Kraj

Biedaku, lepiej nie choruj

Fot. Olga Guryanova/unsplash

Pod względem dostępu do opieki zdrowotnej Polska jest jednym z najmniej egalitarnych krajów rozwiniętych. Bogaci zdecydowanie częściej korzystają z usług medycznych niż biedni, za to ci drudzy zdecydowanie częściej z nich rezygnują z powodów finansowych.

Według punktu 2 artykułu 68 Konstytucji RP „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. Ktoś naiwny lub nieznający polskich realiów mógłby na tej podstawie stwierdzić, że pod względem dostępu do świadczeń medycznych Polska musi być niezwykle egalitarna. Nic bardziej mylnego, wszak zapobiegliwie zaznaczono w tym przepisie, że chodzi tylko o tę służbę zdrowia, która jest finansowana ze składek i podatków. Jeśli ona komuś nie odpowiada, może sobie ogarniać te tematy we własnym zakresie.

Dla rządu to nawet lepiej, bo mniej problemów na głowie. Dla obywateli to nieco gorzej, ponieważ sprawia, że dostęp do tych zupełnie podstawowych usług jest zależny od sytuacji materialnej oraz klasy społecznej. W mało którym kraju OECD to, ile zarabiasz, ma tak duży wpływ na to, czy otrzymasz pomoc lekarską.

Dwa lata w kolejce

Służba zdrowia w Polsce jest formalnie bezpłatna, lecz z powodu niedofinansowania co roku dużą część potrzeb w tym zakresie Polacy i Polki finansują z własnej kieszeni. A jak wiadomo, kieszenie różnych ludzi mają różne głębokości, więc i różne są możliwości subsydiowania prywatnymi środkami tej podstawowej usługi publicznej. Całość wydatków na służbę zdrowia w Polsce odpowiada 6,3 proc. PKB, w tym 1,8 proc. to opłaty dobrowolne. Tak więc za prawie jedną trzecią wydatków na opiekę zdrowotną w Polsce odpowiadają środki prywatne – to jeden z najwyższych wyników w OECD.

Przeciętnie wśród krajów członkowskich tej organizacji poziom subsydiowania publicznych wydatków na służbę zdrowia pieniędzmi prywatnymi wynosi około 18 procent: Niemcy pokrywają w ten sposób 15 procent wydatków na służbę zdrowia, a Francuzi 17 proc. Jeszcze mniej, bo 15 proc. PKB wynosi poziom subsydiowania publicznej służby zdrowia w Danii i Norwegii, a równe 18 proc. w Holandii.

Jak uniknąć apokalipsy, czyli wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o polskim zdrowiu, choć powinniście

W oczywisty sposób te modele opieki zdrowotnej, w których największą rolę odgrywają środki prywatne, są najmniej egalitarne – po prostu są one nierówno dostępne. To właśnie główny powód tego, że polski system opieki medycznej jest jednym z najmniej równościowych w OECD.

Z niskich nakładów na publiczną służbę zdrowia oraz najmniejszej w UE liczby lekarzy na sto tysięcy mieszkańców biorą się gigantyczne kolejki. Od 2012 roku fundacja Watch Health Care bada kolejki do świadczeń medycznych w Polsce, publikując wyniki co mniej więcej sześć miesięcy w Barometrze WHC. Ostatnia edycja obejmowała okres lipiec–sierpień 2019. W stosunku do stycznia 2019 przeciętna długość oczekiwania na pojedyncze świadczenie służby zdrowia wydłużyła się o pół miesiąca i po raz pierwszy w historii przebiła 4 miesiące – dokładnie 4 miesiące i 9 dni.

Jednak długość oczekiwania w przypadku poszczególnych schorzeń potrafi się różnić nawet dwudziestokrotnie. Na świadczenie w dziedzinie ortopedii i traumatologii narządów ruchu przeciętnie czeka się nad Wisłą, uwaga, prawie dwa lata – dokładnie 22,2 miesiąca. W przypadku chorób płuc jedynie 0,7 miesiąca. Istnieje kilkanaście dziedzin medycyny, w których oczekiwanie na świadczenie jest niższe niż dwa miesiące. W kilkunastu innych czeka się dłużej niż 5 miesięcy. Tradycyjnie prawdziwą gehennę w Polsce przeżywają chorzy na tarczycę, gdyż na pojedyncze świadczenie z endokrynologii czeka się średnio 8,1 miesiąca (a na wizytę u endokrynologa nawet 14 miesięcy). Tyle samo czeka się na rehabilitację, a leczący się na laryngologii oczekują 9,5 miesiąca.

Biedny, czyli chory

czytaj także

Oczywiście absolutnie nie chodzi o to, żeby wypominać rzekome „uprzywilejowanie” tych chorych, którzy czekać nie muszą. Tym bardziej, że najkrótszy okres oczekiwania dotyczy głównie tych, którym zazdrościć nie ma czego – mowa na przykład o pacjentach onkologii lub opieki paliatywnej. Nie zmienia to faktu, że tak drastyczne różnice w okresie oczekiwania na świadczenie sprawiają, że cierpiący na niektóre rodzaje chorób lub kontuzji są poszkodowani. Gdy są zamożni, bez większych problemów opłacają się w prywatnych klinikach. Gdy nie są, muszą czekać miesiącami lub biorą pożyczki na opłacenie świadczeń prywatnych.

Zdrowie nie dla wszystkich

W systemie opieki zdrowotnej, w którym ważną rolę odgrywają środki prywatne, dostęp do lekarza zależy od poziomu dochodu. I tak też jest w Polsce: nad Wisłą niecałe 80 procent społeczeństwa w ciągu ostatnich 12 miesięcy odbyło przynajmniej jedną wizytę u lekarza. Jednak w grupie 20 procent najmniej zarabiających ten wskaźnik spada do 70 procent, za to w grupie 20 proc. najbogatszych rośnie do 90 procent. To jedna z kilku największych różnic wśród krajów OECD. Większe nierówności w wizytach u lekarza występują między innymi na Łotwie, w Rumunii, Bułgarii i Chile. We Francji oraz Niemczech odsetek osób, które skorzystały z usług lekarza w ostatnim roku, różni się między dolnym i górnym kwintylem zaledwie o 5 punktów procentowych – na tle naszych 20. Inaczej mówiąc, nierówność w dostępie do lekarza zależna od czynników ekonomicznych jest tam czterokrotnie mniejsza niż w Polsce.

Instytut Badań Strukturalnych policzył na podstawie danych z Badania Spójności Społecznej GUS, jak rozkładają się w poszczególnych grupach dochodowych osoby rezygnujące ze świadczeń medycznych z powodów ekonomicznych. Ponad połowa (55 proc.) osób, które zrezygnowały z niezbędnej wizyty u dentysty, należy do 30 procent najbiedniejszych gospodarstw domowych. Co czwarta taka osoba należy do najniższego decyla dochodów, a zaledwie co setna do górnego decyla. Minimalnie bardziej egalitarnie rozłożona jest rezygnacja z płatnej wizyty u specjalisty. Równo połowa osób, które zrezygnowały z wizyty u specjalisty, należy do 30 proc. najbiedniejszych. Co piąta taka osoba należy do 10 proc. najbiedniejszych, a co pięćdziesiąta – do 10 proc. najbogatszych.

Równie ciekawe dane można znaleźć w artykule czterech badaczek uniwersyteckich z Białegostoku. Według nich aż 41 proc. osób z dolnej ćwiartki społeczeństwa nie wykupuje leków z powodu zbyt wysokich kosztów. W górnym kwartylu odsetek takich osób jest dziesięć razy mniejszy. Co czwarta osoba z dolnego kwartyla rezygnuje też z przyczyn finansowych z przeprowadzenia niezbędnych badań. Wśród najbogatszej jednej czwartej Polaków badań zaniechuje jedynie 3 procent.

Dane GUS potwierdzają także dane OECD. Według najnowszej edycji raportu Health For Everyone, aż 30 procent Polek i Polaków należących do dolnego kwintyla rezygnuje z usług opieki medycznej z powodu związanych z tym kosztów. Tylko w 9 krajach OECD ten odsetek jest wyższy. Wśród reprezentantów górnego kwintyla dochodów z usług opieki medycznej z powodu kosztów rezygnuje już tylko 7 procent. Olbrzymia różnica między grupami dochodowymi widoczna jest także w badaniach przesiewowych na ewentualność raka szyjki macicy. Badania tego typu przeprowadza 85 procent Polek z górnego kwintyla i zaledwie 55 procent z dolnego.

Walter White żyje nad Wisłą

Oczywiście konieczność poniesienia dodatkowych kosztów to najczęstszy powód rezygnacji z niezbędnych świadczeń ochrony zdrowia, jednak niejedyny. Innym są problemy z dotarciem do lekarza. Siłą rzeczy w kraju, w którym komunikacja publiczna pozostawia (delikatnie mówiąc) sporo do życzenia, szczególnie na prowincji, czynnik ten musi grać relatywnie większą rolę niż w innych krajach. W Polsce prawie 5 procent społeczeństwa ma niezaspokojone potrzeby zdrowotne z powodu problemów z dotarciem do odpowiedniej placówki. Spośród krajów OECD gorzej jest tylko w Chorwacji, Czechach, Irlandii, Grecji, Włoszech i na Łotwie. Tu także widać bardzo duże różnice między grupami dochodowymi. Wśród 20 proc. najbiedniejszych 7 proc. populacji nie zaspokoiło swoich potrzeb zdrowotnych z powodu kłopotów z transportem. Wśród 20 proc. najbogatszych dotyczy to jedynie co pięćdziesiątego.

Chile: krach wolnorynkowej dystopii

Opowieści o amerykańskich rodzinach, które w olbrzymie kłopoty finansowe wpędziły nagłe problemy zdrowotne, to już klasyka gatunku. Na kanwie takich smutnych przypadków powstał jeden z najsłynniejszych seriali ostatnich lat, czyli Breaking Bad. Amerykanie gorzko się śmieją, że w Kanadzie taki serial powstać by nie mógł – kanadyjski Walter White po zdiagnozowaniu raka po prostu otrzymałby bezpłatną pomoc i byłby to koniec całej fabuły. Jak się okazuje, podobne przypadki zdarzają się także w Europie, szczególnie Środkowo-Wschodniej i Południowej.

Aż 30 procent Polek i Polaków z dolnego kwintyla rezygnuje z usług opieki medycznej z powodu związanych z tym kosztów.

Jako catastrophic spending on health definiuje się wydatki na opiekę medyczną, które przekraczają 40 procent zdolności finansowych gospodarstwa domowego. Konieczność poniesienia takich „katastroficznych” wydatków na zdrowie rocznie spada na prawie 9 procent polskich rodzin. W Europie więcej jest ich tylko na Litwie, Łotwie, Węgrzech i w Grecji. Aż dwie trzecie takich gospodarstw domowych należy do 20 procent najbiedniejszych Polek i Polaków. W grupie 20 proc. najbogatszych „katastroficzne” wydatki na zdrowie prawie nie występują.

Nic więc dziwnego, że stan zdrowia w naszym kraju jest niezwykle skorelowany z sytuacją materialną oraz klasą społeczną, do której się należy. W grupie 20 proc. najbogatszych Polek i Polaków przeszło 70 procent deklaruje dobry lub bardzo dobry stan zdrowia. W dolnym kwintylu najbiedniejszych dobrym zdrowiem może się pochwalić ledwie ponad połowa. Mamy też trzecią najwyższą w OECD lukę w długości życia między mężczyznami o niskim i wysokim wykształceniu – różnica wynosi aż 12 lat, przy średniej 77 lat. Większa różnica występuje jedynie na Węgrzech i Słowacji. Luka w długości życia wśród Polek jest wyraźnie niższa (5,1 roku), jednak także wyższa od średniej OECD (równe 4 lata). Przy czym należy pamiętać, że poziom wykształcenia akurat w Polsce bardzo wyraźnie przekłada się na dochody.

Awans społeczny? Chyba nie w Polsce

Publiczną służbę zdrowia wymyślono po to, by dostęp do opieki medycznej był względnie równy dla wszystkich. Obywatele i obywatelki mogą się różnić między sobą wielkością mieszkania, klasą samochodu czy hotelu, w którym spędzają wakacje, ale nie szybkością, z jaką ktoś im przyjdzie z pomocą w razie problemów zdrowotnych. W świecie, który codziennie zużywa gigantyczne ilości zasobów naturalnych, i w gospodarce, która produkuje mnóstwo zupełnie zbytecznych dóbr, wartych nieraz miliony, przynajmniej życie i zdrowie każdego powinny być traktowane tak samo. No ale przecież drastyczne podniesienie publicznych wydatków na zdrowie to lewacka utopia. W Polsce nie może być w miarę dobrze dla wszystkich i względnie równo, bo wtedy nam się odechce tyrać i cała misterna konstrukcja legnie w gruzach.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij