Kraj

Nikogo nie interesuje, czy mam z czego żyć

Kiedy trzeba przeżyć miesiąc za 645 złotych zasiłku, mieszkanie w stolicy ma plusy: dużo sklepów, duża konkurencja, więc są przeceny. Te szanse zabiera jednak pandemia. Pewnie mógłby sobie dorobić, ale wtedy straci prawo do zasiłku, co więcej – traci też ubezpieczenie, a w przypadku osoby przewlekle chorej jest ono kluczowe.

Maksymalna kwota stałego zasiłku socjalnego wynosi 645 zł. Na tyle może liczyć osoba, której stan zdrowia nie pozwala pracować, lata na śmieciówkach nie dały prawa do renty, a wiek jeszcze nie uprawnia do emerytury. Tylko czy za te pieniądze da się dożyć wieku emerytalnego?

Wojciech mówi, że da się, jeśli na przykład ktoś ma rodzinę, która pomoże. Albo jeśli ktoś mieszka na wsi i poza zasiłkiem może mieć jeszcze kury i własne warzywa. Albo jeśli ktoś jest nieuczciwy i dorabia na boku. Wojciech nie kombinuje, a mieszkając na warszawskim Mokotowie, nie ma perspektyw na marchewkę z przydomowej grządki. Czasem wspiera go finansowo matka emerytka, więc ponad rok już przetrwał. Jak długo jeszcze sobie poradzi – tego nie wie.

Kiedy trzeba przeżyć za 645 złotych, szukanie oszczędności i liczenie pieniędzy nigdy się nie kończy. Gdy umawiamy się na telefon, odruchowo chyba mówi, że może do mnie zadzwonić, bo ma za darmo. Rozmawiamy o zapowiadanych w Warszawie nowych stawkach za śmieci – dla Wojciecha, osoby żyjącej samotnie, będzie to zdecydowana zmiana na plus. Mówimy o szansach, które daje stolica – dużo sklepów, duża konkurencja, więc są przeceny. Te szanse zabiera jednak pandemia. Mężczyzna, który ma niską odporność, sklepów powinien raczej unikać. Nie ma więc polowania na promocje. Nie ma już niemal od roku chemioterapii, chociaż miała być. Chemioterapia zaplanowana na marzec została odwołana, dostał polecenie, żeby odezwać się w maju. W maju został zapytany, czy ma wrażenie, że jego stan się pogorszył, bo jeśli nie, to powinien się zgłosić w lipcu. W lipcu znów został zapytany, czy jest gorzej, a skoro nie było, to chemii nadal też nie było.

Bendyk: A jeśli końca pandemii nie będzie?

Dobrze, że chociaż tomografię, na którą dostał skierowanie w lipcu, udało się w grudniu zrobić.

O to, czy ma za co żyć i jak sobie radzi w pandemii, nie zapytał Wojciecha nikt, ani w ZUS-ie, z którego od ponad roku usiłuje uzyskać decyzję w sprawie renty w drodze wyjątku, ani w MOPS-ie. Pandemia koronawirusa niczego w tej sprawie nie zmieniła. Dwa razy z zakupami pomogła mu pracownica MOPS-u – ale to w ramach ludzkiego odruchu, nie obowiązków służbowych. No i oddał jej za to pieniądze.

Lata na śmieciówkach

Wojciech z detalami recytuje swoją pracowniczą biografię. Nie wie, który to już raz, bo lista instytucji państwowych i NGOsów, w których szuka wsparcia, jest długa. Dochodzą do niej posłowie z obu stron sceny politycznej, do których pisał. Do Krytyki Politycznej też pisze, bo – jak mówi – takich jak on, ludzi w pułapce emerytalno-rentowej, jest coraz więcej. Wylicza lata oskładkowane i te na śmieciówce, dopóki nie przerywam pytaniem o to, czym się zajmował.

− Jestem pani kolegą po fachu – mówi zaskoczony, jakby to było oczywiste, a warto dodać, że pierwszy raz rozmawiamy tuż przed Wigilią, robi się więc trochę jak u Dickensa.

Jednostkowy los Wojciecha uznać można za typową historię pokolenia, które pracowało na etatach, dopóki nie przyszły zagraniczne koncerny, centralizacja i automatyzacja. Po etacie w redakcji regionalnych mediów zaczęły się więc próby utrzymania w zawodzie, przebranżowienie, zlecenia i dzieła. Wojciech mówi, że uczciwość, ale i obawa przed konsekwencjami, nie pozwoliły mu założyć działalności gospodarczej, żeby pracować dla jednego podmiotu. Stał się przedsiębiorcą, dopiero kiedy wyemigrował za granicę, a tam to rozwiązanie było – jak twierdzi − zgodne z przepisami. Po kilku latach spędzonych za granicą wrócił do Polski.

− Dostałem propozycję pracy zdalnej dla firmy francuskiej, ale znowu na podstawie umowy o dzieło. Wypadłem z rynku w Polsce: byłem za stary, a młodzi ludzie byli gotowi pracować za grosze, żeby mieć coś w CV. Tak to się kolebało, aż zachorowałem. W 2018 roku byłem już niesprawny.
Szpital, diagnoza, orzeczenie o niezdolności do pracy. Oszczędności były, ale nie na długo. Do wieku emerytalnego jeszcze siedem lat, tego się nie przeskoczy. Przy przyznawaniu renty rozpatrywane jest ostatnie 10 lat.

Polski prekariusz patrzy na Kodeks pracy

− Mam 23 lata pracy, które podlegały oskładkowaniu. Potem śmieciówki. ZUS miał pretensję: pan przez ostatnie 10 lat nie pracował. Odpisywałem: miałem do wyboru pracować na umowę o dzieło albo wcale.

Wie, że mógł odprowadzać składki na własną rękę, ale uważał wtedy, że nie ma takiej potrzeby. Pewnie wiele rzeczy mógł zrobić inaczej, tak jak inaczej mogły postąpić osoby, które są teraz w tej samej sytuacji, a zna ich coraz więcej. Na razie wykrył, że ZUS nie uwzględnił jego służby wojskowej w swoich wyliczeniach. To się udało poprawić, chociaż zmieniło niewiele. Prawnik mu powiedział, że najważniejsze, żeby udokumentował swoją pracę na umowy o dzieło, więc dokumentował, jak mógł. Zasygnalizował też, że za granicą miał umowę, która powinna była być oskładkowana. ZUS czeka jednak na potwierdzające to dokumenty, a tymczasem zawiesza postępowanie.

Ceny jabłek rosną, a zasiłek stoi

Jeśli składki z ostatnich 10 lat nie dają prawa do renty w standardowym trybie, zostaje wyjście awaryjne: renta w drodze wyjątku. Ale i tu sprawa będzie w zawieszeniu, dopóki nie ma pewności, czy wszystkie dokumenty są złożone, czy przyjdzie coś jeszcze od zagranicznych pracodawców.

− Trwa to już ponad rok. Gdyby to była renta w trybie normalnym, to musieliby mi ją po przyznaniu wyrównać, ale to renta w drodze wyjątku, więc wypłacana od momentu przyznania. Ja rozumiem, że oni oceniają dokumenty, że z tego się rozliczają, że każdy się stara chronić swoje cztery litery przed podjęciem decyzji związanej z wydaniem pieniędzy, a jeśli da się zaoszczędzić, to czemu nie? Ale nikt nie zapytał, czy mam za co żyć. Może przeceniam rolę ZUS-u, ale to jest taka typowa ludzka sprawa. A − jak mówi Wojciech − to orzecznik ZUS-u zdecydował, że mężczyzna nie może pracować. I na tym się skończyło. Zostaje zasiłek z MOPS-u. W Warszawie wynosi maksymalnie 645 złotych, w innych województwach bywa niższy. Groszowe różnice – macha ręką.

Sprawę renty w drodze wyjątku przejął Wojewódzki Sąd Administracyjny – mężczyzna ma nadzieję, że to się w końcu przełoży na decyzję, niechby nawet negatywną. Będzie coś wtedy wiedział na pewno. Na razie pytań ma więcej niż odpowiedzi.

− Zasiłek nie rośnie. Renta poszła w górę, zasiłek dla bezrobotnych wynosi bodajże 1200 po tym, jak go podniesiono w związku z pandemią. Lekko licząc, 5 proc. inflacji mamy w tym roku, a zasiłek od 2018 roku się nie zmienił. Ceny jabłek rosną, a zasiłek stoi. Mam podejrzenie, że jest on przyznawany z założeniem, że ludzie resztę dokradną, zarobią na czarno lub utrzyma ich rodzina.

Cicha rocznica

czytaj także

Cicha rocznica

Krzysztof Chaczko

Wojciech mówi, że o ile różne świadczenia są skorelowane z płacą minimalną i razem z nią podlegają waloryzacji, o tyle ten zasiłek ma wysokość na sztywno wpisaną w ustawę. Ktoś tę wartość zasiłku jednak ustalił. Wojciech znalazł gdzieś symulację, jak to świadczenie ma zaspokajać potrzeby. Na mieszkanie było przewidziane bodajże 200 zł. Gdzie trzeba mieszkać, żeby to wystarczyło – zastanawia się mężczyzna, który mieszka we własnym mieszkaniu. Bez kredytu, ale z czynszem i opłatami, na które 200 zł nie wystarcza. I w tym, jak mówi, też nie jest osamotniony, coraz częściej o tym słyszy: całe życie spłacania mieszkania po to, żeby później nic poza nim nie mieć.

Zasiłek z MOPS-u przyznawany jest osobom, które nie mogą pracować, co oznacza, że jeśli ktoś pracować mimo wszystko zacznie, traci prawo do zasiłku, co więcej – traci też ubezpieczenie. Tego Wojciech, jak mówi, obawia się najbardziej. Musiałby zarabiać naprawdę dobrze lub mieć chociaż kawałek etatu, żeby warto było ryzykować utratę świadczenia i ubezpieczać się w inny sposób. W przypadku osoby przewlekle chorej ubezpieczenie jest kluczowe.

W efekcie znaleźć pracę Wojciech i musi, i chciałby.

− Gdybym dorobił 200, 300 czy 500 zł, wystarczyłoby, żebym zapłacił rachunki, utrzymał się, może nie żyłbym jak król, ale żyłbym spokojniej. Nie mam kredytów, nie mam zobowiązań, dużo mi nie trzeba.

Dorobić do zasiłku nie może, więc potencjalna praca powinna wiązać się z wynagrodzeniem pozwalającym przeżyć bez świadczenia. Szuka jej przez NGOsy, choćby z przebranżowieniem, ale słyszy, że łatwo nie będzie. Jak mówi: ma wykształcenie i doświadczenie, co dla wielu potencjalnych pracodawców, zwłaszcza zatrudniających osoby z niepełnosprawnością, jest raczej wadą niż zaletą. Chciałby pracować, żeby mieć po co wstać rano, żeby się jeszcze przydać, żeby mieć kontakt z ludźmi, na ile mu sił wystarczy i o ile pandemia pozwoli.

− Chciałoby się mieć w życiu na co czekać, coś innego niż kolejny szpital i wiadomo co. A jeśli doczekam do emerytury, to tym lepiej.

*
Imię bohatera zostało zmienione.

**
Nina Olszewska – doktorka nauk humanistycznych i geodetka, zawodowo związana z komunikacją i PR. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała na łamach m.in. „Dużego Formatu”, magazynu „Non/fiction” i Krytyki Politycznej.  20 maja nakładem Wydawnictwa Poznańskiego wyszła jej debiutancka książka reporterska Pudło. Opowieści z polskich więzień.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij