dziewczyny. Kolejna para – Kamila i Artur – ginie bez śladu. Uczestnikiem obozu jest także Paweł, brat Kamili.

Ćwierć wieku później Paweł jest warszawskim prokuratorem. Prowadzi trudne śledztwo w sprawie gwałtu na studentce – jednym z głównych podejrzanych jest syn bogatego i popularnego telewizyjnego dziennikarza, Krzysztofa Dunaj-Szafrańskiego. Pewnego dnia Pawła odwiedza dwójka policjantów. Znaleźli ciało człowieka o nieznanej tożsamości. Znaleziono przy nim prasowe wycinki na temat kariery Pawła. Prokurator, po charakterystycznej bliźnie na ręce, rozpoznaje w nieboszczyku Artura – który od 1994 roku nie dawał znaku życia i powszechnie został uznany za zmarłego.

Niestety, wbrew staremu powiedzeniu, w serialu im dalej w las, tym mniej drzew. Im bardziej intryga się rozwija, ujawniając kolejne informacje i stawiając nowe pytania, tym bardziej okazuje się rozczarowująca. Po ciekawym początku dość szybko, gdzieś w jednej trzeciej trzeciego odcinka, siada to, co w tego typu produkcjach najważniejsze: zaciekawienie widza. Przestaje nas interesować, co dalej, co się właściwie stało, jaka jest odpowiedź na następną zagadkę.

W dużej mierze jest to wina tego, w jaki sposób – na poziomie scenariusza, reżyserii i montażu – film odsłania kolejne rozdziały intrygi. Nie mamy poczucia, że bierzemy udział w fascynującym poznawczo procesie odkrywania skomplikowanej, wieloznacznej mozaiki, gdzie nic nie jest tym, czym się z początku wydaje, a każda odpowiedź tak naprawdę otwiera tylko kolejne pytania. Kolejne zwroty akcji i rewelacje pokazujące, „co się tak naprawdę stało”, mają dość toporny charakter, często są po prostu podawane przez milczące do tej pory postaci, które nagle decydują się mówić. Widać to zwłaszcza w ostatnim odcinku, gdy poznajemy odpowiedzi na większość pytań.

Ostatni odcinek pozostawia przy tym kilka interesujących wątpliwości. W wyjaśnieniu, jakie otrzymaliśmy, kilka rzeczy się po prostu nie zgadza. Czy zobaczyliśmy tylko część prawdy? Czy twórcy zwiedli nas trikiem z niewiarygodnym narratorem? A może nie ma tu żadnej wyrafinowanej przewrotki czekającej nas w drugim sezonie, a wątpliwości wynikają po prostu z nieudolności przy konstruowaniu scenariusza? Przekonamy się w ewentualnych kolejnych odcinkach.

Pożegnanie z „Bella Ciao” [o serialu „Dom z papieru”]

To nie telenowela!

Za kamerą serialu stanęli Leszek Dawid i Bartosz Konopka – reżyserzy bez wątpienia sprawnie radzący sobie jako rzemieślnicy. Ich porządne rzemiosło czasami widać na ekranie. Mamy w serialu kilka bardzo sprawnie wyreżyserowanych i zagranych sekwencji. Casting jest chyba najmocniejszą stroną W głębi lasu. Świetnie obsadzeni są zwłaszcza aktorzy odtwarzający młodzież z połowy lat 90. – co w polskich produkcjach nie zawsze jest oczywiste. Zaskakująco dobrze radzi sobie Grzegorz Damięcki w roli dorosłego Pawła, pokazując, że potrafi grać coś więcej niż rolę generycznego mężczyzny sukcesu w średnim wieku, w której na ogół obsadzają go polskie produkcje. Błyszczy drugi i trzeci plan, na czele z Arkiem Jakubikiem w roli komisarza prowadzącego śledztwo w sprawie Artura, oraz Cezarym Pazurą jako Dunaj-Szafrańskim – po raz drugi po Ślepnąc od świateł ten aktor przypomina, że jeśli tylko dostanie odpowiedni materiał, naprawdę potrafi grać.

Sztywniutko? Raczej ładniutko

Niestety, nad dobrym aktorstwem, miejscami sprawną reżyserią i nastrojowymi zdjęciami Pawła Flisa ciąży estetyka telenoweli, zabójcza dla ogólnej jakości serialu. Narracja oparta na kryminalnej zagadce i tajemnicy musi zaufać inteligencji widza, nie może ślimaczyć się i grzęznąć w tautologiach niczym produkcje Ilony Łepkowskiej. Tymczasem W głębi lasu wpada w rytm właściwy raczej M jak miłość niż The Killing albo Broadchurch. Im bardziej rozwija się intryga, tym więcej niepotrzebnych scen, w których siedzące przy stole postacie podają nam w dialogu to, co reżyserzy powinni pokazać, zasugerować, dać do zrozumienia.

Szczególnie słabo pod tym względem wypada wątek relacji Pawła z jego licealną miłością, Laurą Goldsztajn. Laura tak jak Paweł brała udział w feralnym obozie, jej ojciec jest dyrektorem szkoły organizującej wyjazd i jego opiekunem. Tragedia oddala od siebie młodych ludzi i nigdy nie pozwala się rozwinąć łączącym ich uczuciom. Nagłe pojawienie się trupa dorosłego Artura ponownie zbliża do siebie Pawła, dziś wdowca, i mężatkę Laurę. O ile historia licealnej miłości tej dwójki poprowadzona jest całkiem zgrabne, o tyle ich współczesne relacje wyglądają jak naprawdę bardzo zła telewizja.

„W labiryncie ludzkich spraw zagubieni ty i ja”

Stawka prawdy

Wszystkie te słabości filmu dałoby się W głębi lasu wybaczyć, gdybyśmy mieli jako widzowie poczucie, że zmagania Pawła z tajemnicą z przeszłości i współczesną intrygą mają jakąś znaczącą stawkę. Kryminał, jak zwracało uwagę wielu teoretyków gatunku, zmienia zbrodnię w problem intelektualny: w zagadkę możliwą do rozwiązania w wyniku operacji myślowych. Jednocześnie, by ten intelektualny proces był w stanie przykuć naszą uwagę jako czytelników i widzów, musimy mieć poczucie, że prawda ma znaczenie. Że niesie ze sobą jakieś stawki – społeczne, polityczne czy choćby egzystencjalne, ważne życiowo dla osób, które dotknęła zbrodnia. Niestety, w serialu Netflixa nie widać za bardzo żadnej z nich.

Zbrodnia z 1994 roku zniszczyła życie co najmniej trzech rodzin – Pawła, Artura i Laury, której ojciec został obwiniony o to, co się stało w lesie. We współczesnym wątku słabo jednak czuć ciężar tej przeszłości. Tak jakby twórcy nie byli w stanie uwierzyć w to, że utrata siostry w młodości ostatecznie obciąża Pawła jako postać, dołożyli mu wątek zmarłej na ciężką chorobę żony – melodramatyczny w najgorszym guście.

Mamrotanie i chichoty, albo historia przemocy

Jeszcze gorzej jest ze społeczną stawką poszukiwanej przez Pawła prawdy. Jak zauważył francuski socjolog Luc Boltanski, klasyczny kryminał spod znaku Arthura Conan-Doyle’a (podobnie jak powieść szpiegowska) rodzi się mniej więcej wtedy co socjologia jako nauka. Detektyw, tak jak socjolog, zagląda pod podszewkę społeczeństwa, odkrywa to, co ukryte za fasadą: socjolog niewidoczne dla oka nieuzbrojonego w naukową metodę wzorce zachowań, schematy i powtarzalności; detektyw zbrodnie, nieprawość, korupcję.

Cały urok dobrego kryminału zasadza się na tym, że dostarczając przyjemności związanych z rozwojem intrygi, zagadką, pojedynkiem między detektywem/policjantem/prokuratorem a przestępcą, mówi przy tym coś ciekawego o świecie społecznym, w którym osadzona jest akcja. Jak zauważa narrator jednej z powieści Michela Houellebecqa, trudno o bardziej bezlitosną i celnie złośliwą wiwisekcję świata angielskich klas wyższych pierwszej połowy XX wieku niż powieści Agathy Christie – i to mimo konserwatyzmu autorki. W głębi lasu nawet nie zbliża się do tego poziomu, o Polsce – tej z 1994 roku i tej współczesnej – nie mówi w zasadzie nic ciekawego.

Eribon: Jesteśmy pariasami, dziedziczymy wykluczenie

Lata 90. zostają w serialu sprowadzone do kilku nawet ładnie dobranych piosenek (doceniam zwłaszcza Twoją anarchię Zielonych Żabek), dobrze wymyślonych kostiumów i wnętrz z koszmarnie opresyjnymi wizualnie meblościankami. Nie czuć jednak społecznego i politycznego klimatu epoki, w której Polska biegła sprintem między dwoma systemami społeczno-gospodarczymi, przy okazji rozjeżdżając się materialnie jako społeczeństwo. Owszem, mamy zasygnalizowany „wątek społeczny” – Artur jest synem sprzątaczki na obozie dla dzieciaków z inteligenckiego ogólniaka, o czym rzeczywistość kilkukrotnie dość obcesowo mu przypomina. Problem inteligenckiego ekskluzywizmu, napięcia na linii dolna warstwa klasy ludowej – inteligencja pokazany jest jednak tak ogólnie, że wątek równie dobrze można by umieścić w latach 80. co 10 lat temu.

Jakoś ciekawy jest poruszony w serialu problem polskiego antysemityzmu. Po zniknięciu czwórki młodych ludzi społeczność skupiona wokół szkoły nagle przypomina sobie, że ojciec Laury, dyrektor Goldsztajn, jest Żydem, rodzina staje się celem antysemickich aktów agresji. Wątek znika jednak, zanim zdąży w pełni wybrzmieć.

Spory potencjał społeczny miałby konflikt między dążącym do sprawiedliwości współczesnym Pawłem prokuratorem a gotowym na wszystko, by obronić swojego syna przed odpowiedzialnością karną, Dunaj-Szafrańskim. Zwłaszcza że wpisuje się on w toczące się także w Polsce dyskusje o kulturze gwałtu i bezradności systemu wymiaru sprawiedliwości wobec sprawców przemocy seksualnej. Niestety także ten wątek wybrzmiewa słabo, a zostaje ostatecznie rozwiązany w kompletnie absurdalny i niewiarygodny na każdym poziomie sposób.

Ludzie, którzy gwałcą

czytaj także

Podsumowując, otrzymujemy obiecującą, ale w końcu rozczarowującą i rozłażącą się produkcję. Miejscami ciekawą aktorsko i wizualnie, ale przytłoczoną najgorszą poetyką telenoweli po polsku. Kolejna polska produkcja Netflixa jest raczej pomyłką – to nie jest genialne Ślepnąc od świateł, ani nawet przyzwoity pierwszy sezon Belfra czy interesujący przy wszystkich swoich wadach 1983. Nie sposób zrozumieć, skąd globalna popularność produkcji.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".