Kraj

To nie jest rekonstrukcja na spokojne czasy

Fot. KPRM

Gdyby szczerze nazwać funkcję lidera PiS, zostałby zaprzysiężony jako wicepremier ds. pilnowania, by Morawiecki i Ziobro nie pobili się w politycznej walce. Jakub Majmurek komentuje rekonstrukcję rządu.

Po wielu tygodniach spekulacji, plotek, nowych nazwisk na dziennikarskich giełdach, przecieków o możliwym rozpadzie koalicji, całodobowych transmisji z parkingu przy Nowogrodzkiej poznaliśmy w końcu skład zrekonstruowanego rządu. Co rekonstrukcja realnie zmieniła? Poza tym, że kilku ministrów odeszło z rządu, a kilku do niego weszło lub wróciło, jak Jarosław Gowin, rekonstrukcja zmieniła dwie rzeczy. Po pierwsze, doszło do komasacji resortów, która miała skończyć z przekleństwem Polski resortowej, uprościć proces decyzyjny i skoncentrować go w urzędzie premiera jako „mózgu” państwa. Po drugie, do rządu wszedł Jarosław Kaczyński, co radykalnie zmienia polityczną dynamikę obozu władzy.

Kursu ku centrum nie będzie

Zacznijmy jednak od personaliów. Taki, a nie inny skład rządu pokazuje, że wszyscy, którzy mieli nadzieję na to, że rekonstrukcja będzie oznaczać pacyfikację frakcji „jakobińskiej” i spokojną budowę socjalnego państwa PiS, powinni przeklinać teraz własną bezbrzeżną naiwność. Za kurs do centrum od biedy można uznać objęcie resortu rolnictwa przez Grzegorza Pudę. Puda był sejmowym sprawozdawcą ustawy o „piątce dla zwierząt”, czym zdobył sobie wdzięczność takich organizacji jak Otwarte Klatki. Ciągle względnie młody jak na polską politykę (rocznik 1982) Puda może służyć za nową, zwróconą poza twardy elektorat twarz rządu.

Nowa rewolucja czy pisowska ciepła woda w kranie? Co nas czeka po rekonstrukcji

Wizerunkowo nominację dla Pudy unieważnia jednak zupełnie ta dla Przemysława Czarnka, który ma pokierować ponownie połączonymi resortami edukacji i nauki. Trudno uznać tę decyzję za coś innego niż deklarację ideologicznej wojny. Czarnek ma na koncie wypowiedzi, które powinny go dyskwalifikować jako polityka w tej części Europy. Powierzenie komuś takiemu nadzoru nad uczelniami wyższymi i szkołami – a więc polskimi dziećmi – jest wyrazem skrajnego zacietrzewienia i nieodpowiedzialności. Szkoła Czarnka nie tylko nie będzie w stanie edukować młodych ludzi do życia w demokracji XXI wieku, nie tylko nie dostarczy zgodnej z ustaleniami nauki wiedzy w takich obszarach jak seksualność, ale będzie wręcz prowadzić aktywną wojnę ze współczesnym światem.

Na krótką metę ta wojna wyrządzi sporo szkód, uczyni polską debatę publiczną jeszcze bardziej brutalną i spolaryzowaną. Na dłuższą – trudno wyobrazić sobie, by Czarnek, przy pomocy wygłaszanych z ministerialnego stanowiska połajanek, narodowo-katolickich pierwszych czytanek, wycieczek szkolnych po tzw. polskich Kresach i akademii ku czci Inki, Zagończyka i Lecha Kaczyńskiego zdołał odwrócić cywilizacyjne trendy, którym od dekad podlegają polskie dzieci i młodzież. Przesadna konserwatywna ofensywa w nauce i oświacie może przynieść wręcz odwrotny efekt.


Nominacja dla Czarnka zastanawia z jeszcze jednego powodu. Przed polską szkołą bardzo trudny czas. Nadchodzi druga fala pandemii, która może wymusić przechodzenie kolejnych placówek na nauczanie zdalne. W tej sytuacji być może warto było zachować ciągłość kierownictwa w resorcie. A już na pewno wątpliwości budzi postawienie na jego czele osoby bez żadnego doświadczenia w zarządzaniu edukacją i zainteresowania jej sprawami. W ciągu prawie roku obecności w parlamencie liczba interpelacji posła Czarnka jakkolwiek związanych z edukacją wyniosła okrągłe zero.

W KPRM ma zostać powołany specjalny minister bez teki ds. obywatelskich i tożsamości europejskiej. Jak mówili mediom politycy Zjednoczonej Prawicy, jego głównym celem ma być „dawanie odporu lewicowej agendzie”. Funkcja, mająca przypaść Solidarnej Polsce (partia podobno nie może się dogadać co do personaliów), zaprojektowana została jako coś w rodzaju równoległego biura Rzecznika Praw Obywatelskich, walczącego o prawa rzekomo dyskryminowanych konserwatywnych obywateli. Znając ten rząd, będzie to oznaczać np. interwencje w sprawie organizacji jeżdżących po miastach ciężarówkami z plandeką pełną homofobicznych haseł. Trudno wskazać zachodnią demokrację liberalną, gdzie istniałaby podobna funkcja.

Za kolejny symbol tego, jak bardzo oddalony od centrum będzie zrekonstruowany gabinet Morawieckiego, można też uznać fakt, iż obecna jest w nim tylko jedna kobieta. W XXI wieku w Unii Europejskiej to jednak dość niespotykane, rząd w takim składzie wygląda jak sprzed pół wieku. Jedyna ministra w rządzie, Marlena Maląg, pokieruje przy tym Ministerstwem Rodziny – czym zgodnie z konserwatywnym stereotypem powinna zajmować się polityczka.

Czy herbata zrobi się słodsza od mieszania?

Premier Morawiecki podkreślał, że sens rekonstrukcji nie jest personalny, ale instytucjonalny. Faktycznie, ministrowie, którzy teoretycznie dawno powinni wylecieć – jak odpowiedzialny za wyrzucenie w błoto 70 milionów złotych na „wybory pocztowe” Jacek Sasin – w rządzie zostali, zlikwidowano za to szereg ministerstw. Konkretnie sześć.

Część z nich faktycznie warto było połączyć. Wcześniejsze rozdzielenie Ministerstwa Środowiska i Klimatu wynikało głównie z tego, że trzeba było dać drugi resort Solidarnej Polsce – padło akurat na środowisko, z podległymi mu Lasami Państwowymi, stanowiącymi źródło cennych posad dla ziobrystów. Lasy przechodzą teraz do Ministerstwa Rolnictwa, co oznacza najpewniej czyszczenie ich ze stronników ministra sprawiedliwości. Sensowna wydaje się także likwidacja osobnego resortu gospodarki morskiej i żeglugi czy Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej. Wątpliwości może jednak budzić oddzielenie spraw pracy od Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Zwłaszcza że pracą ma się zająć Ministerstwo Rozwoju kierowane przez Jarosława Gowina, najbardziej chyba prorynkowego polityka w rządzie. Co swoją drogą można odczytać jako złośliwy komentarz rzeczywistości do fantazji o „socjalnym PiS”.

Po kryzysie. Czy możemy już przestać zajmować się problemami Zjednoczonej Prawicy?

Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy od tego mieszania rządowa herbata zrobi się słodsza. Czy fuzje i likwidacje ministerstw, przetasowania kadrowe, przerzucanie kompetencji między resortami stworzą nową, bardziej sterowną rządową strukturę, zdolną realizować strategiczne cele, bez rozdrabniania państwa na „Polskę resortową”? Szczerze mówiąc, nie sądzę.

Po pierwsze, nowe, wielkie resorty równie dobrze mogą zmienić się w niesterowne molochy. W efekcie czego polityka będzie rozgrywać się nie jak dotąd osobno, na poziomie każdego resortu, ale na poziomie każdego wiceministra. Przyznam też szczerze, że w sprzedawaną mediom od kilku miesięcy opowieść o zmianie mającej przebudować całą konstrukcję gabinetu, wzmacniając premiera, przestałem wierzyć, gdy dowiedziałem się, że do rządu wchodzi Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS w rządzie w naturalny sposób będzie osłabiał premiera Morawieckiego: ministrowie nie będą orientować się na premiera, ale na jego formalnego podwładnego, a faktycznie szefa. Oczywiście, do pewnego stopnia tak było od samego początku obecnych rządów PiS – Kaczyński pełnił funkcję nadpremiera, kontrolującego oba „swoje” gabinety, Szydło i Morawieckiego. Bezpośrednie wejście prezesa PiS do rządu wzmocni jednak niepomiernie zależność premiera od szefa największej popierającej go partii.

Trudno też uwierzyć, by utworzenie specjalnego stanowiska wicepremiera i szefa komitetu ds. bezpieczeństwa wynikało z potrzeb państwa i konieczności racjonalnej przebudowy gabinetu tak, by ten jak najlepiej mógł odpowiadać na stojące przed Polską wyzwania. Jeszcze miesiąc temu nikt o takim rozwiązaniu publicznie nie mówił. Kaczyński nie wchodzi do rządu, bo tego potrzebuje państwo, ale dlatego, że wydaje się to konieczne dla przetrwania skłóconej koalicji rządowej – gdyby szczerze nazwać funkcję lidera PiS, zostałby zaprzysiężony jako wicepremier ds. pilnowania, by Morawiecki i Ziobro nie pobili się w politycznej walce.

Konflikt może wrócić

Przy tym konflikt w Zjednoczonej Prawicy rekonstrukcja rządu raczej zamiotła pod dywan, a nie rozwiązała. Przystawki dostały co prawda po łapach i zostały sprowadzone do parteru, a jednocześnie dostały nagrodę pocieszania w postaci dodatkowych ministrów w KPRM: ziobryści od ideologii, Porozumienie Michała Cieślaka od samorządów.

Minister wojen kulturowych

Przyczyny konfliktu jednak pozostały. Ziobro ciągle ma wielkie ambicje i trochę inną koncepcję przyszłości Polski niż Mateusz Morawiecki, który z lukratywnej kariery w sektorze bankowym też przecież nie rezygnował po to, by do końca życia realizować w polityce cudze plany. A w tej układance jest jeszcze „zakon PC”, starzy druhowie prezesa jeszcze z lat 90. i prezydent, którego nie można już postraszyć odmową poparcia na drugą kadencję. Andrzej Duda zapowiedział zresztą, że w tym tygodniu nie ma czasu na zaprzysiężenie nowych ministrów, Morawiecki zignorował to i bez prezydenta samodzielnie ogłosił skład nowego gabinetu. To może być sygnał napięć na linii sejmowa większość – pałac prezydencki. Słyszymy też, że prezydent może zawetować „piątkę dla zwierząt” – negocjacje koalicyjne miały długo rozbijać się o gwarancje Ziobry i Gowina, że ich ludzie poprą w razie czego odrzucenie takiego weta.

Na razie wszystko ciągle spaja Jarosław Kaczyński. Fakt, że by ratować swoją większość przed rozpadem, musiał wejść do rządu, można odczytać jako sygnał, że wszechwładny strateg z Nowogrodzkiej słabnie. Obecność w rządzie będzie go tylko politycznie zużywać i osłabiać – gdy w 2006 roku stanął na czele gabinetu, był to początek końca pierwszego PiS. Dziś do końca jeszcze bardzo daleko, według wszelkich sondaży PiS wygrywa każde wybory, opozycja jest w dołku. Utrzymać ten stan rzeczy – zwłaszcza w sytuacji drugiej fali pandemii i recesji – będzie jednak partii rządzącej coraz trudniej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".