Kraj

Płyniemy rozchwianą łajbą. Prognozy na 2022 rok

W nowym roku Polska będzie więc zupełnie rozchwiana. Większość ludzi, którzy chcą po prostu żyć w miarę dostatnio, ale przede wszystkim spokojnie, nadchodzące miesiące mogą przyprawić o ból głowy.

Jeśli ktoś lubi spokojne czasy, to w nadchodzących 12 miesiącach nie będzie się czuł komfortowo. Chociaż powinniśmy się już przyzwyczaić, bo od 30 lat Polska pozostaje w stanie permanentnej transformacji. Od trzech dekad polskie rządy nieustannie przy czymś grzebią, czasem pod dyktando kogoś z zewnątrz, częściej z własnej inicjatywy, a rezultaty często są nieoczekiwane. Na turbulencje związane z covidem, zmianami klimatu oraz sytuacją międzynarodową jesteśmy więc przygotowani jak mało które społeczeństwo na świecie.

„Syte” narody Europy Zachodniej mogły już zapomnieć, jak to jest żyć pod reżimem niestabilności, ale my to znamy doskonale, więc i te nachodzące na siebie transformacje jakoś przetrwamy. Przecież, jak rymował dawno temu Radoskór z kolegami, „co ma być, to będzie”. A będzie na pewno inaczej.

Jeśli mamy uczyć się na błędach, to rok 2021 był kopalnią wiedzy

Przejściowe bariery

Pierwsze, co interesuje zestresowaną ludność znad Wisły, to ceny. Od drugiego półrocza 2021 roku inflacja wyraźnie przyspieszyła i oderwała się już od celu inflacyjnego określanego przez NBP. Obecna inflacja nadal nie sprawia, że przeciętnie realnie biedniejemy, a to za sprawą faktycznych podwyżek, które oczywiście mogą być różne dla różnych grup zawodowych. Przynajmniej do października 2020 roku podwyżki rozlewały się dosyć egalitarnie po społeczeństwie, co potwierdza najnowsza „Struktura wynagrodzeń według zawodów” GUS – płace w najsłabszych grupach zawodowych rosły nawet nieco szybciej niż średnia.

Nie zmienia to faktu, że podwyższona inflacja wywołuje u ludzi zupełnie uzasadniony niepokój, którego nie można lekceważyć (co mi się zdarzało). Gdy niemal za wszystko musisz płacić nieco więcej, to w naturalny sposób czujesz, że tracisz grunt pod nogami i zaczynasz z lękiem spoglądać w przyszłość.

Z tym niepokojem trzeba się będzie mierzyć także w nowym roku. Według prognozy BNP Paribas inflacja konsumencka w 2022 roku wyniesie przeciętnie 6,8 proc., przy 5,1 proc. w tym roku. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego wzrost cen będzie jeszcze szybszy – średnio wyniesie 7,3 proc., a szczyt przypadnie na drugi kwartał roku – wtedy wskaźnik inflacji sięgnie 9 proc. Zważywszy, że według GUS prawie 9 proc. sięgnęła ona już z końcem zeszłego roku, to w szczycie obecnego może nawet być przez chwilę dwucyfrowa. Na szczęście, według prognoz, w 2023 roku prawdopodobnie wreszcie spadnie – według PIE do 3,7 proc.

Dlaczego właściwie inflacja miałaby w ogóle kiedyś spaść? Dlatego że jej główną przyczyną są bariery podażowe, które w przyszłym roku powinny wreszcie zostać przełamane, przynajmniej częściowo. Według danych PIE w Niemczech w III kwartale ubiegłego roku, czyli w momencie rozpędzania się inflacji, niemal połowa producentów raportowała niedobory materiałów i sprzętu. We Francji jedna trzecia. Inflacja producencka (PPI) jest znacznie wyższa niż konsumencka (CPI) – w strefie euro w III kwartale ubiegłego roku sięgała 13 proc., a w Polsce przekraczała 10 proc.

Nie tylko inflacja. Koncerny podnoszą ceny, bo mogą

To postpandemiczne bariery podażowe są najważniejszym czynnikiem napędzającym obecną inflację – ważniejszym niż puchnące marże oraz polityka rządów i banków centralnych. Polityka NBP i polskiego rządu może co najwyżej odpowiadać za to, że inflacja w Polsce jest nieco wyższa niż na zachodzie kontynentu – ale nie za inflację samą w sobie. Bariery podażowe są jednak przejściowe i wynikają z niekorzystnego splotu różnych czynników – pandemii, kryzysu kontenerowego, błędnie skonstruowanych łańcuchów dostaw czy napięć międzynarodowych. Poza tymi ostatnimi większość z nich w tym roku powinna przynajmniej częściowo minąć.

Kluczowa energia

W 2022 roku pojawią się jednak nowe czynniki proinflacyjne, za które rząd już odpowiada. Mowa o wzroście cen za energię elektryczną oraz gaz. Od 1 stycznia taryfa za energię elektryczną dla odbiorców indywidualnych wzrosła już o 24 proc., a za gaz o ponad połowę. Odbiorcy indywidualni i tak są w lepszej sytuacji, gdyż mają ceny regulowane – podmioty gospodarcze i instytucje płacą ceny rynkowe, w których sufit właściwie nie istnieje. Dla nich cena za gaz może wzrosnąć nawet o 800 proc. – tak jak w przypadku pewnej piekarni w Lublinie oraz przychodni w stolicy.

Drastycznie więcej zapłaci też część gospodarstw domowych, których zarządcy budynków podpisali umowy biznesowe, o ile nie uda im się zmienić taryf na regulowane. Przez lata umowy biznesowe były opłacalne, ale obecnie stały się pułapką. Wśród klientów PGNiG takich gospodarstw domowych jest 290 tys. (na 7 mln). W ciągu roku ceny gazu być może się ustabilizują, chociażby dlatego, że USA zwiększą swój eksport, dzięki czemu będzie go na rynku więcej.

Trudno jednak być optymistą w kwestii cen prądu w Polsce. W 2021 roku uprawnienia EUA sięgnęły już prawie 90 euro za tonę CO2. Według CIRE ceny uprawnień stanowią już 59 proc. kosztu wytworzenia energii elektrycznej w Polsce. Oczywiście, w państwach, które są w mniejszym stopniu oparte na węglu, wpływ cen uprawnień na koszt wytworzenia energii jest znacznie niższy. Ostatnie lata zupełnie przespaliśmy, jeśli chodzi o dekarbonizację, i przyjdzie nam za to słono zapłacić.

Jak bardzo muszą zdrożeć emisje, żeby Polska odeszła od węgla?

Według PIE tegoroczny wzrost taryf za energię elektryczną i gaz podwyższy poziom inflacji o 3,1 pkt proc. Tak więc za ponad 40 proc. tegorocznej inflacji odpowiadać będzie wzrost cen energii – i to ceny energii będą napędzać inflację, a nie bariery podażowe, które sukcesywnie będą znoszone. Jeśli Polska nie zacznie wreszcie poważnie dekarbonizować gospodarki, w 2023 roku ceny energii mogą znowu wzrosnąć. Rządowa tarcza antyinflacyjna nieco obniży inflację, ale zaledwie o punkt procentowy, i to tylko w pierwszym półroczu 2022 – według PIE w całym roku jej wpływ wyniesie ledwie 0,3 pkt proc.

Mimo wszystkich tych fatalnych czynników koniunktura gospodarcza w Polsce jest zaskakująco dobra. Według OECD w przyszłym roku wzrost PKB sięgnie ponad 5 proc. i będzie wyższy nie tylko od państw rozwiniętych, ale nawet Chin, co byłoby pierwszym takim przypadkiem w historii III RP. Według BNP Paribas w przyszłym roku płace w Polsce wzrosną o prawie 9 proc., a stopa bezrobocia rejestrowanego spadnie z 6 do 5 proc. Według PIE w latach 2022–2023 polska gospodarka wzrośnie o 9,8 proc., co będzie najwyższym wynikiem w Grupie Wyszehradzkiej i jednym z najwyższych w UE (średnia w strefie euro – 6,8 proc.). Polskie firmy dzięki rekordowym marżom zachomikowały mnóstwo gotówki, z którą teraz będą musiały coś zrobić – przecież nie da się wszystkiego wydawać na zachcianki właścicieli (chociaż część tych nadwyżek pochłoną ceny energii). Dodatkowo słaby złoty wciąż będzie sprzyjać eksportowi, który według BNP Paribas wzrośnie o 8 proc.

Omikron w natarciu

Oczywiście, znów wszystko rozbije się o pandemię. Nowy wariant omikron wywołał drastyczny wzrost zakażeń w Europie Zachodniej, ale na szczęście nie doprowadził do proporcjonalnego wzrostu hospitalizacji i zgonów. Te państwa mają jednak silną ochronę zdrowia, w przeciwieństwie do Polski, w której nawet mniej zjadliwy, ale bardziej zakaźny wariant może sparaliżować system.

Według ministra zdrowia w Polsce szczyt piątej fali nastąpi pod koniec stycznia, gdy możliwe będzie nawet 100 tys. zakażeń dziennie. Chociaż rząd uparcie nie zamierza wprowadzać nowych, a właściwie jakichkolwiek, restrykcji, to gdy sytuacja pandemiczna będzie fatalna, część obywateli zrobi sobie lockdowny samemu – dobrowolnie izolując się w domu. Poza tym fala zwolnień chorobowych również może sparaliżować gospodarkę. Boostera szczepionki przyjęło jak do tej pory ledwie 7,5 mln Polaków, tymczasem właśnie booster najlepiej chroni przed hospitalizacją – za to samo przechorowanie wcześniejszego wariantu już niespecjalnie.

2021 rok upłynął także pod znakiem drożejących mieszkań. Hossa na rynku nieruchomości często cieszy media liberalne, nie jest jednak powodem do radości dla większości zwykłych ludzi, którzy kupują mieszkanie – o dziwo – po to, żeby w nim mieszkać, a nie na nim zarabiać.

Mieszkanie prawem? Niechby i towarem, byle nie spekulacyjnym

Według Expandera w zeszłym roku w polskich miastach wojewódzkich ceny mieszkań wzrosły o 15 proc, czyli o przeszło połowę bardziej niż płace. Znów więc pod tym względem zbiednieliśmy. W bieżącym roku ceny prawdopodobnie jednak wyhamują. Przede wszystkim dlatego, że drastycznie wzrosną ceny kredytu – a to za sprawą wzrostu stóp procentowych.

Na początku tego roku RPP po raz kolejny podwyższyła stopy procentowe – tym razem do 2,25 proc. Mamy więc poziom już wyższy niż przed pandemią i najwyższy od 2014 roku. To oznacza nie tylko wyższe raty, ale też mniejszą dostępność kredytu dla nowych, potencjalnych nabywców mieszkań. Być może odstraszy to część inwestorów indywidualnych, ale z pewnością utrudni też kupno mieszkania tym, którzy pragną tylko własnego lokum. Wyższe stopy ograniczą więc popyt na mieszkania, tymczasem liczba mieszkań oddanych do użytku w zeszłym roku była rekordowa – prawdopodobnie na rynek trafiło 230 tys. mieszkań, czyli najwięcej w historii III RP. Jeśli nie będą miały stać puste, deweloperzy będą musieli nieco spuścić z tonu.

Rząd bierze na przeczekanie

W nowym roku Polska będzie więc zupełnie rozchwiana. Wysoka dynamika gospodarcza w połączeniu z niestabilnością (pandemia, transformacja energetyczna) oraz wzrostami cen są idealnym środowiskiem dla różnych obrotnych jednostek, które wiedzą, jak i gdzie się ustawić, żeby wyjść na swoje. Większość ludzi, którzy chcą po prostu żyć w miarę dostatnio, ale przede wszystkim spokojnie, nadchodzące miesiące mogą przyprawić o ból głowy.

Co gorsza, obecna władza umyła ręce od kluczowych problemów trapiących Polki i Polaków. Zaplanowała przeczekać politykę klimatyczną UE, kryzys mieszkaniowy i czwartą oraz piątą falę pandemii, niemal nic w tych sprawach nie robiąc. Naszą pozycję międzynarodową postanowiła nawet jeszcze pogorszyć, konfliktując się jednocześnie z UE oraz USA, choć właśnie teraz potrzebujemy silnych partnerów.

Czy możliwa będzie solidarność społeczna po PiS?

Taka rozchwiana łajba płynąca z bardzo szybkim prądem, ale pozbawiona sternika, przy dobrych wiatrach i masie szczęścia może zapłynąć całkiem daleko. Równie dobrze może się jednak rozbić na pierwszym zakolu. Czego nam nie życzę.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij