Kraj

„500+ na zdrowie” – czy na prywaciarza?

Choć na partyjnych sztandarach PiS ma sprawiedliwość, solidarność i porozumienie, to właśnie zaostrza konflikt między sfrustrowanymi pacjentami a równie sfrustrowanymi pracownicami ochrony zdrowia. Między sektorem publicznym a prywatnym. Między mieszkańcami miast i prowincji. I pomału przyzwyczaja nas do prywatyzacji medycyny.

Po roku zarządzania krajem w pandemii niczym stadniną w Janowie, po roku dodatkowych zgonów, których liczba dawno przekroczyła straty w kampanii wrześniowej i goni powstanie warszawskie, po roku chaosu komunikacyjnego, działań na rympał i restrykcji bez sensu, spóźnionych lub przedwczesnych – rząd wreszcie postanowił pomyśleć o przyszłości. Zrobić coś z myślą o latach całych, a nie tylko tygodniach; zaplanować działania na podstawie wiedzy lekarzy, nie sondażach opinii; zachęcić nas, byśmy rozważnie i zapobiegliwie zadbali o siebie i najbliższych. Więcej, da nam na to pieniądze. Jeszcze nie wiadomo, czy wszystkim po czterdziestce, czy tym między czterdziestką a emeryturą, niemniej po 500 złotych ma szansę dostać co najmniej 10 milionów obywateli. A może i 20? Wreszcie mogę – bodaj trzeci raz przez ostatnie sześć lat – pochwalić za coś rząd Zjednoczonej Prawicy. Fajnie, prawda? Tyle że nie.

Chodzi oczywiście o „500 plus na zdrowie”, czyli znany na razie z przecieków, a planowany do ogłoszenia na czerwiec tego roku program Ministerstwa Zdrowia. Zakłada on przekazanie bonu o rzeczonej wartości Polkom i Polakom po 40. roku życia (albo wszystkim, albo tylko do 60–65 roku życia) do wydania na badania aktualnego stanu zdrowia. Na jakie dokładnie, to już system ma nam (tzn. beneficjentom; autor tych słów ma za mało lat) wyznaczyć na podstawie ankiety zdrowotnej i (chyba) dotychczasowej historii pacjenta.

Kraj niepotrzebnej śmierci

Na pierwszy rzut oka wygląda to całkiem atrakcyjnie. Jako lekki hipochondryk sam bym się chętnie przebadał za publiczne pieniądze w prywatnym gabinecie; i tak to robię co jakiś czas, więc co mi szkodzi zrobić tym razem za darmo. Profilaktyka to naprawdę ważna rzecz, a spóźnione diagnozy to przekleństwo dla pacjentów, którzy za ich sprawą bardziej cierpią, dla lekarzy, którym trudniej ich leczyć, i dla NFZ, który za droższe i mniej perspektywiczne leczenie musi płacić. Ogólny stan zdrowia Polek i Polaków (jak powiedział doradca premiera: 14,5 miliona z nas jest „w grupie podwyższonego ryzyka”!) to nie tylko problem czasów COVID-19, dodatkowo przez pandemię zaostrzony. Na tle reszty Unii Europejskiej czy OECD wypadamy fatalnie, jeśli chodzi o zdrowotną jakość życia, zwłaszcza w wieku powyżej średniego. Umieramy przedwcześnie, a jak dożywamy, to co to za życie. Zwłaszcza wiele i wielu z tych, którzy pracują fizycznie, w okolicach wieku emerytalnego jest po prostu wrakami.

Co jest zatem nie tak z tym pomysłem? Żeby Polacy chociaż raz (?) po pandemii się porządnie zbadali; żeby wiedzieli, na co mają się leczyć – i że w ogóle powinni? Żeby powszechną postawą stało się praktyczne dbanie o siebie zamiast wypierania problemów zdrowotnych? Otóż „nie tak” jest niemal wszystko. Bo taki pięćsetzłotowy bon na badania to rozwiązanie dość atrakcyjne wyborczo, ale zupełnie nieoptymalne z punktu widzenia problemów zdrowia publicznego. Niezwykle zaś korzystne z punktu widzenia interesów komercyjnego sektora medycznego. A to ze względu nie tylko na spodziewany transfer do niego publicznych środków, ale także – kształtowanie bardzo sprzyjających mu przyzwyczajeń obywateli.

Po kolei zatem: rzecz jest dlatego atrakcyjna jako produkt polityczny, że niełatwo ją skrytykować, nie uderzając przy tym w przekonania wszystkich Polek i Polaków aspirujących do klasy średniej. Służyć ma przecież profilaktyce, a racjonalna zapobiegliwość jest w tej klasie cnotą – z deklarowanym celem programu nikt rozsądny nie podyskutuje. Pozwala na konsumencki wybór (gabinetu, a przy odrobinie sprytu także i samych badań), a to tygrysy lubią najbardziej. Nie daje wprawdzie „pieniądza do ręki”, ale jednak pieniądz „idzie za nami”, a nie do kieszeni wyobrażonego urzędnika, który za nas o czymś zdecyduje, a w ogóle to nie wiadomo, na co wyda. Wreszcie – o czym za chwilę – nie wszyscy na programie skorzystają – i to też bardzo dobrze, bo wykluczeni zostaną ci, których i tak niespecjalnie lubimy – w końcu biedniejsi, gorzej wykształceni z małych ośrodków zazwyczaj sami są winni swemu losowi.

Biedaku, lepiej nie choruj

Gwoli ścisłości, od pewnego czasu w resorcie zdrowia krążyły pomysły, aby zorganizować w ramach medycyny pracy program obowiązkowych, a zatem powszechnych (!) badań stanu zdrowia Polek i Polaków w określonym wieku. Zapewne z takim oto zamysłem, że pracować powinniśmy jednak nieco dłużej, niż prezydent Duda obiecał – ale za to we względnym zdrowiu. Podoba nam się to założenie czy nie, trudno odmówić sensu samym obowiązkowym badaniom pracownic i pracowników. Z tamtą ideą „500+ dla zdrowia” ma jednak niewiele wspólnego. Z tych samych powodów, dla których może być atrakcyjny politycznie, jest to program, który nijak nie spełnia funkcji, którą można by przed nim postawić.

Po pierwsze, zapowiadany „jeden rozmiar dla każdego”, czyli identyczna dla wszystkich wysokość świadczenia, sprawia, że ci najbardziej potrzebujący (w najgorszym stanie) i tak nie będą mogli wykonać tych badań, których ich stan faktycznie wymaga. Wiele z nich, np. tomografia, kosztuje przecież po kilkaset złotych. Arytmetyczna równość „500 na głowę” nie ma przy takich programach większego sensu, bo pacjenci po prostu dzielą się na droższych i tańszych, a ci „drożsi”, czyli w gorszym stanie, mają i tak gorszy dostęp do usług medycznych na co dzień (bo, przykra sprawa, stan zdrowia to sprawa klasowa).

Korzystanie z programu będzie nieobowiązkowe i zapośredniczone (tyle wiemy na dziś) przez Internetowe Konto Pacjenta, co w sferze ochrony zdrowia z zasady zwiększa nierówności. Tym bardziej gdyby objął on wszystkich po 40. roku życia – wśród najstarszych seniorów wykluczonych cyfrowo jest bardzo dużo. To samo dotyczy osób o niskich kompetencjach, bez „ogarniętych cyfrowo” bliskich, nie mówiąc już o części osób z niepełnosprawnościami.

Przedsmak skali tego wykluczenia dały ostatnie miesiące – dużo więcej seniorów deklaruje chęć szczepienia, niż faktycznie to robi. W tym wypadku byłoby jeszcze gorzej, bo dostępność prywatnych gabinetów i laboratoriów w Polsce jest bardziej nierówna niż organizowanych ad hoc punktów szczepień, wspieranych dziś zespołami terenowymi. Z drugiej strony, dla osób najbardziej kompetentnych silna będzie pokusa nadużycia: wypełnianie ankiety pod kątem tych badań, za które normalnie zapłaciłyby z własnych środków – i na które i tak raczej te osoby stać.

Na wielkim programie służącym – deklaratywnie – poprawie stanu zdrowotności Polek i Polaków najtrudniej będzie zatem skorzystać tym, którzy najbardziej go potrzebują, najłatwiej zaś go nadużyć tym, których pozycja w systemie ochrony zdrowia (i samo zdrowie) jest relatywnie najlepsza (bo – powtórzmy – zdrowie to sprawa klasowa).

Co więcej, swoboda wyboru, tak bardzo ceniona przez konsumentów, nie tylko faworyzuje w tym wypadku ludzi z większych miast (gdzie wybór lekarza i gabinetu po prostu… jest), względnie miejscowości dobrze skomunikowanych z większymi ośrodkami, ale też oznacza potężny zastrzyk środków do sektora komercyjnego. Podobny efekt może przynieść zapowiadane zniesienie limitów wizyt u specjalisty – od zniesienia limitów nie przybędzie bowiem etatów i godzin pracy w placówkach realizujących badania na NFZ. Tym bardziej że część badań, o których jest mowa (cytologia, mammografia), i tak jest dostępna w systemie publicznym. W ramach programu dojdzie po prostu do ich przeniesienia do sektora komercyjnego.

Libura o walce z pandemią: Miał być „młot i taniec”, ale na razie zapowiada się „młot i walec”

I to głównie tam będziemy sobie robić badania – choć z dostępnych informacji wynika, że ministerstwo nie ma różnicować między dwoma sektorami. Większy komfort placówek komercyjnych nie jest oczywiście wynikiem „obiektywnej wyższości” prywatnego nad publicznym, lecz raczej wybiórczego doboru świadczonych usług pod kątem opłacalności i wygody świadczenia. Bo czy kto widział kiedy awanturujących się bezdomnych w komercyjnej klinice przychodni? A może 80-letnią emerytkę czekającą tam pół dnia na lekarza?

500 złotych na badania oznacza zatem przelanie środków publicznych do placówek (głównie) komercyjnych, czego kosztem alternatywnym jest oczywiście dofinansowanie szpitali, przychodni i gabinetów publicznych. Zanosi się więc na drugą falę prywatyzacji (mówiąc formułą Łukasza Pawłowskiego, autora świetnej książki pod tym tytułem), odcinek nie-wiadomo-który. Oto państwo wyjmuje kolejne miliardy z budżetu i zamiast wesprzeć ledwie dyszące usługi publiczne, przelewa je do sektora komercyjnego. Przez co, dodajmy, podwójnie osłabia sektor publiczny: zrzuca na niego „trudniejszych” pacjentów, odbierając tych bardziej opłacalnych, zaś nie dopłacając do personelu, pośrednio skłania medyków do przejścia do… sektora komercyjnego, czym pogłębia i tak koszmarne kryzysy kadrowe.

Taki mechanizm – dystrybucja wpływów podatkowych na rzecz usług komercyjnych kosztem publicznych – antagonizuje również pracowników publicznej ochrony zdrowia i pacjentów. Zamiast jechać na jednym wózku (bo kolejny dobrze opłacony medyk to kolejny lepiej zaopiekowany pacjent), sytuuje ich w pozycji konkurowania o środki i symbolicznie stawia po dwóch stronach barykady. Bo oto: moje 500 złotych wydane w prywatnej przychodni to 500 złotych niezapłacone pielęgniarce, ratownikowi medycznemu czy lekarzowi rezydentowi w szpitalu publicznym.

Jesteś z klasy wyższej? Dodaj lekarza do znajomych. Nie? Gnij w kolejce

Władza piecze w ten sposób dwie pieczenie przy jednym ogniu: choć na partyjnych sztandarach ma sprawiedliwość, solidarność i porozumienie, to zaostrza właśnie konflikt między sfrustrowanymi pacjentami a równie sfrustrowanymi pracownicami ochrony zdrowia. Ci pierwsi (ale nie wszyscy i nie po równo, o czym była mowa wyżej) mogą „sami dokonać wyboru”, utwierdzając się w niechęci do sektora publicznego. Te drugie, na których harówce resztkami sił spina się system, traktowane są w praktyce jak „koszt osobowy”, który warto jedynie redukować. I mają coraz więcej motywacji, by wyjechać stąd w cholerę do Norwegii czy innych Niemiec.

A ile to wszystko ma w ogóle kosztować? Co te przepływy środków z publicznego worka do prywatnej kieszeni właściwie oznaczają? Szczegóły programu mamy poznać w czerwcu, ale jeśli przyjąć, że chodzi w nim o to, by ludzie po czterdziestce dłużej pracowali, to mowa zapewne o ponad 10 milionach osób, z czego wynika być może aż pięciomiliardowy wydatek w skali roku. Jeśli chodzi o wszystkich, także emerytów – liczbę osób, a zatem i kwotę, wypada podwoić.

Gdyby z programu skorzystało, powiedzmy, dwie trzecie uprawnionych, to daje ponad 3 miliardy złotych (lub 6 w szerszym wariancie). W wariancie węższym to tyle, ile kosztuje rocznie zapewnienie solidnego transportu publicznego w każdej gminie (który milionom Polek i Polaków pozwoliłby odwiedzać lekarzy w miarę potrzeby). Albo, co ważniejsze, to również tyle, że starczyłoby w skali roku na 1000-złotową podwyżkę na każdej z ćwierci miliona pielęgniarek i położnych i jeszcze dla kilkunastu tysięcy ratowników medycznych. W wariancie szerszym koszt alternatywny programu to i transport, i podwyżki naraz.

Mieszkania, ochrona zdrowia i inne przeżytki z PRL-u. Elementarz dla obrońców konstytucji

Takie na przykład alternatywne wydatki, dużo bardziej racjonalne dla całego systemu, byłyby sygnałem, że te najważniejsze bodaj obok nauczycielek zawody naszych czasów jakoś jednak doceniamy, nie tylko oklaskami z balkonu. Że fundament cywilizacji, jakim jest publiczna ochrona zdrowia, uważamy za ważniejszy od interesów komercyjnych dostawców usług medycznych na abonament. I że to niesławne „niech jadą!” posłanki Hrynkiewicz było jakimś groteskowym lapsusem, że to nie było na poważnie. Bo nie było, prawda, panie ministrze? Panie i panowie posłowie?

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij