Kraj

Czy możliwa będzie solidarność społeczna po PiS?

Ten, kto wygra z Prawem i Sprawiedliwością, będzie musiał zmierzyć się nie tylko z naprawianiem zniszczeń w mediach publicznych czy sądownictwie. Komentarz Michała Sutowskiego.

Sześć lat temu rządy Zjednoczonej Prawicy niosły obietnicę atrakcyjną nie tylko dla jej zwolenników. Dowartościowanie słabo z metropolii widocznej tak zwanej Polski powiatowej, zwłaszcza wsi i ściany wschodniej; transfery socjalne z góry na dół i materialne docenienie wysiłku rodzicielskiego; ucywilizowanie rynku pracy poprzez stawkę godzinową, wyższą płacę minimalną (która rosła też przed rokiem 2015, ale się nią nie chwalono) – te wszystkie zapowiedzi, a z czasem ich realizacje pozwalały wielu ludziom, także na lewicy, spoglądać na obóz Kaczyńskiego jako może i Tatarów, niemniej czyniących wolę boską. Czyli: niesłuszny, nie nasz, może i w iluś punktach szkodliwy, a nawet niebezpieczny, ale w kilku obszarach – sprawiedliwości społecznej i dystrybucji godności – przepychający Polskę we właściwym kierunku.

A że 500+ to program raczej konserwatywny niż socjaldemokratyczny? Że za wyższymi płacami nie idzie wzmocnienie organizacji świata pracy – a wręcz przeciwnie? No cóż, w końcu PiS to nie żadna „pobożna lewica”, jak lubili podkreślać liberałowie, tylko nieco zbyt może tradycjonalistyczna, zbyt narodowa chadecja – nie należy więc oczekiwać postępowych cudów. Ale to przecież bez znaczenia, myślał sobie niejeden „lewicowiec socjalny”, społecznik czy po prostu człowiek elementarnie wrażliwy na nierówności i ludzką krzywdę. Liczy się bowiem co innego.

Koniec opowieści o wędce zamiast ryby?

Raz, że pod wpływem populistycznych rządów się wreszcie elitom pod dupą zapali i zaczną zwracać uwagę na roszczenia zwykłych ludzi, zamiast ich zbywać technokratycznym frazesem lub socjal-darwinistyczną pogardą. Dwa, że jak się społeczne transfery wprowadzi, a budżet od tego się nie zawali, przesuną się na trwałe granice tego, co w polityce społecznej uważane za możliwe. Skończy się nieodwołalnie wyższościowa obojętność i skończy niedasizm – żadnemu rządowi, z prawa czy z lewa, nie będzie już wolno powtarzać bzdur o „kowalach własnego losu”, „wędce, a nie rybie”, nie wspominając o „państwie na dorobku” i „rozdawnictwie, na które może stać bogatą Skandynawię, ale nie nas”. I nawet przewodniczący Platformy Obywatelskiej przestanie odbierać nerwowe telefony od Leszka Balcerowicza, skoro język taniego państwa i wolnorynkowej ekonomii lat 90. zostanie ostatecznie skompromitowany.

Na gruncie takiego sposobu myślenia zagrożenia upatrywano głównie w tym, że PiS faktycznie stanie się w oczach społeczeństwa „pobożną lewicą”, to jest odbierze lewicy na trwałe ludowy elektorat. Ale może nie odbierze? Może jak się ludziom poprawi, to i poglądy im się… zeuropeizują, zazielenią, upostępowią? I zapragną więcej, choćby dobrej jakości usług publicznych i praw człowieka, które dać im przecież może wyłącznie lewica. A nawet gdyby tak się nie stało, gdyby partyjna lewica odeszła w niebyt i utraciła łączność z wyborcami – tyle dobrego, że horyzont solidarystycznej i sprawiedliwej społecznie polityki przesunie się w dobrą stronę. I nawet jakiś Donald Tusk czy inny Szymon Hołownia, chcąc nie chcąc, będzie musiał zostać kimś trochę więcej niż tylko „trochę socjaldemokratą”.

Tak czy inaczej, zadaniem politycznym dla lewicy w tym scenariuszu miało być przekonanie ludzi do ulepszenia państwa opiekuńczego po PiS. Czyli: udostępnienie socjalnych zdobyczy tym wszystkim, których Kaczyński ze swego narodowo-populistycznego projektu wykluczył; zagwarantowanie prawem i instytucjami, jak związki zawodowe i silne samorządy, tego, co PiS dawał jedynie w formie politycznej łaski. I oczywiście, naprawa wszelkich błędów i wypaczeń, które, powiedzą jedni, towarzyszyły rządom ekipy Kaczyńskiego lub, stwierdzą drudzy, były ich istotą.

W siódmym roku sprawowania władzy przez tę ekipę wygląda na to, że to wszystko były tak zwane problemy pierwszego świata, względnie naiwne mrzonki. I to nie tylko dlatego, że nie wiadomo, czy ludzie Kaczyńskiego zechcą w ogóle oddać władzę, gdyby Polki i Polacy zechcieli im ją odebrać; nie tylko też ze względu na konstytucyjny chaos, który trzeba będzie w pierwszej kolejności uporządkować, gdyby opozycji w jakiejś formie udało się władzę zdobyć. Po prostu: niezależnie od największych w historii transferów społecznych, niezłej mimo pandemii sytuacji budżetu i poważnego zwiększenia fiskalnego pola manewru państw całej Unii Europejskiej – Polska wcale nie przesunęła się w kierunku solidaryzmu.

Socjalem i pracą ludzie się bogacą

Warunki możliwości prowadzenia jakiejś socjaldemokratycznej polityki przez rządzących po Kaczyńskim są gorsze niż kiedykolwiek – a niedostatki politycznej wyobraźni po stronie opozycji nie są przeszkodą najtrudniejszą. To kolejne lata działań i zaniechań rządów Zjednoczonej Prawicy przygotowały żyzny grunt pod przeciwieństwa lewicowej cywilizacji: absolutny prymat interesu własnego, niewiarę w kompetencje sektora publicznego i niechęć do redystrybucji na rzecz nieswoich grup społecznych. Wszystko to widzieliśmy przy okazji debaty publicznej o Polskim Ładzie, w której wyższa składka zdrowotna – oczywista i naturalna w kontekście doświadczenia pandemii – urosła do rangi narzędzia zagłady polskiej klasy średniej.

W jaki sposób obecne rządy doprowadziły do tej sytuacji? Na co najmniej trzy sposoby, nawet jeśli nie zawsze intencjonalnie.

Korepetycje i abonament w prywatnej przychodni

Po pierwsze, tak zwana druga fala prywatyzacji. Zjawisko już kilka lat temu opisał w swej książce dr Łukasz Pawłowski: chroniczne niedofinansowanie ochrony zdrowia i oświaty, połączone z jawną pogardą dla pracujących w tych zawodach („niech jadą!”), ekscesami ideologicznymi i chaosem organizacyjnym zbiegają się – zapewne niezamierzenie – ze wzrostem dochodów ludności wynikającym z koniunktury i wzrostu płac, ale też transferów społecznych.

Ochrona zdrowia pod rządami PiS-u. Druga fala prywatyzacji i jej skutki

Efekt? Dużo więcej (choć oczywiście nie wszystkich) ludzi stać na to, by niedostatki systemów publicznych rekompensować prywatnie: poprzez korepetycje, posyłanie dzieci do prywatnych szkół, wizyty prywatne u lekarzy specjalistów i abonamenty w komercyjnych sieciach opieki zdrowotnej.

Na słabą podaż usług w sektorze publicznym odpowiada zatem popyt na te prywatne, a efektem jest przechodzenie kadr (medycznych czy oświatowych) tam, gdzie klient jest gotów lepiej zapłacić. Co, rzecz jasna, jeszcze pogarsza sytuację w sektorze publicznym. A pandemia i ekstremalne przeciążenie personelu pracą tylko pogłębiają całe zjawisko: i w przychodni, i w szkole. Jakość usług publicznych jest coraz gorsza (już nie tylko na prowincji), więc kto może, ratuje się komercyjnie – choć i tam robi się coraz trudniej, bo i w prywatnych przychodniach na wizyty za ciężkie pieniądze czeka się nieraz tygodniami.

W ten oto sposób „solidarystyczna” w retoryce władza uruchomiła proces znany z czasów reform neoliberalnych jako „głodzenie bestii”. Im dłużej, za sprawą wakatów, poczekamy na SOR-ze na opatrzenie złamania ręki czy im więcej lekcji w podstawówce naszego dziecka zostanie odwołanych – tym łatwiej nas będzie przekonać o immanentnej niewydolności państwa i wywołać niechęć do zwiększonej partycypacji w sektorze publicznym – histeria wokół wzrostu składek była tego doskonałą ilustracją, podobnie jak niskie poparcie społeczne dla postulatów płacowych nauczycieli.

A skąd ta drożyzna?

Po drugie, przyspieszająca inflacja uwiarygadnia mantrę o szkodliwych skutkach rzekomego rozdawnictwa. Choć za ogólny wzrost cen odpowiadają głównie zewnętrzne czynniki kosztowe (ceny energii i żywności, wąskie gardła w łańcuchach dostaw) oraz globalne odbicie popytu za sprawą szczepionek, a tarcze antykryzysowe (czyli wpompowanie miliardów złotych do gospodarki, faktycznie sprzyjające podwyżkom) były koniecznością i pozwoliły nam uniknąć bezrobocia, to niuanse te w potocznej świadomości umykają.

O ile argument o szkodliwości finansowania rosnących wydatków publicznych długiem nie był dla Polek i Polaków przekonujący (abstrahując od faktu, że poziom długu do PKB obecnie spada), o tyle wiązanie „druku pieniądza” ze wzrostem cen wydaje się teraz szczególnie wiarygodne.

Korelacja nie oznacza przyczynowości, niemniej wszyscy ci, którzy przez lata obawiali się, czy te wszystkie „eksperymenty” gospodarcze PiS nie zakończą się aby katastrofą, zyskują potwierdzenie swych lęków w portfelach. A od skutków działania rzeczywiście wprowadzanych instrumentów antyinflacyjnych (wyższe stopy procentowe mogą dusić koniunkturę gospodarczą) ważniejsze na przyszłość mogą okazać się zbiorowe emocje. W tym wypadku: niechętne każdemu ryzyku nowej fali drożyzny, które nietrudno będzie skojarzyć ze zwiększaniem wydatków i transferów.

Już nie dwa plemiona, ale dwa oddzielne światy

Wreszcie, po trzecie, problem może najgłębszy. Jeśli bowiem świadomość ekonomiczna społeczeństwa czasem na pstrym koniu jeździ, a narzucanie nowych narracji wbrew ortodoksji – czego dowodzą rządy PiS – czasem się udaje, to poczucie (granic) wspólnoty i (braku) solidarności trudno przeskoczyć.

Głęboka polaryzacja społeczeństwa (a przynajmniej przepaść między członkami dwóch głównych obozów politycznych), zamiana afiliacji politycznych we wrogie tożsamości i moralizacja sporu sprzyjają nie tylko wzajemnej niechęci czy nawet agresji, ale przede wszystkim – chęci izolacji. Wyrażonej na przykład niechęcią do finansowania czegokolwiek, na czym mogłaby skorzystać druga strona.

Postrzeganie władzy jako opresyjnej i groźnej nawet dla własnych ciał – vide barbarzyńskie orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej w sprawie aborcji – także skłania do ucieczki w sferę prywatną, choćby do szpitala czy szkoły, gdzie kapelan czy katecheta nie decydują o terapii lub programie nauczania. Dopóki takie furtki w ogóle istnieją, wydają się bardziej atrakcyjne i dostępne od mglistej nadziei na przebudowę całego systemu w bardziej liberalnym czy postępowym duchu.

Państwo dobrobytu PiS? Jak konkurs z nagrodami

Poza tym, obok wojny PiS-u z anty-PiS-em o naszych postawach i wyborach decyduje wiele procesów i trendów społecznych pośrednio tylko związanych z polityką publiczną.

W obliczu poprawy sytuacji bytowej tak zwanych klas ludowych – mówił o tym w arcyciekawym wywiadzie Grzegorza Sroczyńskiego szef pracowni IBRiS, Marcin Duma – zagrożone w swym statusie czują się dotychczasowe klasy średnie, zwłaszcza ich niższe warstwy. Fakt, że „ci z dołu” zaczynają aspirować do podobnego stylu konsumpcji (młodzież z małych miasteczek kupuje bieliznę CK, kasjerki w dyskoncie rozmawiają o promocji na krewetki…), budzi przerażenie – i przekonanie, że ktoś (klasy ludowe) otrzymał coś (transfery, wyższe płace) nie tylko niezasłużenie, ale też kosztem (podatków!) ciężko pracującej klasy średniej. Kompensującej sobie niepewność ekonomiczną dystynkcją stylu życia – która dziś się rozmywa. Jednocześnie awansujące konsumpcyjnie klasy ludowe również szukają sobie kogoś, od kogo można się pozytywnie odróżnić – i są to ci jeszcze poniżej, na przykład niepracujące beneficjentki transferów społecznych, w domyśle – nienależnych. Żadna z tych postaw nie ułatwi wprowadzenia podatków progresywnych, które są przecież fundamentem każdej prawdziwie solidarystycznej polityki.

Co po PiS?

Czy zatem po PiS znikąd nadziei, a rząd stworzony przez obecną opozycję zmuszony będzie – nie z fanatyzmu, lecz na fali nastrojów własnego elektoratu – prywatyzować usługi publiczne, ciąć lub ograniczać transfery, wykluczać kolejne grupy społeczne, choćby równocześnie przywracał godność innym?

Wiele wskazuje na to, że w czasach wielkiego znieczulenia – na śmierć i cierpienie w lasach oraz oddziałach intensywnej opieki medycznej, przy rosnącej niechęci do solidaryzowania się z kimkolwiek spoza własnej bańki społecznej i przyzwoleniu na wyzysk w imię naszej wygody – nadziei musimy upatrywać w wyzwaniach wielkich i nieuniknionych zarazem. Takich, które niechcianą przez nas solidarność po prostu wymuszą.

Ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z zimna i wycieńczenia

A konkretniej? Polityka klimatyczna Unii Europejskiej, mitygacja zmiany klimatu i adaptacja do niej to dla Polski kwestia nawet nie życia i zdrowia (te jakby nas mało ostatnio obchodziły), lecz przetrwania w ramach cywilizacji, do której przez dziesięciolecia zbiorowo aspirowaliśmy. Proces konieczny ze względu na wytyczne z Brukseli i warunki środowiskowe od Siemiatycz po Turów, od Ustrzyk po Świnoujście. Proces, w którym wiele grup może stracić tak wiele, że… nie będą już miały nic do stracenia. Dlatego negocjacje sprawiedliwych i solidarnych rozwiązań będą konieczne po to, by móc postawić w gminie farmę wiatrową czy słoneczną nienarażoną na zniszczenie; by partia głosująca za podatkiem węglowym nie straciła za to połowy wyborców, by specjaliści niezbędni w nowych branżach chcieli w Polsce pozostać lub w niej zamieszkać.

Zmiana źródeł energii, z których będziemy wystarczająco lub nie zasilać nasze domy, sklepy i fabryki; przebudowa miast, w których będziemy znośnie żyć lub umierać z gorąca; rozwój gospodarki, która zapewni nam podstawy przetrwania w nowych warunkach lub będzie nam ciążyć kamieniem u szyi – to wszystko będą procesy, w których solidarność nie będzie kwestią empatii z tą czy inną grupą głosujących ani problemem etyczno-filozoficznym do rozstrzygnięcia przez jednostkę. Po prostu dlatego, że jej brak – inaczej, niż to było w technokratycznych latach 90. – wywróci proces przemian, a tych Polaków i te Polki, którzy stąd nie wyjadą, skaże na los cywilizacyjnych pariasów. Rzucających się sobie do gardeł o coraz bardziej ograniczone zasoby, zamiast budować jakkolwiek znośną przyszłość. Bez solidarności nie będzie nad Wisłą przyszłości. Tyle że w siódmym roku rządów Zjednoczonej Prawicy trudniej o to niż kiedykolwiek.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij