Gospodarka

Nie tylko inflacja. Koncerny podnoszą ceny, bo mogą

Wszystkie działające w Polsce firmy, które zatrudniają powyżej 50 pracowników, notują obecnie rekordowe marże. W teorii klient zrobiłby zakupy taniej u konkurencji, ale konkurencji już praktycznie nie ma.

Według badania Grant Thornton w najbliższych 12 miesiącach aż 71 proc. polskich przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 50 osób zamierza podnieść ceny. Jest też garstka maruderów, którzy planują ceny obniżyć – niestety tych ostatnich jest tylko 5 proc. Wskaźnik netto firm rozważających podwyżki cen wyniósł więc 66 pkt i jest najwyższy w historii badania.

Według dominującej narracji firmy nie mają wyjścia i muszą podnosić ceny, by zniwelować wpływ rosnących kosztów na wyniki finansowe. W przeciwnym razie większość z tych firm by splajtowała i gospodarka doznałaby załamania. Przedsiębiorcy zaczynają nawet pokazywać „rachunki grozy” – niczym „paragony grozy”, które straszyły turystów ostatniego lata – dowodzące wzrostu ponoszonych przez nich kosztów. Drożeje przecież wszystko – od energii przez surowce aż po przeklęte koszty pracy – więc trzeba sobie jakoś radzić w tych trudnych czasach. Inaczej mówiąc, przedsiębiorstwa są jedną z ofiar podwyższonej inflacji. Cierpią na niej często bardziej niż zwykli konsumenci.

Jak bardzo muszą zdrożeć emisje, żeby Polska odeszła od węgla?

Zapewne sporo firm faktycznie ma problemy ze wzrostem kosztów. Szczególnie te, w których znaczący udział w wydatkach mają koszty energii. Równocześnie jednak podwyższona inflacja to doskonałe otoczenie dla funkcjonowania przedsiębiorstw. Ogólny wzrost kosztów jest przecież idealną zasłoną dymną dla podnoszenia marży. Gdy wszyscy wokoło podnoszą ceny, łatwiej ukryć faktyczny cel podwyżki cenników. Zanim klienci się zorientują, minie sporo czasu.

Oczywiście, jest pewne ryzyko, że klienci przejdą do konkurencji, ale raczej niewielkie. Byłoby większe, gdyby na rynku faktycznie istniała konkurencja, tylko że w późnym kapitalizmie karty w większości branż są już rozdane i co najwyżej następuje delikatne przeciąganie liny między uczestnikami oligopoli. Wszak wolna konkurencja jest dla przegrywów, a współczesny kapitalizm jest jej przeciwieństwem – jak przekonywał Peter Thiel, twórca PayPala. A w takich warunkach firmy podnoszą ceny nie dlatego, że muszą – ale dlatego, że chcą.

Wyjście do toalety coraz droższe

Na łamach „Guardiana” Robert Reich, były sekretarz pracy w administracji Billa Clintona, zwrócił uwagę, że bariery podażowe, czyli przerwane łańcuchy dostaw, nie są jedyną przyczyną wzrostu cen w USA. Inflacja w Stanach Zjednoczonych obecnie sięga już 7 proc. i jest najwyższa od 1982 roku. Według Reicha bariery podażowe względnie szybko miną, jednak znacznie dłużej pozostanie drugi, kluczowy czynnik strukturalny inflacji – koncentracja gospodarki w rękach korporacji, które mogą swobodnie kształtować ceny na globalnych rynkach. Nie muszą podnosić cen, gdyż ich marże już teraz są ogromne, jednak robią to, bo mogą.

Szczególnie wyraźnie widać to w branżach, które podzieliło między siebie kilku graczy, zwykle dwóch. Mowa na przykład o środkach higieny osobistej, w których dominują dwa koncerny: Procter&Gamble i Kimberly Clark. W pierwszej połowie tego roku obie firmy podniosły ceny na swoje produkty, takie jak pieluchy, papier toaletowy czy chusteczki do nosa. Dzięki temu ich marże są więcej niż okazałe. W trzecim kwartale tego roku P&G zanotowało marżę zysku na poziomie 25 proc.

Podobnie zachował się inny duopol, tym razem z branży napojów słodzonych. W kwietniu koncern PepsiCo ogłosił podwyżki cen, motywując to, a jakże, wzrostem cen składników, transportu oraz kosztów pracy. Do szczęścia niespecjalnie było mu to potrzebne, gdyż do końca III kwartału 2021 roku zanotował zysk operacyjny na poziomie 3 miliardów dolarów. W tym samym czasie podobne podwyżki ogłosiła Coca-Cola, której marża zysku sięga już 30 proc. Według Reicha prawdziwą polityką antyinflacyjną powinno więc być niepodnoszenie stóp procentowych, lecz agresywne rozbijanie oligopoli, które występują w wielu innych branżach. Chociażby w przemyśle farmaceutycznym, zdominowanym przez Pfizer, Johnson&Johnson czy Merck.

Faktem jest, że zyski firm w USA rosną jak na drożdżach. Kwartalne zyski amerykańskich korporacji przebiły już 3 biliony dolarów, chociaż jeszcze dekadę temu były niższe niż 2 biliony, a w latach przed pandemią nie sięgały 2,5 biliona. Według danych „Parkietu” w II kwartale tego roku wszystkie spółki należące do indeksu S&P500 osiągnęły rekordową marżę operacyjną na poziomie 12 proc.

Mistrzowie płynięcia na fali

Wszystkie te spółki działają także na polskim rynku. Procter&Gamble jest chociażby producentem popularnych płynów do naczyń. Tymczasem płyny do naczyń należą do produktów, które w Polsce w ostatnim czasie zdrożały najbardziej. Według raportu UCE Research dla Business Insider Polska płyn do mycia naczyń znalazł się na piątym miejscu wśród najmocniej drożejących produktów w Polsce.

Na pierwszym miejscu znalazła się czarna herbata. Dotychczas na rynku herbat dominował Unilever, który zamierza jednak sprzedać swoje herbaciane imperium funduszowi inwestycyjnemu. Wcześniej, bo w III kwartale tego roku, Unilever podniósł ceny swoich produktów o 4 proc. Dokładnie w tym samym czasie ceny podniósł także bezpośredni konkurent Unilevera, czyli Nestlé, tyle że nieco mniej, bo o 2 proc. Obie firmy również notują imponujące marże operacyjne na poziomie około 18 proc. – swoją drogą, bardzo ciekawa zbieżność.

Hongkong w Warszawie, bonanza na giełdzie. Dlaczego mieszkamy w ciasnych klitkach

Mistrzem w dziedzinie zwiększania marż w warunkach rosnących cen jest branża deweloperska. W niej konkurencja jest ograniczona, gdyż popyt nadal wyraźnie przewyższa podaż. Wyniki finansowe deweloperów biją kolejne rekordy, chociaż jeszcze niedawno wydawało się, że lepsze już być nie mogą. Jeszcze w zeszłym roku stopa zwrotu z kapitału własnego wynosiła 20 proc. i już wtedy była gigantyczna – dwukrotnie wyższa niż w pozostałych najbardziej intratnych branżach w Polsce, czyli w sektorach informatycznym i motoryzacyjnym. Tymczasem w II kwartale tego roku wyniosła aż 23 proc. „Było to skutkiem wzrostu cen transakcyjnych, pokrywających z nadwyżką wzrost kosztów producentów mieszkań” – czytamy w raporcie NBP.

Według danych zebranych przez „Rzeczpospolitą” w pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku dziesięciu największych deweloperów zanotowało marżę brutto ze sprzedaży na poziomie 26 proc., czyli o 1,3 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku. Rekordzista – Lokum Deweloper – zanotował marżę na poziomie 37 proc. Niewiele ustępował mu Dom Development – jego rentowność wyniosła 34 proc.

Rekordowe marże nad Wisłą

Według GUS wszystkie działające w Polsce firmy zatrudniające powyżej 50 pracowników notują obecnie rekordowe marże. W pierwszych trzech kwartałach tego roku wskaźnik poziomu kosztów wyniósł 93 proc. – to znaczy koszty stanowiły 93 proc. przychodów analizowanych firm. Wskaźnik rentowności obrotu brutto wyniósł więc 7 proc. Jeszcze nigdy w tym stuleciu nie był tak wysoki. Tylko dwukrotnie przebił barierę 6 proc. – w 2004 i 2007 roku. W latach przed pandemią – 2018–2019 – wskaźnik rentowności wynosił 5 proc., a w poprzedzającej dwulatce 5,5 proc.

Przedsiębiorstwa działające w Polsce notują więc nie tylko rekordowe zyski nominalne, bo to oczywiste przy wzroście cen, ale też rekordowe zyski procentowe. Nigdy wcześniej przedsiębiorstwa nie przejmowały tak dużej części wytwarzanej nad Wisłą wartości. A jeszcze inaczej mówiąc, nigdy wcześniej nie zarabiały na nas – konsumentach oraz pracownikach – tak wiele.

Tusk straszy drożyzną, lajki zbierają ceny w warzywniaku. Przedstawiamy absurdy paniki inflacyjnej

Wzrosty marż wyglądają szczególnie imponująco w poszczególnych branżach. Na przykład w informacji i komunikacji rentowność obrotu netto wzrosła z 8 do 18 proc. Wśród specjalistów rentowność wzrosła z 7 do 9 proc., w przemyśle z 4 do 6 proc., a w transporcie z 2 do 4 proc. W zakwaterowaniu i gastronomii rentowność obrotu netto sięgnęła ponad 6 proc., to jednak można zrozumieć, gdyż branża ta musi sobie odbić zeszłoroczne i tegoroczne lockdowny – w ubiegłym roku ich rentowność była na przeszło trzyprocentowym minusie. Rekordy bije także handel, który zwykle działa na niskich marżach – rentowność przedsiębiorstw handlowych sięga już prawie 4 proc., chociaż przed pandemią wynosiła 2–3 proc.

Opowieści o tym, że „firmy muszą podnosić ceny”, jak przekonywał nagłówek w Interii, nieco mijają się więc z prawdą. Większość firm nie musi podnosić cen aż tak wysoko, żeby utrzymać marże sprzed pandemii. Robią to, żeby podwyższyć swoje procentowe zyski – a podwyższona inflacja jest ku temu idealną sposobnością, gdyż spokojnie można zrzucić winę na różnego rodzaju rosnące koszty.

Zamawiamy więcej jedzenia z dowozem, a knajpy i tak ledwo zipią. To kto zgarnia zyski?

To oczywiście jeszcze bardziej podbija wzrost cen wynikający także z innych czynników – przede wszystkim przerwanych łańcuchów dostaw i innych barier podażowych. Klient oczywiście mógłby zrobić zakupy u konkurencji, jednak nie bardzo ma dokąd pójść, skoro do wyboru zwykle są produkty lub usługi zaledwie kilku firm, a każda podniosła ceny w podobnym stopniu. W teorii powinny pojawić się nowe, niewielkie przedsiębiorstwa, które zaoferowałyby podobne produkty w niższych cenach. Niestety, to tylko teoria.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij