Kraj

Jak bardzo muszą zdrożeć emisje, żeby Polska odeszła od węgla?

Polska miała 15 lat, by przygotować się na wysokie ceny energii. Dziś budzimy się z ręką w nocniku, bo zamiast dekarbonizacji mamy drogą energię z węgla. A prawa do emisji szybko drożeją, częściowo za sprawą spekulantów, do których należą… Orlen i Tauron.

Na szczyt UE Mateusz Morawiecki pojechał wyposażony w uchwałę sejmową, pozwalającą mu postraszyć eurokratów widmem polexitu. Co prawda nie chodzi o wyjście z całej UE, a jedynie z systemu uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano.

Według posłów partii rządzącej, szczególnie tych zgrupowanych w Solidarnej Polsce, prawa do emisji CO2 to unijny haracz, który eurokraci zdzierają z Polski, Polaków i polskich przedsiębiorstw. Europa powinna więc zarzucić wadliwą politykę klimatyczną, gdyż nie przynosi ona żadnych dobrych rezultatów, a jedynie obniża konkurencyjność państw członkowskich – w szczególności opartej na węglu Polski.

Widmo zielonego komunizmu krąży po Europie

Z polityką klimatyczną UE wśród posłów Zjednoczonej Prawicy najaktywniej walczy Janusz Kowalski. Według jego obliczeń z powodu europejskiego systemu handlu emisjami co roku wycieka z Polski kilkadziesiąt miliardów złotych. Obecnie może to być nawet 26 mld, gdyż ceny praw do emisji przekraczają już 80 euro za tonę.

Jak się można domyślić, w wyliczeniach Kowalskiego znajdziemy kilka nieścisłości. Obliczenia generalnie nie są mocną stroną Solidarnej Polski. Państwo polskie zarabia na prawach do emisji rekordowe sumy, a w spekulację prawami do emisji bawią się nie tylko fundusze inwestycyjne, ale też nadwiślańskie spółki skarbu państwa. Jak na razie system EU-ETS całkiem sprawnie skłania do redukcji emisji dwutlenku węgla, chociaż akurat niekoniecznie firmy w Polsce. Pretensje możemy mieć jednak o to głównie do rządzących oraz spółek energetycznych, które zwlekają z inwestycjami. Tym bardziej że Polska w ramach tego systemu jest mocno uprzywilejowana.

Patryk Jaki kocha i nienawidzi (inwestorów i matematyki)

Transport przed przemysłem

System EU-ETS został wprowadzony w 2005 roku. Mieliśmy więc całkiem sporo czasu na dostosowanie się do polityki klimatycznej, tym bardziej że początkowo prawa EUA kosztowały ledwie kilka euro za tonę (jedno EUA to prawo do emisji tony). System ten nie obejmuje wszystkich sektorów generujących dwutlenek węgla – obecnie jedynie energetykę i ciepłownictwo, przemysł oraz lotnictwo pasażerskie, ale tylko w obrębie UE.

Ogólnie rzecz biorąc, system EU-ETS obejmuje sektory odpowiadające za 41 proc. emisji CO2, więc większość emisji dwutlenku węgla wciąż nie jest opodatkowana. UE planuje rozszerzyć system – w ramach pakietu Fit for 55 – o kolejne sektory, czyli transport oraz ogrzewanie domów. Na co absolutnie nie chce się zgodzić większość polskiej prawicy – szczególnie ta ziobrowska i konfederacka.

Trudno powiedzieć, żeby system EU-ETS się nie sprawdzał. Większość objętych nim sektorów redukuje swoje emisje gazów cieplarnianych w całkiem szybkim tempie, dzięki czemu nie musi ponosić kosztów wzrostu cen uprawnień – lub ponosi je w ograniczonym stopniu. Unijna energetyka w 2005 roku emitowała ekwiwalent 1,71 mld ton CO2, a w 2017 roku już „jedynie” 1,27 mld ton. Od momentu wprowadzenia systemu europejska energetyka zmniejszyła emisje o dobrze ponad jedną czwartą. Licząc od 1990 roku, nawet o niecałą jedną trzecią.

UE zapala zielone światło na trasie do neutralności klimatycznej. Co robi polski rząd? Wciska hamulec

Odpowiednio zareagował też przemysł. W 2005 roku europejski przemysł emitował 1,11 mld ton CO2 rocznie, tymczasem w 2017 roku już tylko 877 mln. W tym przypadku mówimy więc o spadku emisji o ponad jedną piątą. Licząc od 1990 roku, przemysł ograniczył emisje nawet o 35 proc. Co ciekawe, w międzyczasie został wyprzedzony przez transport, który po energetyce stał się drugim co do wielkości emitentem gazów cieplarnianych w Europie. Jeszcze w 1990 roku emisje gazów cieplarnianych z transportu wynosiły jedynie 59 proc. emisji z przemysłu – obecnie to transport emituje więcej. Nic więc dziwnego, że jest kolejnym kandydatem do objęcia systemem opłat.

Opieszała Polska

Według danych Komisji Europejskiej kluczowe sektory objęte systemem praw EUA od 2005 roku zmniejszyły emisje nawet o 43 proc. Jedynym sektorem objętym EU-ETS, który nie tylko nie redukuje emisji, ale jeszcze je zwiększa, jest lotnictwo pasażerskie. Od 1990 roku zwiększyło ono swoje emisje aż o 129 proc. To efekt potężnych przywilejów lotnictwa pasażerskiego, o których już pisaliśmy w innym miejscu. Tu warto jedynie nadmienić, że te przywileje należy jak najszybciej zlikwidować.

Generalnie Europa staje się coraz bardziej zielona, tylko że akurat nie Polska. Według danych GUS w ostatniej dekadzie ilość emitowanych przez Polskę gazów cieplarnianych właściwie się nie zmieniła i nadal wynosi 400 mln ton. Cała UE w tym czasie ograniczyła emisje o 12 proc. W związku z tym wzrósł nasz udział w emisjach CO2 w Europie. W 2010 roku wynosił 8,6 proc., a w 2018 – już 10 proc. Odpowiadamy więc za jedną dziesiątą emisji gazów cieplarnianych z terenu Unii. W ciągu dekady pod tym względem przesunęliśmy się z 11. na 7. miejsce w UE. Rocznie emitujemy 11 ton gazów cieplarnianych na mieszkańca, przy średniej UE 8,6 tony.

Polska nie jest klimatycznym niewiniątkiem

Niespecjalnie idzie nam też zmniejszanie intensywności emisji, liczonej jako ilość wytworzonych gazów cieplarnianych na zużycie jednego dżula energii. Od 2010 do 2018 roku intensywność emisji spadła w Polsce o 4,8 proc., tymczasem w całej UE o 8,3 proc. Tak więc dekarbonizujemy gospodarkę w tempie dwukrotnie wolniejszym niż UE jako całość. Finlandia, Dania i Szwecja ograniczyły w tym czasie ilość gazów cieplarnianych przypadających na jeden dżul energii nawet o 23–26 proc.

Liczby Kowalskiego

Według polityka Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego z powodu systemu EU-ETS co roku wycieka z Polski 26 mld zł. Ma to być efekt deficytu uprawnień do emisji sięgających 65 mln ton rocznie. Wyliczenia Kowalskiego zakładają, że polskie instalacje otrzymują rocznie 40 mln bezpłatnych praw do emisji tony CO2, a państwo polskie dodatkowo sprzedaje na aukcjach prawa do emisji 65 mln ton rocznie. To daje 105 mln ton praw do emisji przypadających na Polskę, tymczasem objęte systemem EU-ETS instalacje w Polsce emitują 170 mln ton CO2. Powstaje więc deficyt uprawnień, które trzeba nabyć za granicą.

Licząc po cenie 80 euro za prawo do emisji tony CO2 i obecnym kursie 4,63 zł za euro, daje to niecałe 26 mld zł. Poseł chwali się tymi wyliczeniami regularnie – 16 grudnia chociażby w programie Jedziemy na TVP Info u red. Michała Rachonia, który, oczywiście, nie dopytywał, skąd taka liczba się wzięła. Pewnie zresztą nawet nie wiedział, o co dokładnie chodzi. Tymczasem wyliczenia Kowalskiego są wadliwe na wielu poziomach.

Przede wszystkim polskie instalacje otrzymują nieco więcej bezpłatnych praw do emisji – w latach 2021–2025 będzie to 43 mln EUA rocznie. Nie można też liczyć tego rzekomego wypływu, opierając się na bieżących cenach aukcyjnych. A to dlatego, że przedsiębiorstwa kupują prawa do emisji na zapas, więc cena musiałaby być uśredniona – przecież jeszcze na początku tego roku prawa do emisji tony CO2 kosztowały około 30 euro. Orlen kupił na przykład ogromne ilości EUA na zapas w bardzo dobrej cenie, czym chwalił się niedawno w TVP Info Daniel Obajtek. Wzrost cen praw do emisji CO2 nie sprawia, że automatycznie odpowiednio większa kwota wypływa z Polski. Na tej samej zasadzie wzrost kursów na giełdzie nie sprawia, że Polska staje się bogatsza.

To jednak nie jest największy błąd w wyliczeniach Kowalskiego. Przede wszystkim Polska obecnie sprzedaje znacznie więcej praw EUA na aukcjach, niż Kowalski podaje. Według niego to 65 mln ton, tymczasem w latach 2017–2018 Polska sprzedała na aukcjach po około 80 mln EUA rocznie, a w roku 2019 już 104 mln, co dało budżetowi państwa rekordową kwotę 11 mld zł. Rok później ten rekord został pobity. W 2020 roku sprzedaliśmy aż 130 mln uprawnień do emisji CO2, co dało nam ponad 12 mld zł dodatkowych wpływów budżetowych, a miliard złotych wpłynął na fundusz rekompensat dla przemysłu.

Rekordowe wpływy

W tym roku pobijemy kolejny rekord. Co prawda samych uprawnień sprzedamy mniej, bo około 119 mln, ale dzięki wzrostowi cen na aukcjach do budżetu wpłynie zapewne ponad 20 mld zł, chociaż w ustawie budżetowej zakładano połowę tego. W każdym razie do października na sprzedaży uprawnień budżet zarobił 17 mld zł. Nawet w skali państwa są to ogromne kwoty – wpływy ze sprzedaży uprawnień odpowiadają już za kilka procent wpływów budżetowych i są jednym z ważniejszych źródeł dochodów naszego państwa.

Tak więc w ostatnich latach liczba sprzedawanych przez Polskę uprawnień oraz bezpłatne uprawnienia przydzielane instalacjom praktycznie pokrywałyby emisje CO2 z nadwiślańskich sektorów objętych EU-ETS. Skąd właściwie Polska wzięła tak dużo praw do emisji? Zwyczajnie zachomikowała z poprzednich lat. Jeszcze w 2016 roku sprzedaliśmy zaledwie 25 mln EUA. W 2018 roku mieliśmy zachomikowane 113 mln niewykorzystanych uprawnień EUA. Rząd je trzymał, gdyż początkowo miały być przekazywane przedsiębiorstwom energetycznym w zamian za przeprowadzenie inwestycji. Problem w tym, że albo nie były one realizowane, albo się opóźniały. Rządzący zaczęli je więc wreszcie sprzedawać, co finansowo państwu wyszło nawet nieźle, gdyż Polska zaczęła upłynniać na aukcjach swoje EUA, gdy ich ceny zaczęły być naprawdę wysokie.

Hennig-Kloska: PiS trwoni pieniądze, a przecież nikt za nas nie przeprowadzi transformacji energetycznej

Problem w tym, że teraz budzimy się z ręką w nocniku, gdyż zamiast inwestycji mamy drogą energię z węgla. W 2019 roku rząd nawet zadecydował, że przestanie przekazywać część praw EUA przedsiębiorstwom, gdyż nie prowadzi to do modernizacji sektora. Zamiast tego całość uprawnień przypadających na lata 2021–2030 sprzeda na aukcjach, a częścią środków zasili fundusz modernizacyjny.

Poza tym warto zaznaczyć, że w ramach EU-ETS Polska jest uprzywilejowana w związku z wysokim udziałem węgla w miksie energetycznym. Jedna dziesiąta unijnych uprawnień została skierowana do mechanizmu solidarnościowego, z którego są one redystrybuowane do 16 państw potrzebujących wsparcia w transformacji energetyki. Największym beneficjentem tego mechanizmu jest właśnie Polska, co zwiększa naszą pulę uprawnień o ponad jedną trzecią. Oprócz tego wpływy z 2 proc. uprawnień sprzedawanych na aukcjach w UE finansują Fundusz Modernizacyjny, którego także największym beneficjentem jest Polska – otrzymamy z niego 6 mld euro do 2030 roku.

Spekulanci znad Wisły

Faktem jest, że ceny uprawnień zachowują się obecnie jak szalone. Choć jeszcze na początku 2021 roku jedno EUA kosztowało nieco ponad 30 euro, na początku grudnia sięgnęło już niemal 90 euro. Przekłada się to częściowo na ceny energii, które w przyszłym roku poważnie wzrosną, zapewne o jedną piątą. Według Banku Pekao ceny uprawnień to już trzy czwarte kosztów zmiennych wytworzenia energii. W 2016 roku była to jedna czwarta.

Nie da się tego wytłumaczyć zwyczajnym, sezonowym zapotrzebowaniem na uprawnienia w związku z wytwarzaniem większej ilości energii zimą. Tym bardziej że przez cały rok ceny systematycznie rosły. To efekt zarówno topniejącej puli uprawnień – obecnie co roku ich liczba spada o niecałe 2 proc. – jak również zwyczajnej spekulacji. Z nie do końca wiadomych względów kupować i sprzedawać uprawnienia może właściwie każdy – zarówno fundusze inwestycyjne, jak i zwyczajni prywatni inwestorzy. Ci aktywni na aukcjach EU-ETS inwestorzy wykoślawiają system i budują niechęć do niego wśród obywateli UE, których trudno zresztą nie zrozumieć – jedni się bawią w spekulację, a inni będą musieli więcej płacić za ogrzanie domu.

To opóźnianie zielonej transformacji przyniesie nam straty. Jej przyspieszenie to konieczność

Wbrew opowieściom Janusza Kowalskiego ci inwestorzy to nie wyłącznie chciwe podmioty z Europy Zachodniej. Jednymi z najbardziej aktywnych na rynku uprawnień EUA są… Orlen i Tauron. Tylko w trzecim kwartale tego roku na instrumentach pochodnych dotyczących emisji CO2 Orlen zarobił prawie pół miliarda złotych. Tak więc nawet nadwiślańskie spółki skarbu państwa spekulują na uprawnieniach. Część tych wpływających rzekomo z Polski pieniędzy tak naprawdę może więc trafiać do innych podmiotów znad Wisły. Co jeszcze bardziej podważa wyliczenia Kowalskiego.

System EU-ETS bez wątpienia nie jest więc doskonały. Nie oznacza to jednak, że jest niepotrzebny. To prawdopodobnie najskuteczniejszy znany nam mechanizm, który w warunkach gospodarki rynkowej może skutecznie ograniczać emisje CO2, w czym zresztą się sprawdza. Zamiast więc po staropolsku wylewać dziecko z kąpielą, należy go po prostu sensownie zreformować. Na przykład ograniczyć handel prawami do emisji tylko do podmiotów objętych systemem EU-ETS. Już to ustabilizowałoby ceny uprawnień, a co za tym idzie – energii.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij