Kraj

Zbigniew Ziobro i punkt nie-rządności

Straszenie „ideologią LGBT” pomogło prawicy w ostatnich wyborach europejskich, parlamentarnych i prezydenckich. Ale każdy, najbardziej służący partii temat można jednak przegrzać. Czy Zbigniew Ziobro właśnie tego nie robi?

14 lutego 2007 roku Zbigniew Ziobro zorganizował konferencję prasową. Pokazał na niej dziennikarzom film z zatrzymania przez CBA kardiochirurga Mieczysława Garlickiego. Oprócz przestępstw korupcyjnych lekarza oskarżono także o „zabójstwo w wymiarze ewentualnym”. „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie” – ogłosił z triumfem minister sprawiedliwości, występując nie tylko w roli prokuratora, ale i sędziego.

Takich konferencji Ziobry za pierwszego PiS (2005–2007) było znacznie więcej. Wszystkie oparte na patosie, suspensie, starannej reżyserii, pełne poważnych oskarżeń, efektownych sformułowań, czasem zaskakujące użyciem gadżetu. W czerwcu 2006 roku Ziobro zademonstrował dziennikarzom działanie niszczarki dokumentów: tłumaczył w ten sposób, czemu prokuratura zabezpieczyła dowody w sprawie rzekomego finansowania kampanii prezydenckiej Tuska przez PZU (śledztwo umorzono bez postawienia komukolwiek zarzutów). Latem 2007 roku Ziobro dumnie prezentował dyktafon – który miał się stać „gwoździem” do trumny Andrzeja Leppera. Lepper wcześniej oskarżył Ziobrę, że to on był źródłem przecieku w sprawie tzw. afery gruntowej, nagranie miało „zdemaskować” lidera Samoobrony. Można tylko zgadywać, jakie gadżety i inne atrakcje Ziobro szykował na konferencję prasową z okazji aresztowania Barbary Blidy – do której nie doszło z wiadomych przyczyn.

Wszystkie te popisy Ziobry prawie nigdy nie przekładały się na sukcesy prokuratury. W sprawie doktora G. sąd skazał kardiologa tylko za drobne przestępstwa przyjęcia korzyści majątkowej, za słowa o „pozbawianiu życia” Ziobro przegrał z lekarzem proces o naruszenie dóbr osobistych. Popisy ministra sprawiedliwości stały się też jedną z przyczyn zaskakującej klęski PiS w wyborach w 2007 roku. Ludzie mieli dość płynącego z resortu chaosu, używania wymiaru sprawiedliwości do celów politycznych, prokuratury na wojnie ze społeczeństwem.

W poprzedniej kadencji (2015–2019) to resort Ziobry znów był źródłem największych kontrowersji wokół obozu władzy, głównie w związku z reformą sądownictwa. Jednocześnie lider Solidarnej Polski trochę ograniczył swoją aktywność na konferencjach prasowych i zaoczne ferowanie wyroków na znajdujące się na celowniku prokuratury osoby – przynajmniej do czasu.

W ostatnią sobotę, dzień po zatrzymaniu Margot i kilkudziesięciu osób protestujących w jej obronie, Ziobro znów zorganizował konferencję prasową. Pokazał nagranie ze starcia Margot i innych aktywistów z kierowcą ciężarówki Fundacji Pro – Prawo do Życia, komentując nagranie: „Tu mamy do czynienia z przestępstwem, z kryminalnym, z zuchwałym chuligańskim zachowaniem”. Nie tylko z góry wydał wyrok na osobę, która przed prawomocnym wyrokiem sądu pozostaje w świetle prawa niewinna, ale także zarzucił opozycji wspieranie „chuliganów” i „bandytów”. Czyżby historia z lat 2005–2007 zaczynała się powtarzać?

Jak prawica zalegitymizowała anarchistyczny queer

Oczywiście, wiele różni to ostatnie wystąpienie i te sprzed półtorej dekady. Inaczej niż w latach 2005–2007, PiS ma samodzielną większość w Sejmie. Ma za sobą pięć lat fenomenalnego rozwoju gospodarczego, świetnej sytuacji na rynku pracy i hojnych wydatków socjalnych – co całkowicie uodparnia wielu wyborców na wątpliwe działania prokuratury, policji i innych służb. Inaczej niż w takich sprawach jak ta doktora G. czy Leppera Ziobrze wiatru w żagle dodaje logika wojny kulturowej – gdzie raczej zachowawcze dyspozycje istotnej części społeczeństwa utwardza jeszcze systematyczna propaganda całej sieci instytucji, z konserwatywnymi odłamami Kościoła katolickiego na czele.

Nawet jednak biorąc to wszystko pod uwagę, obserwując to, co działo się w ostatnich dniach, trudno nie zapytać, czy Ziobro wie, co robi, aż tak szarżując? Do czasu ostrej reakcji prokuratury i policji akcje z zatrzymaniem ciężarówki propagującej homofobiczne hasła i z oflagowaniem na tęczowo pomników na Krakowskim Przedmieściu przyjmowane były ze sporą rezerwą przez istotną część nawet lewicowej opinii publicznej, o liberalnej nie wspominając.

Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi

Dopiero brutalna reakcja państwa, które postanowiło skryminalizować normalny obywatelski protest – jakim jest tęczowe oflagowanie pomników – zalegitymizowała anarchoqueerowy kolektyw Stop Bzdurom w głównym nurcie debaty publicznej. Z postaci nieznanej i marginalnej Margot stała się symbolem oporu przeciw przemocy pisowskiego państwa. Listy w jej obronie piszą największe tuzy światowej humanistyki, nie tylko gwiazdy kampusowej lewicy, jak Judith Butler i Noam Chomsky, ale także bardziej politycznie centrowi badacze, np. Daniel Beauvois. Kolektyw Stop Bzdurom w kilka dni zebrał darowizn na kwotę kilkuset tysięcy złotych.

Oczywiście można spytać, czy Ziobrze i Zjednoczonej Prawicy nie chodzi właśnie o to, by opozycja wobec rządów PiS zyskała twarz działaczek kolektywu, jak na polskie warunki dość radykalnego w postulatach i stylu działania w przestrzeni publicznej. Sklejenie opozycji z kontrowersjami wokół wojen kulturowych, zwłaszcza z ciągle nieakceptowanym przez większość postulatem adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, trzy razy zadziałało przecież w ostatnich wyborach: europejskich, parlamentarnych i prezydenckich.

Każdy, najbardziej służący partii temat można jednak przegrzać. Czy Zbigniew Ziobro nie robi właśnie tego? Liderzy konserwatywnej opinii publicznej, jak Tomasz Terlikowski, przestrzegają Zjednoczoną Prawicę przed zaostrzaniem wojen kulturowych. Procesy cywilizacyjne, globalna popkultura, sekularyzacja widoczna w Polsce, zwłaszcza w młodym pokoleniu, wreszcie otoczenie międzynarodowe – wszystko to sprzyja postępom tego, co prawica nazywa „ideologią LGBT”. Administracyjnym ukazem trudno jest zatrzymać takie procesy, a próba ich powstrzymania z pomocą prokuratora i policyjnej pałki może chwilowo zachwycić własny aktyw i skrajnie prawicowy elektorat, ale w dłuższej perspektywie może wywołać wręcz odwrotną reakcję i uruchomić w Polsce gwałtowny sekularyzacyjno-emancypacyjny scenariusz na wzór Malty i Irlandii – czego konserwatyści tacy jak wspomniany Terlikowski wydają się wyraźnie obawiać.

Kraj bez Boga [rozmowa]

Umiarkowany, zachowawczy elektorat, który na co dzień nie myśli w perspektywie długotrwałych procesów cywilizacyjnych, od działań Ziobry odstraszyć może to, że państwo, zamiast zapewniać światopoglądowy pokój, wydaje się eskalować w Polsce kulturową wojnę. Tak jak problemem dla bardziej konserwatywnej części opozycji może być sklejenie z postulatami LGBT, tak dla obozu władzy może być jego utożsamienie ze skrajnymi, fundamentalistycznymi grupami w typie autorów akcji z homofobiczną ciężarówką czy aktywistów Armii Boga pilnujących z różańcem w dłoniach posągu Chrystusa Króla przed Bazyliką Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Państwo, które do pilnowania posągów – by nikt przypadkiem nie przepasał ich tęczową flagą – wysyła ochronę właściwą raczej dla członka rządu w państwie o wysokim stopniu zagrożenia terroryzmem, zwyczajnie ośmiesza się w oczach obywateli. Podobnie jak – przy zachowaniu wszelkich proporcji – ośmieszała się autorytarna władza PRL, aresztując za Gomułki kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a za Jaruzelskiego walcząc z krasnalami z Pomarańczowej Alternatywy.

Potrzebne pole manewru

Największy problem dla obecnego obozu władzy z konfrontacyjnymi działaniami Ziobry polega na tym, że akcje ministra sprawiedliwości zabierają mu potrzebne w tak delikatnej kwestii pole manewru. Wojnę z LGBT PiS – z punktu widzenia cynicznej logiki władzy i zarządzania społecznymi emocjami – rozgrywał bowiem dotąd dość sprawnie. Skupiał się na najbardziej dzielących społeczeństwo kwestiach – jak adopcja dzieci przez pary jednopłciowe – rozniecał panikę moralną wokół „seksualizacji dzieci”, a przy tym dystansował się od najtwardszej homofobii, przekonując, że do osób homoseksualnych jako takich nic nie ma i w Polsce mogą one przecież żyć zupełnie swobodnie.

Jak zakłamana, czy wręcz obraźliwa dla inteligencji społeczności LGBT i jej sojuszników nie byłaby ta narracja, to zadziałała. Gdy tacy politycy jak poseł Czarnek wychodzili poza partyjny przekaz, mówiąc, że osobom homoseksualnym nie powinny przysługiwać takie prawa „jak osobom normalnym”, byli jednak uciszani. Politycy wrzucający eliminacyjne hasła – „Polska bez LGBT jest najpiękniejsza” Joachima Brudzińskiego – gdy wywiązywała się awantura, bezczelnie przekonywali, że wcale nie powiedzieli tego, co powiedzieli. Choć wielu polityków, szeregowych działaczy i sympatyków PiS myśli podobnie jak poseł Czarnek i Brudziński, partia wie, że nie utrzyma zwycięskiej większości, jeśli będzie mówić tylko ich językiem, że musi sobie zostawić pole, by w razie czego się wycofać. To, co robi Ziobro, to, jak nakręca homofobicznie elektorat, w przyszłości będzie utrudniać PiS-owi pole manewru w tej kwestii. Państwo rzucające o ziemię tęczowymi aktywistkami może posunąć się do miejsca, z którego na żadne umiarkowane pozycje powrotu nie będzie.

A ten powrót może być konieczny nie tylko ze względu na krajową, ale i międzynarodową politykę. Prawa LGBT są dziś w świecie zachodnim cywilizacyjnym standardem. Polska ze swoim stosunkiem do praw mniejszości staje się coraz bardziej osobliwością, budzącą wśród zachodniej opinii publicznej – od której zależą kluczowe dla naszego bezpieczeństwa i gospodarczej współpracy rządy – w najlepszym wypadku niezrozumienie, w najgorszym niechęć. Część konserwatywnych liderów opinii – jak szef „Do Rzeczy” Paweł Lisicki – może sobie spekulować, że Polska powinna rozważyć wyjście z UE, jeśli ta będzie za bardzo naciskać w kwestii LGBT. Nie jest to jednak pozycja, którą nawet przy wsparciu TVP PiS byłoby dziś w stanie „sprzedać” społeczeństwu. W sprawie LGBT rząd musi sobie zostawić przestrzeń w relacjach z UE i Stanami – zwłaszcza jeśli w styczniu Trumpa zastąpi Biden. Akcje Ziobry zmuszają tymczasem Morawieckiego, by na arenie międzynarodowej jadł kolejne żaby.

Polityka nie-rządu

Być może jednak Ziobrze o to właśnie chodzi? Komentując aresztowanie Margot, Andrzej Stankiewicz, jeden z najlepiej poinformowanych dziennikarzy politycznych w Polsce, stwierdził, że Ziobro świadomie w ten sposób „podkłada lont pod bombę”, która rykoszetem ma uderzyć w Morawieckiego, wywołując w Polsce polityczny kryzys, nad którym ten nie będzie w stanie zapanować.

Nie jest to pierwsza taka akcja lidera Solidarnej Polski. Wyraźnie od kilku miesięcy gra na rządowe przesilenie i wymianę premiera. Na razie się to nie udało, Kaczyński wysłał sygnał, że Morawiecki zostaje. Nic jednak nie wskazuje, by w wyniku rekonstrukcji z rządu odszedł Ziobro.

Sadyzm impotentów, czyli sprawa Margot a schyłkowa sanacja

W rządzie będzie kołysał łódką Zjednoczonej Prawicy, tym bardziej, im bliżej rozstrzygnięcia będzie kwestia następcy Jarosława Kaczyńskiego na czele obecnego obozu władzy. W to kołysanie włączana będzie najpewniej prokuratura, wojny kulturowe, w tym kwestia LGBT, spór z Unią Europejską. Nawet biorąc pod uwagę, jak paniki moralne rozniecane wokół tego tematu do tej pory działały, Ziobro może się przeliczyć. Polacy mają słabą tolerancję dla rządów, które osiągają to, co można nazwać punktem nie-rządności – moment, gdy rząd nie jest w stanie spełniać swoich podstawowych funkcji, gdyż tworzący go obóz polityczny całą swoją energię pochłania na wojny we własnych szeregach.

Ten punkt osiągnął AWS najpóźniej po klęsce Krzaklewskiego w wyborach prezydenckich w 2000 roku, SLD w swojej drugiej kadencji po aferze Rywina, PiS w ubiegłej dekadzie od początku stał na jego krawędzi. Teraz pod tę krawędź pchają go ziobryści. Nawet jeśli dziś ich działania nie szkodzą sondażowym słupkom, w perspektywie kilku lat mogą okazać się dla obozu władzy kluczowym problemem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij