Kraj

Dlaczego nie lubimy biednych?

Przede wszystkim drażni nas, gdy biedni mieszają się do polityki. Wkurza nas to, że ludzie leniwi i niewiele wnoszący od siebie potrafią bezczelnie iść do urny wyborczej i zagłosować na partię, której nie lubimy. Przecież nasza Polska toczy się po jedynie słusznych torach w jedynie słusznym kierunku; przecież jeśli tylko chcą, to mogą do nas dołączyć − zamiast wysadzać tory.


My młodzi, my ambitni, my dający sobie radę. Wstajemy wcześnie, pracujemy długo i osiągamy swoje cele, tak jak pan kapitalizm przykazał. Nasze stanowiska pracy nazwane są często po angielsku, nierzadko pracujemy w B2B dla kilku podmiotów, a nawet zarabiamy w różnych walutach. Nikt nas nie pytał, czy chcemy żyć w takim systemie, nie my go wybraliśmy, zastaliśmy go takim, jakim jest, ale umieliśmy się w nim odnaleźć i postępować według jego praw. Jakiekolwiek one są.

Dlaczego nie lubimy biednych? Właściwie nikt z nas nie przyzna się wprost, że nie lubi biednych, bo to źle brzmi i źle wygląda. Poza tym w końcu czasem ich lubimy. Na przykład wtedy, kiedy drżącymi rękami odbierają klucze do domu odremontowanego przez gwiazdę telewizji w popularnym programie albo kiedy trzymają w dłoniach paczki z darami od znanych piłkarzy, a łzy wdzięczności spływają im po przeoranych zmarszczkami twarzach, a także kiedy gnąc się w pas, dziękują za datki na subkonto w fundacji.

Na początek poświęcimy najbiedniejszych

A jednak gdy tylko przestają być szarym tłem codzienności, obiektem naszej troski lub badań, czyli wyjdą z roli przez nas akceptowanej, to bardzo szybko znajdujemy w każdym ich zachowaniu tysiące błędów, przewin i obrzydliwości.

Wiemy, że biedni są wszędzie i zawsze będą, w każdym systemie i w każdym kraju. I niech sobie nawet będą, ale niech się tak z tym nie obnoszą i, co najważniejsze, niech nie marudzą. Bo przecież jeśli tylko chcą, mogą ciężko pracować i do nas dołączyć.

Odwalcie się od naszego kraju i od nas

Przede wszystkim drażni nas, gdy biedni mieszają się do polityki. Mówiąc precyzyjniej − gdy wygrywają z nami w demokratycznych wyborach. Wkurza nas, że ludzie leniwi i niewiele wnoszący od siebie potrafią bezczelnie iść do urny wyborczej i zagłosować na partię, której nie lubimy.

Czemu oni nam to robią? Czemu ktoś, kto nie przeszedł tego, co my, nie pracuje tam, gdzie my, nie mieszka i nie jada tam, gdzie my, nie słucha tego, co my, i nie ubiera się w to, co my, ma czelność wyciągać ręce po nie swoje? Czemu dyktatura ciemnoty i głupoty w ogóle śmie śmieć. Przecież nasza Polska toczy się po jedynie słusznych torach w jedynie słusznym kierunku, co prawda nie wszyscy załapali się na tę podróż do lepszej przyszłości, ale przecież jeśli tylko chcą, to mogą do nas dołączyć − zamiast wysadzać tory.

A jednak nie przepijają. Alchemia 500+

W czasie transformacji ustrojowej wtłoczono nam do głowy określony model sukcesu: musimy się edukować, rozwijać i piąć na sam szczyt. Taką wizję świata serwują nam szkoły, media, celebryci, saloniki biznesowych, dziennikarskich i politycznych elit. Podoba nam się lub nie, ale takie są zasady gry i ciężką pracą się do nich dostosowujemy, a w zamian dostajemy pozycję społeczną i symboliczną władzę.

Dlatego tak bardzo denerwuje nas, gdy ktoś próbuje iść na skróty i podważyć status quo. Wolą dostać mieszkanie, zamiast wziąć na kredyt, dostać 500+ w gotówce, zamiast ulgę w podatku, dostać solidną pensję na umowę o pracę, zamiast tyrać od świtu do nocy na kilku zleceniach. Mają dostać za nic to, na co my ciężko pracowaliśmy i czemu poświęciliśmy czas, a czasem i marzenia? Mają z nas zrobić frajerów?

W swoim klasowym rozumieniu czujemy niesprawiedliwość, kiedy przegrywamy wybory z biednymi, bo to przecież my robimy wszystko, jak trzeba, i to „nasze” powinno zawsze brać górę.

Pracujący biedni z budżetówki

Stąd biorą się te popularne jęki, że oni „sprzedali Polskę za 500+”, oddali naszą wolność i nasz kraj w ręce dyktatora. Nigdy tak naprawdę nie traktowaliśmy ich jak równorzędnych obywateli, którzy mają do tego kraju takie samo prawo jak my, dlatego też teraz, kiedy wygrywają z nami w wyborach, czujemy się, jakby ktoś obcy nam coś odbierał.

Dlatego wypychamy ich i ich polityków poza nawias naszej wspólnoty, za wszelką cenę chcemy ich odsunąć od władzy, a dopiero potem się zastanowimy, jak dalej kierować naszą Polską, kiedy już wróci w prawowite ręce.

Własnymi rękami do wszystkiego, co mam

Troskliwie pielęgnujemy swoje własne klasowe mity, a zwłaszcza ten o byciu kowalem swego losu. Skoro bowiem panuje dogmat, że pieniądze i pozycja są przyznawane dziś za zasługi, to musimy te zasługi w sobie odnaleźć. Oczywiście są wśród nas ludzie ze społecznego awansu, którzy rzeczywiście pracowali w trudzie i znoju, żeby być tu, gdzie są (sam się z tą gromadką identyfikuję). Tutaj jednak każdy musi mieć swoją opowieść o ciężkiej pracy, a więc i Sebastian Kulczyk miał swoje ulotki do rozdania, zanim stał się znanym dziedzicem rodzinnej fortuny. Wstawaliśmy wcześnie, uczyliśmy się pilnie, by teraz móc z czystym sumieniem powiedzieć, że do wszystkiego doszliśmy sami.

Wmawianie ludziom, że wszyscy tak samo możemy się realizować, jest nieuczciwe

Co prawda nasi rodzice byli bogaci i wysyłali nas do najlepszych szkół i na dodatkowe kursy, ale przecież za nas nikt się nie uczył. Co prawda utrzymywali nas na studiach, płacili za akademik, warunki i przedłużenia sesji, utrzymywali na aplikacjach czy pierwszych latach darmowych staży, ale przecież teraz już jesteśmy na swoim. Co prawda zdobywaliśmy doświadczenie i znajomości w towarzystwie dobrze sytuowanych tatusiów i mamuś, ich branżowego bąbelka, gdzie mogliśmy się opatrzyć i osłuchać, ale reszta to już sami my.

A biedni wytykają nam przywilej. Mówią, jak wiele mieliśmy na starcie i jak niewiele musieliśmy dołożyć od siebie, żeby zajmować pozycję społeczną, o której oni i ich dzieci mogą pewnie wyłącznie pomarzyć. I to nas wkurza. A najbardziej się denerwujemy wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać prawdę, że wychowanie w kochającym domu, wolnym od przemocy, gdzie nie brakowało na jedzenie i ubranie, w dużym mieście wojewódzkim, w cieniu wyższej uczelni, to wszystko jest luksus dostępny wąskiej grupie.

Ikonowicz: 30 lat powtarzam, że człowiek biedny nie jest wolny. Przyszedł Kaczyński, powiedział to samo i wygrał

Kiedy zaczynamy to dostrzegać, nasze prywatne historie bledną i przestają być tak atrakcyjne. Bo nagle się okazuje, że w dużej mierze reprodukujemy status społeczno-ekonomiczny rodziców. Monumentalne dzieła naszych rąk okazują się zupełnie spodziewanymi i oczekiwanymi rezultatami osiągniętymi przy przeciętnym nakładzie pracy. Wystarczy trochę odkleić warstwę naszej własnej mitologii i z self-made mana stajemy się prawnikami-dziećmi prawników i uczonymi-dziećmi uczonych.

Przykro to przyznać.

Zmień pracę, weź kredyt

Jest jeszcze jeden mechanizm, który mamy głęboko zakorzeniony, a który wymaga od nas wiecznie krytycznej oceny biednych. Jest to wiara w założenia systemu, w którym żyjemy.

Z jednej strony daje nam to motywację do rozwoju, bo liczymy na nagrodę za harówkę i wyrzeczenia, z drugiej strony daje nam poczucie bezpieczeństwa, że jak długo będziemy ciężko i uczciwie pracować, to nic złego nam się nie stanie. Szczególnie mocno to przekonanie wybrzmiewa wśród osób mających za sobą awans społeczny, które kurczowo trzymają się myśli, że robienie wszystkiego jak trzeba uchroni nas od powrotu do statusu, od którego wyszliśmy.

Odważ się być średnim!

Wierzymy w to i nawet gdy życie dostarcza nam dowodów przeciwnych, to staramy się je ignorować i tym mocniej wierzymy, że z każdej sytuacji da się wyjść. Odsuwamy od siebie myśl, że wypadek czy choroba mogą nas wpędzić w tarapaty. Nie dopuszczamy myśli, że skoro jedynym naszym majątkiem jest nasza własna dobrze opłacana praca, to jeśli ją stracimy, możemy bardzo szybko wpaść w spiralę niespłaconych kredytów.

Dlatego też w każdej dyskusji szukamy jakiegoś punktu zaczepienia, jakiejś ścieżki, choćby najbardziej absurdalnej, żeby tylko udowodnić, że da się. Wykluczenie transportowe? Kup samochód. Niskie dochody i problemy mieszkaniowe? Zmień pracę i weź kredyt. Głodowe pensje i łamanie praw pracowniczych? Idź do innej firmy, gdzie płacą dużo i dobrze traktują ludzi.

Nie wierzcie w merytokrację

czytaj także

Prędzej czy później się okazuje, że każdy zna kogoś, kto wychował się w kubku po jogurcie na dworcu, a dziś jest prezesem giełdowej spółki. Da się, tylko trzeba chcieć. Wierzymy w to, bo chcemy w to wierzyć. Alternatywa jest przerażająca.

Po co dbać o usługi publiczne?

Nasza niechęć do biednych jest uzasadniona, racjonalna i szczera. Ciągłe ich obwinianie i krytykowanie jest nieodłączną częścią systemu, w którym żyjemy. Ich obecność przypomina, gdzie możemy się znaleźć, jeśli nie będziemy przestrzegać zasad.

Z dnia na dzień stajemy się coraz bardziej nieczuli i z tego znieczulenia robimy swoją zbroję. Patrzymy sobie rano w lustro bez moralnych dylematów i rozterek.

W krainie zmęczenia i upokorzenia

Po co zajmować się losem biednych, skoro oni sami mogą poprawić swój byt, jeśli tylko zechcą? Po co dbać o publiczną edukację, ochronę zdrowia czy mieszkalnictwo, skoro zaradni, jeśli tylko chcą, mogą sobie to wszystko kupić i zapewnić bez pomocy urzędników? Po co nam państwo, urzędy i urzędnicy, skoro wolny rynek dostarcza nam wszystkiego, czego potrzebujemy, a jeśli tylko chcemy, to ciężką i uczciwą pracą napełnimy sobie kieszenie wystarczająco, żeby to wszystko kupić?

Oburzamy się od czasu do czasu na niską frekwencję w wyborach, słabo rozwinięte społeczeństwo obywatelskie, oburzamy się na znieczulicę i wyścig szczurów, a jednocześnie myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem konsekwentnie wspieramy ten system. Nasza niechęć do klas niższych nie wynika z tego, że jesteśmy sami w sobie złymi ludźmi, tylko z tego, że system nam taką postawę wpaja, utrwala ją i wynagradza. Naszą klasową winą jest to, że się temu nie opieramy.

**
Bartosz Migas jest łodzianinem, prawnikiem, działaczem Partii Razem.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.