Kraj

Nowa rewolucja czy pisowska ciepła woda w kranie? Co nas czeka po rekonstrukcji

Rekonstrukcja rządu nie jest tylko tematem zastępczym. Jest częścią szerszego pasjansa, który układa się właśnie w obozie władzy, gdzie ścierają się dwie tendencje – „modernizacyjna” i „jakobińska”. Kto wygra?


Od kilkunastu dni media pełne są przecieków na temat zapowiedzianej rekonstrukcji rządu: kto stanowisko straci, kto zyska, czyj resort przeznaczony będzie do likwidacji, a czyj wzmocni się o kolejne departamenty i kompetencje. Informacje zmieniają się jak kurs giełdy w kryzysie, sprzedawane jako pewne newsy drugiego dnia są dementowane, przecieki wzajemnie się wykluczają. Trudno więc mieć pretensję do opinii publicznej, która na to wszystko często po prostu wzrusza ramionami, całe zamieszanie z rekonstrukcją traktując jako temat zastępczy, mający odwrócić uwagę od problemów rządu w jego obecnym składzie – na czele z kolejnymi rekordami aktywnych przypadków COVID-19 w Polsce.

Choć do kolejnych pojawiających się na dziennikarskiej giełdzie nazwisk nowych bądź przeznaczonych do dymisji ministrów nie warto specjalnie się przywiązywać, to rekonstrukcja rządu nie jest tylko tematem zastępczym. Jest częścią pewnego szerszego pasjansa, który układa się właśnie w obozie władzy. Ma on kilka wymiarów: personalny i ideologiczny, rządowy i partyjny. Równie istotne jak skład przyszłego rządu będą w nim: kształt Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy w drugiej kadencji, wyniki wyborów na wiceprezesów PiS na jesiennym kongresie partii, wreszcie pozycja dwóch koalicjantów PiS – Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Porozumienia Jarosława Gowina – w obozie władzy. Od tego, jak ten pasjans ostatecznie się ułoży, zależą nie tylko relacje pomiędzy różnymi frakcjami składającymi się na Zjednoczoną Prawicę, ale także kierunek, w jakim podąży jej polityka w następnych trzech latach.

Jakobini i modernizatorzy

W obozie władzy toczy się bowiem spór o interpretację wyniku wyborów prezydenckich. Z jednej strony są one dla PiS świetne. Na Andrzeja Dudę w drugiej turze padło 10,44 miliona głosów – więcej niż na jakiegokolwiek innego kandydata, poza Wałęsą w 1990 roku (zdobył 10,66 miliona). Z drugiej strony na Rafała Trzaskowskiego, a tak naprawdę przeciw Andrzejowi Dudzie, padło niewiele mniej głosów – 10,018 miliona. Znów, więcej w drugiej turze zdobył tylko Wałęsa 30 lat temu. Wszystko to po pięciu latach świetnej koniunktury, niskiego bezrobocia, kolejnych hojnych świadczeń socjalnych.

PiS i przystawki muszą więc odpowiedzieć sobie na pytanie: co zrobić z ponad 10 milionami Polaków, dla których nawet wtedy, gdy poprawia się ich sytuacja bytowa, kandydat PiS jest nie do zaakceptowania? Zwłaszcza że pandemia i idący za nią kryzys najpewniej skończą czas, gdy rządy PiS kojarzą się znaczącej większości z wyraźnym i ciągłym wzrostem poziomu życia. Elektorat PiS jest też wyraźnie starszy od tego opozycyjnego – Andrzej Duda wygrał głosami 50+, największe poparcie miał wśród seniorów. Za trzy lata część wyborców Dudy z tego roku nie będzie już w stanie oddać głosu. Na rynek wyborczy wejdą z kolei nowe roczniki, które – jeśli tendencja z ostatnich wyborów się utrzyma – w przeważającej większości nie zagłosują na Zjednoczoną Prawicę.

Jak na to wszystko odpowiedzieć? W obozie władzy ścierają się dwie tendencje. Z jednej strony technokratyczno-modernizacyjna, z drugiej „rewolucyjna”, „jakobińska”. Czego chcą „modernizatorzy”? Dogadania się, a przynajmniej deeskalacji politycznego konfliktu chociażby z częścią tych Polaków, którzy w lipcu zagłosowali przeciw Dudzie. Co w politycznej praktyce miałoby oznaczać, że w najbliższych trzech latach PiS nie rozpoczyna żadnego nowego rewolucyjnego natarcia – na niezależne media, uniwersytety, organizacje pozarządowe – i w jak największym stopniu będzie wyciszać konflikt na tych frontach, które otworzyło. Np. w kwestii sądownictwa, sporu z Unią Europejską, praw człowieka.

Zjednoczona Prawica miałaby wrócić do języka i wizerunku, które dały jej podwójne zwycięstwo w 2015 roku, oparte na znacznie szerszej podstawie społecznej (osoby z wyższym wykształceniem, mieszkańcy miast) niż obecny, przeważająco plebejski elektorat formacji rządzącej. PiS i koalicjanci mieliby znów założyć szaty ludowo-konserwatywnej partii z silnym socjalnym komponentem. Stawiającej raczej na wielkie modernizacyjne projekty, takie jak elektromobilność, drony, biotechnologię, robotykę, niż kulturowe i instytucjonalne wojny. Tak ustawiony PiS mógłby zawalczyć o przejęcie przynajmniej części mieszczańskiego elektoratu środka czy młodych wyborców, zdolnych zaakceptować konserwatyzm Zjednoczonej Prawicy w zamian za modernizacyjną obietnicę. Bo nawet w wizji pisowskich „modernizatorów” wspieranie przysłowiowych biotechnologicznych hubów miałoby się wiązać z powstrzymywaniem „rewolucji obyczajowej”, wyraźnie konserwatywną polityką historyczną i symboliczną państwa oraz uprzywilejowaną rolą katolicyzmu w przestrzeni publicznej.

Repolonizacja. Czy PiS weźmie się za media?

Frakcja „rewolucyjna” odrzuca podobne głosy jako receptę na „platformizację” PiS-u. Jej zdaniem, jeśli partia rządząca przesunie się na pozycje wskazywane przez „modernizatorów”, zacznie tracić elektorat na rzecz bardziej ideowej Konfederacji. Elektoratu, który w liczbie 10 milionów poparł Trzaskowskiego, nie da się zdaniem „jakobinów” odzyskać. Część jest rządzącej partii fundamentalnie wroga, część zmanipulowana przez szereg instytucji, które – mimo pięciu lat rządów Zjednoczonej Prawicy – ciągle skutecznie wypaczają demokratyczny proces w Polsce, nie pozwalając rządzącej koalicji na zdobycie poparcia, na jakie – biorąc pod uwagę sukcesy ostatnich pięciu lat – zasłużyła.

Jakie to instytucje? W swoim wpisie na Facebooku z końca ubiegłego tygodnia Patryk Jaki, jeden z najbardziej aktywnych medialnie „jakobinów”, wyróżnił siedem „fortec” „wrogiej socjalizacji”, działających na rzecz „rozmontowania naszego starego ładu moralnego, opartego na systemie aksjologicznym cywilizacji zachodniej z jej najważniejszym filarem – etyką chrześcijańską” i zamontowania zamiast niego „nowej ideologii lewicowej z etyką permisywną”. Te fortece to: kultura konsumpcyjnych aspiracji, przekonująca, że wstyd jest być prawicowym Polakiem-katolikiem; liberalne media prywatne; uczelnie wyższe; organizacje pozarządowe; korporacje, które jak Ikea wpisują różne gendery i LGBT-y do swoich regulaminów; kultura, gdzie „najbardziej masowe narzędzia socjalizacji […] tj. Netflix, Amazon i HBO GO, znane są z nachalnej promocji poprawności politycznej oraz lewicowej rewolucji moralnej”; wreszcie instytucje międzynarodowe.

Zjednoczona Prawica, zamiast starać się przypodobać wyborcom Trzaskowskiego, musi zająć się instytucjami „socjalizującymi” Polaków na wykorzenionych, permisywnych kosmopolitów, nawet wbrew własnym interesom materialnym głosujących przeciw obecnej władzy. Zamiast przekonywać nieprzekonanych, frakcja jakobińska chce administracyjno-prawnymi środkami odebrać im narzędzia politycznej organizacji i artykulacji, maksymalnie ograniczyć miejsca, gdzie Polska niepisowska jest widoczna publicznie, i przydusić jej kanały komunikacji. Taka polityka prowadzić musi do otwartego konfliktu z Unią Europejską i innymi organizacjami międzynarodowymi – wymienionymi przez Patryka Jakiego jako fortece „wrogiej socjalizacji”. Stąd Jaki nawoływał wcześniej premiera do zawetowania postanowień unijnego szczytu, na którym dostęp do funduszy europejskich został (niestety, znacznie słabiej, niż powinien) powiązany z przestrzeganiem praworządności, a jego partia, Solidarna Polska, zażądała wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej (stambulskiej).

Europejskie miliardy wygrały z prawicową ideologią

Frakcyjne układanki

Jak ten podział – „jakobini” i „modernizatorzy” – przekłada się na gry frakcyjne w Zjednoczonej Prawicy i rekonstrukcję rządu? Nie zawsze w oczywisty sposób. Najważniejszym „jakobińskim” głosem jest partia wspomnianego Patryka Jakiego, Solidarna Polska. To jej politycy – poza Jakim i liderem, Zbigniewem Ziobrą, także wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski – najgłośniej domagali się w ostatnich tygodniach „repolonizacji mediów” czy ostrej gry z Unią Europejską.

Praktycznie cała partia Ziobry mówi podobnym głosem, jeśli są w niej bardziej umiarkowani politycy, to ich nie słychać. Wszystkie wezwania polityków SP do zaostrzenia kursu wynikają w dużej mierze z przekonań tworzących ją liderów, ale nie tylko. Kaczyński miał nie zgodzić się na powrót Ziobry i jego ludzi do PiS. Skazana na funkcjonowanie jako przystawka większego koalicjanta SP musi jakoś odróżniać się od PiS, budować własną tożsamość, na której w najgorszym wypadku dałoby się oprzeć jakiś nowy, własny projekt. Wiadomo, że z Ziobrą jako liderem Solidarna Polska nie ma ruchu ku centrum sceny politycznej, może iść tylko na prawo – stąd partia musi tam budować swoją wiarygodność radykalnymi, nawet jak na obóz rządzący, deklaracjami. Nie bez znaczenia dla agresywnej retoryki SP może też być to, że wśród medialnie widocznych polityków tej partii poza Beatą Kempą nie ma kobiet, dominują za to młodzi mężczyźni postrzegający politykę w maczystowskich kategoriach brutalnej gry „kto kogo”.

Najważniejszą postacią w obozie „modernizatorów” wydaje się z kolei premier Morawiecki – od dawna będący w konflikcie ze Zbigniewem Ziobrą. Dla ziobrystów, jak mówią osoby znające działaczy Solidarnej Polski, premier zawsze był „ciałem obcym” w Zjednoczonej Prawicy, bliższym wykorzenionym, liberalnym elitom niż rządzącej dziś partii. Morawiecki jest podobno zwolennikiem bardziej umiarkowanej, nieotwierającej niepotrzebnych frontów polityki, w razie czego gotowej nawet do cywilizowanej współpracy z opozycją. Jego często brzmiące jak twardy PiS wypowiedzi mają czysto taktyczny wymiar – premier uwiarygadnia się w ten sposób w oczach własnej partii.

Morawiecki ma mieć sojuszników przede wszystkim w drugim koalicjancie PiS, Porozumieniu Gowina. To ta partia, reprezentująca bardziej „cywilizowaną”, otwartą na klasę średnią, elity zawodowe, modernizację i rozwój prawicę, uważana jest za najpoważniejszą siłę, na którą Morawiecki mógłby liczyć w projekcie technokratyczno-konserwatywno-ludowych rządów. Drugim sojusznikiem jest premier Piotr Gliński – podobnie jak Morawiecki – solista w PiS. W samej partii Morawiecki buduje dopiero własne poparcie, co idzie mu dość opornie.

Przeciw niemu grają dziś właściwie wszystkie pozostałe frakcje Zjednoczonej Prawicy: „zakon PC”, grupa najwierniejszych sojuszników Kaczyńskiego; frakcja Brudzińskiego; „nauczycielki”, czyli grupa Beaty Szydło, zwana też „tapirami”, od tapirowanych fryzur byłej premier i jej sojuszniczek. Powody niechęci tych środowisk do Morawieckiego są różne. Szydło czuje się upokorzona tym, że to dla Morawieckiego Kaczyński usunął ją ze stanowiska szefowej rządu. Zakon PC (Błaszczak, Kuchciński) mają za złe, że ktoś, kto nie był z prezesem od początku, zaszedł tak daleko, podobnie bardzo bliska mu frakcja Brudzińskiego. Te trzy frakcje niekoniecznie chcą aż takiego zaostrzenia kursu jak ziobryści, ale chętnie widzieliby upadek Morawieckiego i Gowina jako „zdrajców”, którzy uniemożliwili wybory w maju – je Andrzej Duda wygrałby bez problemu, czyli bez 10 milionów głosów przeciw sobie.

Tę frakcyjną układankę komplikują przepychanki wokół rekonstrukcji rządu. W interesie wszystkich partii z PiS leży przynajmniej niewzmacnianie przystawek. Z kolei Ziobro i Gowin – choć w sporze o rozliczenie wyborów prezydenckich i przyszłość obozu władzy stoją na przeciwstawnych biegunach – mają wspólny interes w walce o to, by koalicjanci PiS w nowym rozdaniu, niezależnie od zapowiadanej konsolidacji ministerstw, zatrzymali co najmniej po dwa resorty. I jak donoszą media, obaj koalicjanci mieli się porozumieć, by w tej sprawie grać razem.

Co postanowi prezes?

Sytuacja, w której różne frakcje Zjednoczonej Prawicy biorą się za łby i walczą na kilku frontach równocześnie, jest bardzo wygodna dla prezesa Kaczyńskiego. Raz jeszcze ustawia go w roli lidera, który stojąc ponad frakcjami, interweniuje w ich spory, a przywracając porządek, pokazuje, jak nieodzowny jest dla trwania i funkcjonowania swojego środowiska politycznego.

Argumenty której z frakcji przekonają ostatecznie prezesa? Na razie wydaje się, że przyhamowane zostały żądania „jakobinów”. Ich najważniejszy cel po wyborach, wymiana premiera Morawieckiego, najpewniej się nie powiódł. Kaczyński zadeklarował, że premier zostaje. To oczywiście nie powstrzyma wrogów Morawieckiego we własnym obozie politycznym od knucia przeciw niemu. Jeśli jednak na kongresie PiS jesienią Morawiecki zostanie jednym z wiceprezesów partii, najbardziej lojalne wobec Kaczyńskiego frakcje będą jakoś musiały sobie z obecnym premierem ułożyć życie.

Morawiecki – na pewno co najmniej za wiedzą Kaczyńskiego – sprytnie rozwiązał też sprawę żądań wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej. Odesłał ją do TK, by ten sprawdził, czy jest zgodna z konstytucją. Można się spodziewać, że podobnie jak w przypadku zapytania o zgodność „aborcji eugenicznej” z ustawą zasadniczą, sprawa poleży sobie w podporządkowanym Kaczyńskiemu TK w nieskończoność.

Trudno jednak uwierzyć, by prezes pozwolił Morawieckiemu administrować państwem i modernizować je w normalnym trybie – bez okresowych wielkich mobilizacji, konfliktów, politycznych kryzysów. Gdy nie ma ciągłego kryzysu i konfliktu z resztą społeczeństwa, słabnie rola Kaczyńskiego w układzie władzy, uwaga opinii publicznej przenosi się na wykonujący normalną pracę rząd. A na to obawiający się utraty kontroli nad własnym obozem Kaczyński nie pozwoli. Rację miał chyba Rafał Matyja, gdy spekulował, że pomysł wyborów pocztowych został wrzucony przez Kaczyńskiego, by „przypomnieć” o sobie w sytuacji walki z epidemią, gdy rząd wydawał się faktycznie rządzić państwem, w dodatku jakoś dogadując się z opozycją. Biorąc też pod uwagę, że prezes dzieli wiele diagnoz „jakobinów” – np. na temat roli mediów prywatnych – możemy spodziewać się, że w ramach kolejnych wewnętrznych walk w obozie władzy frakcja rewolucyjna i jej postulaty będą uruchamiane przez Nowogrodzką – nawet jeśli przegra ona obecne rozdanie.

Czy ktoś tu jeszcze myśli o państwie?

Robert Krasowski w swojej książce o „czasie Kaczyńskiego” zauważył, że dla lidera PiS od władzy nad państwem zawsze ważniejsza była władza nad partią – w 2007 roku wolał oddać władzę nad Polską, by zachować tę nad swoim stronnictwem. Efektem takiego myślenia u szefa partii od pięciu lat rządzącej krajem jest to, że logika partyjna – zarządzania partyjnymi frakcjami i umacniania stojącego nad nimi wszystkimi Kaczyńskiego – całkowicie wypiera politykę rozumianą jako myślenie o państwie. Partyjna, a nawet frakcyjna taktyka przykrywa państwową strategię.

Nie słuchajcie, co wam mówią o konwencji. Czytajcie ją sami

Oba okresy rządów PiS – 2005–2007 i obecny – pokazują, że wizerunek PiS jako siły propaństwowej, zdolnej do myślenia w kategorii budowy państwowych instytucji, jest zupełnie fałszywy. Widzimy to raz jeszcze przy okazji obecnych sporów na temat przyszłości Zjednoczonej Prawicy. Rekonstrukcja rządu nie ma służyć sprawniejszemu funkcjonowaniu państwa, tylko frakcyjnym porachunkom, upokorzeniu jednych środowisk i wzmocnieniu innych. Frakcja rewolucyjna chce zapewnić swojemu środowisku długoletnią władzę, blokując możliwości działania opozycyjnym siłom, dążąc do faktycznie jednopartyjnego państwa – w imię taktycznej gry, kto kogo wypycha poza rodzinę europejskich demokracji. „Tapiry” i „zakon PC” interesuje głównie usunięcie „obcego ciała”, czyli Morawieckiego. Frakcja premiera uprawia sympatyczny na tym tle modernizacyjny dyskurs, ale poza planami i prezentacjami mało co się z niego materializuje.

Oczywiście, do pewnego stopnia polityka wyglądała tak zawsze. Można wskazać podobne zjawiska w gabinetach Tuska, Millera, Buzka. Chyba jednak nigdy wcześniej takie przesłonięcie tego, co państwowe, przez to, co frakcyjno-partyjne, nie było aż tak wyraźne jak w obecnym układzie władzy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".