Kraj, Miasto

Co PiS chce ugrać kandydaturą Bocheńskiego?

Kandydat PiS na prezydenta Warszawy przedstawia się jako może i konserwatywny, ale też młody, wykształcony, dynamiczny polityk, odnajdujący się w stylu życia klasy średniej. Jeden problem: jego oferta dla Warszawy jest szalenie anachroniczna. Można by ją sprzedać, ale jakieś 20 lat temu.

Choć od wyborów lokalnych dzieli nas jeszcze kilka dni, można już z całą pewnością stwierdzić, że popierany przez PiS Tobiasz Bocheński nie zostanie prezydentem stolicy. Co więcej, patrząc na to, jakie środki PiS przeznaczyło na jego kampanię, widać wyraźnie, że nikt na Nowogrodzkiej nie wierzył od początku, by faktycznie miał on szansę realnie powalczyć z Rafałem Trzaskowskim. Dlaczego więc PiS zdecydował się wystawić w Warszawie – gdzie prezydencki wyścig skupia największą uwagę ogólnopolskich mediów – mało znanego byłego wojewodę łódzkiego i mazowieckiego, który nigdy nie ubiegał się o żaden wybieralny urząd, a więcej wspólnego niż ze stolicą ma z Łodzią?

Bocheński, jak donosił między innymi Onet, miał zawdzięczać swoją karierę w PiS wsparciu Janiny Goss – wpływowej, choć niepiastującej nigdy kluczowych funkcji w państwie działaczki partii z Łodzi, cieszącej się wyjątkowym dostępem do ucha Jarosława Kaczyńskiego. By zobrazować jej wpływy w partii, wystarczy powiedzieć, że to Goss – według doniesień mediów – miała przekonać Kaczyńskiego do dymisji Jacka Kurskiego, gdy ten jej podpadł, bez konsultacji zwalniając szefa łódzkiego oddziału TVP.

W tej kampanii wielka polityka zupełnie przesłoniła samorząd

Kaczyński miał też po prostu polubić Bocheńskiego na gruncie towarzyskim. Nie jest to zaskakujące. Kandydat na prezydenta Warszawy to syn profesora literatury z Uniwersytetu Łódzkiego, sam napisał doktorat z historii myśli politycznej, ma bardzo inteligencki sposób bycia. Prezes PiS lubi otaczać się takimi „profesorskimi” politykami – pod warunkiem że ich inteligenckie wątpliwości nie kwestionują jego decyzji. Zależy mu, by jego formacja nie miała wyłącznie twarzy Błaszczaków, Brudzińskich i Suskich.

Niezależnie od tych dwóch czynników za kandydaturą Bocheńskiego stoi też pewna kalkulacja polityczna, wychodząca ku przyszłorocznym wyborom prezydenckim.

„Prawica wielkomiejska”

Ton kampanii Bocheńskiego bardzo wyraźnie odstaje od tego, co prezentuje popierająca go partia. Choć w pewnym momencie kampanii samorządowej PiS próbował przedstawić się jako siła modernizująca, kojarząca się z wielkimi projektami jak CPK, bardzo szybko wrócił do starego przekazu: Tusk, Niemcy, Bruksela, dyktatura, zamach stanu, więźniowie polityczni koalicji 13.12., siódma okupacja, jedenasty zabór.

Bocheński w ogóle nie posługuje się podobnym językiem. Atakuje, oczywiście, Trzaskowskiego – bo trudno, by kandydat ubiegający się o władzę w mieście nie punktował prezydenta walczącego o reelekcję – ale robi to w sposób dość merytoryczny, bez posługiwania się językiem insynuacji i bez wykluczania przeciwników z politycznej wspólnoty. Unika też polaryzujących tematów określanych w naszej debacie publicznej jako „światopoglądowe”. W rozmowie z Konradem Piaseckim w TVN24 wprost zadeklarował, że w kampanii zajmować się będzie nie „LGBT i aborcją”, ale „korkami i drogami”.

W tej samej rozmowie Bocheński zadeklarował się jako przedstawiciel „wielkomiejskiej prawicy”. Zwłaszcza na samym początku jego kampania starała się przedstawiać kandydata PiS jako może konserwatywnego, ale jednocześnie młodego, wykształconego, dynamicznego, odnoszącego sukcesy mieszkańca wielkiego miasta, zdolnego porozumieć się z zamieszkującą je klasą średnią i prowadzącego podobny do niej styl życia.

Bocheński zaczął więc kampanię od propozycji stworzenia aplikacji mobilnej umożliwiającej udział w głosowaniach, konsultacjach i referendach lokalnych – niestety jego sztab nie sprawdził, że podobna aplikacja już od jakiegoś czasu funkcjonuje w stolicy. Następnie przekonywał, że jest nieprawdą, jakoby prawica była wroga kobietom. Przedstawił swoją kandydatkę na wiceprezydentkę – Barbarę Sochę – oraz obiecał, że jako prezydent sprawdzi, czy kobiety zatrudniane przez Warszawę nie zarabiają na tych samych stanowiskach mniej niż mężczyźni. Znów, jak szybko wypunktował Rafał Trzaskowski, okazało się, że miasto prowadzi już taką politykę.

Bocheński zaproponował nawet „wege piątki” w szkołach – choć wcześniej politycy PiS straszyli „wegeterrorem”, jak kiedyś „ideologią LGBT” i fotografowali się nad stekami.

Sadura: Stosunek do mięsa to pole walki

Na początku kampanii Bocheński też wrzucił zdjęcie z burgerem, ale celem nie było podkreślenie przywiązania kandydata PiS do mięsa, a pokazanie, że Bocheński dobrze się odnajduje w wielkomiejskim stylu życia – podobnie jak zdjęcia w kawiarniach i innych warszawskich lokalach. Kandydat PiS sporo mówi przy tym o zdrowym żywieniu i stylu życia, co też nie jest tematem podejmowanym często przez partię Kaczyńskiego.

Jak więc widać, Bocheński próbuje kierować swoją kampanię nie do mieszkańców Warszawy z klasy ludowej, głosujących wcześniej na PiS portfelem, ani do twardej, ideologicznej prawicy, ale do wielkomiejskiej klasy średniej. A więc do grupy, do której od 2018 roku PiS zupełnie nie potrafi dotrzeć – a w ostatnich wyborach można było odnieść wrażenie, że nawet już nie próbuje.

Przerywamy symulację

Jak dotąd nic nie wskazuje, by ten ryzykowny polityczny eksperyment się udał. Może też po części dlatego, że przy całym wysiłku włożonym w budowanie wizerunku Bocheńskiego jako nowoczesnego mieszkańca wielkiego miasta, wolnego od ideologicznych odlotów prawicy spod znaku Czarnka, jego oferta dla Warszawy jest szalenie anachroniczna, jakby została wyciągnięta z jakiegoś głębokiego pawlacza, z czasów sprzed powstania pierwszych ruchów miejskich.

Widać to zwłaszcza w dwóch obszarach: transportu i mieszkalnictwa. W obu tych kwestiach spośród wszystkich poważnych kandydatów w środowej debacie TVP Bocheński prezentował pomysły najbardziej anachroniczne, oderwane od tego, jak myśli się dziś o mieście.

Debata warszawska: mieszkania i transport trendują w dyskusji

W kwestii mieszkalnictwa bronił wyprzedaży za grosze zasobu komunalnego, co dziś jest polityką, którą za przeciwskuteczną i szkodliwą dla miasta uznaje nie tylko lewica, ale też Trzaskowski. W kwestii transportu Bocheński ustawia się w roli „obrońcy kierowców”, rzekomo prześladowanych przez politykę miejską faworyzującą pieszych, transport publiczny i rowery. Na szczególny cel wziął sobie Strefę Czystego Transportu – niedawno wrzucił nawet na swoje konto na portalu X wideo przedstawiające Warszawę 2025, w której ze względu na Strefę do pracy w centrum można dopisać wyłącznie wozem ciągniętym przez konia. Zabawną jak dowcipy rysunkowe w „Najwyższym Czasie” w czasie, gdy premierem był Miller.

Wyprzedaż zasobu komunalnego i „obrona praw kierowców” to nie tematy dla kandydata nowoczesnej wielkomiejskiej prawicy z trzeciej dekady XXI wieku, ale dla lekko korwinizującego kandydata na prezydenta stolicy sprzed jakichś dwudziestu lat. Przyglądając się kampanii Bocheńskiego, ma się czasem wrażenie, że jest ona nie tyle próbą skoku PiS w przyszłość, ile restartu przeszłości. Kojarzycie pewnie ten mem, gdzie jakaś postać publiczna mówi: „Przerywamy symulację. Rozpruj poduszkę, znajdziesz w niej paczkę draży Korsarzy. Zjedz je wszystkie i zaśnij. Obudzisz się w – tu pada konkretna data – roku i zaczniemy wszystko od początku”.

Polski Ład, czyli wspaniała fantazja o poprzedniej cywilizacji

Bocheński brzmi, jakby zjadł paczkę draży cofającą go tak do roku 2004, do czasu, gdy PiS starał się zachować wizerunek statecznej, chadeckiej, mieszczańskiej partii, zanim po koalicji z PiS i Samoobroną i w kontrze do PO przesunął się na znacznie bardziej populistyczne pozycje. Ofiarą tego „resetu” padają wszystkie „kotwice socjalne” PiS, których w kampanii Bocheńskiego w ogóle nie widać. Polityk chwalony jest zresztą przez komentatorów sympatyzujących raczej z Konfederacją – jako kandydat o prawdziwie wolnorynkowych poglądach, który swoich intelektualnych mistrzów wymienia jednego z ideowych ojców neoliberalizmu Friedricha von Hayeka.

To nie będzie drugi Duda

Jako bez wątpienia oczytany filozof polityki Bocheński powinien jednak wiedzieć, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Podobnie jak nie da się zbudować nowoczesnej, wielkomiejskiej prawicy z programem dla miasta z czasów, gdy oczywistością wydawała się koalicja PO-PiS, z dublującą istniejące już rozwiązanie aplikacją jako jedynym ukłonem wobec roku 2024.

Eksperyment z Bocheńskim pewnie się więc nie powiedzie. A jego stawką nie jest wyłącznie Warszawa – start w stolicy miał zbudować rozpoznawalność Bocheńskiego pod kątem przyszłorocznych wyborów prezydenckich, w których miałby on powtórzyć sukces Andrzeja Dudy.

Greenwashing po warszawsku, czyli jak Trzaskowski robi z nas idiotów

Pamiętając, że w sukces obecnego prezydenta też nikt nie wierzył, gdy PiS zgłosił jego kandydaturę, zaryzykuję stwierdzenie, że jest bardzo mało prawdopodobne, by Bocheński okazał się Dudą bis. Po pierwsze, inna jest koniunktura polityczna. W 2015 roku ludzie mieli dość ośmiu lat rządów PO i pięciu Komorowskiego, dziś ludzie ciągle mają dość rządów PiS i Dudy.

Po drugie, słaby wynik w Warszawie może zupełnie zamknąć temat prezydenckiej kandydatury Bocheńskiego. Zwłaszcza jeśli – jak pokazuje niedawny sondaż zamówiony przez TVP Info – wyprzedzi go kandydatka lewicy i ruchów miejskich, Magdalena Biejat. Taki scenariusz byłby upokarzającą klęską zarówno dla Bocheńskiego, jak i dla PiS.

Biejat: Ważne, żeby dzieci nie chłonęły szkodliwych patriarchalnych wzorców

Wreszcie, co kluczowe, Duda wygrał dwa razy właśnie dlatego, że nie był „wielkomiejską prawicą” – choć żył w Krakowie, ukończył elitarne liceum i prawo na UJ oraz pochodzi z profesorskiej rodziny. Duda miał znacznie bardziej „ludowy” sposób bycia, niż wskazywałoby na to jego pochodzenie i wykształcenie, a ta „ludowość” – stanowiąca nieustające źródło wesołości dla wyborców z klasy średniej – była tym, co pozwoliło mu nawiązać kontakt z elektoratem z przysłowiowych Końskich.

Bocheński tego nie ma, jak na kandydata partii muszącej mobilizować elektorat ludowy jest zbyt elitarny. Dlatego za rok możemy zobaczyć jeszcze zupełnie inny wariant.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij