Kraj

Gdzie państwo nie może, tam posyła pracowniczkę socjalną

Fot. TVP S.A.

Na początku lockdownu zamknął się nasz szpital psychiatryczny. Wypuścili wszystkich pacjentów, których uznali, że można zwolnić do domu. Dzień później miałam na biurku sześć zgłoszeń o próbach samobójczych nastolatków – mówi Monika Szlosek-Urbańska w rozmowie Anny Cieplak.

Anna Cieplak: Jest rok 2011. W telewizji zaczyna się emisja serialu Głęboka woda o pracownikach socjalnych, a ty właśnie zaczynasz pracę w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie. Od razu wyrywałaś się do pracy w terenie?

Monika Szlosek-Urbańska: Na początek zostałam rzucona na głęboką wodę… papierów. Okazało się, że produkuje się ich mnóstwo. Duże gminy już wtedy wprowadzały cyfryzację, a mniejsze do dziś piszą wywiady środowiskowe ręcznie.

Ale dziś już nie kopiesz w tych papierach.

Kilka lat temu wprowadzono rozdział na pracowników zajmujących się finansami lub pracą socjalną. Od razu przeszłam do pracy socjalnej, bo od zajmowania się świadczeniami zupełnie się wypalałam. Teraz czuję większą sprawczość, bo mogę na przykład wpływać na klienta, żeby poszedł na terapię uzależnień, szkolenie aktywizujące czy do pracy. Widzę jego sytuację szerzej niż tylko przez pryzmat świadczeń. Żeby to robić, muszę mieć wiedzę z psychologii, pedagogiki, prawa, medycyny, geriatrii, a oprócz wiedzy potrzeba doświadczenia. Wiem, w której dzielnicy ile ludzie płacą za jakie media, wiem, jakie są leki na chorobę afektywną dwubiegunową, wiem, gdzie są meliny i gdzie co można załatwić. Chodzę na interwencje, choć to nie całkiem moja działka.

Głos pracownic pomocy społecznej pod pałacem prezydenckim

Co w zasadzie określa wasze zadania? Ustawa o pomocy społecznej? Specyfika lokalności?

Ustawa o pomocy społecznej to wielka kobyła, do której wrzuca się dosłownie wszystko. Jak nie wiadomo, kto ma się czymś zająć, to zrobi to pracownik socjalny. Jak nie ma kto sprawdzić, czy ludzie prawidłowo gospodarują pieniędzmi z 500+, to pójdzie pracownik socjalny. Jak trzeba szybko iść na interwencję, to też można nas wysłać. Przyzwyczailiśmy się już, że robimy bardzo dużo.

Niemniej ustawa jest rzeczywiście szeroka i dużo zależy od finansów gminy i od władzy na tym szczeblu. Ministerstwo zleca gminie zadania, a gmina je realizuje tak, jak uważa. W zależności od finansów realizujemy różne programy.

To musi stwarzać problemy na poziomie solidarności zawodowej. Widzę, że pracownicy socjalni zwykle strajkują osobno. W Zabrzu był protest pracowników ośrodka pomocy rodzinie, w Wejherowie spór zbiorowy. Odbył się też protest ogólnopolski, ale rozumiem, że krytykę kieruje się zwykle do gminy. Czy jest tak, że zarobki pracownika socjalnego w Sopocie, Dąbrowie Górniczej i Lubaczowie będą różne?

Tak, te różnice bywają duże i przez to trudno mówić o solidarności zawodowej. Są gminy bardzo bogate, w których pracownicy otrzymują wyższe wynagrodzenie, ale są też gminy biedne, które płacą pracownikom socjalnym najniższą krajową.

Różnią się też świadczenia dla podopiecznych, nawet świadczenie pieniężne na zakup żywności. To program finansowany ze środków unijnych, dodatkowe pieniądze na jedzenie dla członków rodziny. Bogata gmina daje np. 150 złotych na osobę. U mnie, kiedy przyszłam do pracy, było to 40 złotych. Na miesiąc.

Ale miesięcznie 40 czy nawet 150 złotych na jedzenie?! W naszej świetlicy 35–40 złotych to było dzienne wyżywienie dziecka na koloniach.

Takie są widełki. Samorządy nas dzielą i różnie traktują. W sprawozdaniu rocznym piszą później, że na pomoc społeczną i edukację idą największe pieniądze. No tak, tylko że MOPS działa dla mieszkańców, to dla nich są te pieniądze. Przecież nie bierzemy ich dla siebie. Te kwoty i tak są zawsze mniejsze od potrzeb, gdy się popatrzy na warunki życia ludzi. Ostatnio przez COVID tak oszczędzamy, że nie możemy kupić nawet żarówek do biura.

Korolczuk: Opieka, oświata i zdrowie to pilniejsze potrzeby niż hub lotniczy na polu kapusty

Rząd chwali się teraz, że przekazał gminom znaczne środki na „korpus solidarności” dla seniorów. Przy czym gminy same decydują, czy chcą z niego skorzystać. A to właśnie wy obsługujecie większość spraw związanych z pandemią i wsparciem seniorów.

Rząd ogłosił, że przekazuje na ten program 100 milionów. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zorganizowało dla nas godzinne szkolenie online, każdy pracownik miał w nim uczestniczyć. To rzeczywiście ogromny program, idą na niego duże pieniądze. O tym zresztą był wykład, który trwał trzy kwadranse. Na pytania zostało piętnaście minut, po czym ministerstwo się rozłączyło. Do widzenia.

Jeśli gmina ma dostać środki zależne od liczby mieszkańców, to wiadomo, że każdy prezydent każe to realizować. Nasza pani dyrektor i prezydent uznali, że my też. Dwa dni po szkoleniu ruszyła infolinia i we wszystkich mediach namawiano seniorów, by dzwonili. Bez żadnej informacji, na jakiej podstawie można z tego skorzystać, jak gdyby każdy mógł tam zadzwonić.

Tak to brzmi, faktycznie. A jakie są właściwie wytyczne?

Wytyczne mówią, że jeśli ktoś ma najbliższą rodzinę, to program go nie obejmuje. Jeśli ktoś korzysta z usług opiekuńczych MOPS-u, to też nie, bo przecież już ma od nas wsparcie. Ten program jest przeznaczony dla osób samotnych. Jest bardzo potrzebny, ale oczywiście napisany na kolanie i dezinformujący, przez co nie spełnia swojej funkcji tak, jak by mógł.

PiS podobno zmienia nawet nazwy programów…

Tak, wszystko nazywa się teraz „programem plus”. I wszystkie programy PiS-u takie są: nagle rzucone pieniądze, bez żadnego planu, z adnotacją „róbcie, co chcecie”. W konsekwencji pojawiło się mnóstwo zgłoszeń, w większości błędnych, niekompletnych. Szkoda, że rząd nie wziął pod uwagę uwag na temat programu. Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej wskazała zresztą różne tego rodzaju problemy.

Zandberg: Lewica to państwo, które nie miga się od odpowiedzialności

Czytałam te uwagi, w większości pokrywają się z twoimi. Słyszałam też, że wielu pracowników czuło się jak w call center.

Fizycznie wygląda to tak: jest zgłoszenie w Centralnej Aplikacji Statystycznej albo infolinii ogólnopolskiej. Na przykład zadzwoniła pani, która ma duszności, jest sama i źle się czuje. Główna siedziba oddzwania do nas, kierownik przekazuje mi temat. Dzwonię do pani. Rozmawiam długo i spokojnie, zajmuje to sporo czasu, bo z osobami starszymi rozmawia się inaczej, dłużej, mogą czegoś nie dosłyszeć. Tłumaczę pani, że skoro ma duszności, to trzeba wysłać karetkę. A pani mówi, że ma opiekunkę od nas z ośrodka, ma syna, który mieszka tuż obok, i była u lekarza, który nie chce jej skierować na test na COVID-19. I pyta mnie, jak załatwić sobie to badanie. Inna osoba dzwoniła, bo usłyszała od premiera, że jest wsparcie dla seniorów, i chciała się dowiedzieć jakie. Panie pytają, czy umyjemy im okna na święta albo czy zaniesiemy kwiaty na grób. Ludzie dzwonią, kiedy nie wiedzą, co robić. Dużo jest takich zgłoszeń.

Myślisz, że dzwonią do was, bo nie mogą się dodzwonić do sanepidu czy raczej dlatego, że nie wyrabiają psychicznie?

Zrobił się z tego taki telefon zaufania. Starsze osoby i bez tej infolinii dzwoniły do nas często. Teraz tych telefonów jest po prostu jeszcze więcej. Jest też sporo zasadnych zgłoszeń. Na przykład dzwonił pan, którego żona czeka w szpitalu na wynik testu i nie ma jej kto zrobić zakupów.

Osoba, która odbiera telefon, musi umieć rozpoznać, kiedy ktoś naprawdę potrzebuje pomocy – i to tej, której możecie udzielić. To duża odpowiedzialność.

Owszem. Trzeba wiedzieć, jak zadawać pytania i rozpoznawać sytuację. To trudne, kiedy ktoś nie pracuje w środowisku i nie zna jego specyfiki. Widać to po zgłoszeniach z głównej infolinii. Pierwszy telefon odbiera ktoś w centrali i przekierowuje dalej. Gdyby ta osoba wiedziała, jakie zadać pytania, toby te niepotrzebne telefony do nas nie trafiały. Może powinniśmy się w tej sytuacji czuć docenieni, skoro ludzie nam ufają i dzwonią do nas w potrzebie, ale jest tych zgłoszeń tak dużo, że po prostu odbieram telefon za telefonem, bo ktoś na pierwszej linii nie wie, co robi.

Rozumiem, że dalej pracujesz w terenie? Nie wiem, jak miałabyś zrobić wywiad środowiskowy przez telefon.

Od marca media alarmowały o zakażeniach, a ja chodziłam normalnie w teren. Nie dostałam żadnej maski, rękawiczek czy środków i na początku musiałam zapewnić je sobie sama. MOPS-y są jednymi z niewielu instytucji w Polsce, które się nie zabarykadowały z powodu pandemii. Owszem, są pewne ograniczenia, ale pewien typ pracy zupełnie się nie zmienił.

Pozamykane są za to wszystkie wydziały urzędu miasta. Punkty informacyjne, terapie odwykowe, terapie grupowe, nawet ośrodki socjoterapii i placówki wychowawcze. Na początku marca zamknął się też nasz szpital psychiatryczny. Pod wpływem lockdownu stwierdzili, że wypuszczą wszystkich pacjentów, których można. Skutek był taki, że miałam dzień później na biurku sześć policyjnych zgłoszeń o próbach samobójczych nastolatków. Okazało się, że to byli ci nastolatkowie, którzy wrócili z ośrodków wychowawczych czy szpitali. A w marcu nie mieliśmy jak im pomóc. Publiczne wsparcie psychologiczne się zamknęło. Wsparcie w poradni leczenia odwykowego – tak samo. Zostaliśmy na lodzie. Każdy od nas wymagał, żebyśmy coś robili, a my nie mieliśmy narzędzi do pracy.

Wirus, kryzys i koniec świata

czytaj także

Wirus, kryzys i koniec świata

Hubert Walczyński

Poza tym przecież nie zadzwonicie na Zoomie do osoby, która nie ma telefonu albo nie radzi sobie życiowo, a musi wstać z łóżka, zadbać o dzieci, nauczyć się obsługiwać Teamsy, żeby brały udział w zajęciach online… Ty pewnie wiesz, gdzie były „znikające dzieci”, o których się tyle mówiło na początku pandemii.

Osoby, z którymi pracujemy, są wykluczone cyfrowo. Spora część ma smartfony, ale to nie oznacza, że potrafią się na nich zalogować na Teamsy. Nie w każdej rodzinie jest ktoś, kto wie, że z telefonu można robić to samo co z komputera. Wiele rodzin jest wielodzietnych i dzieli się sprzętem. Mamy też rodziny, gdzie nie ma ani telefonu, ani komputera.

Powody tego są różne. Możliwości intelektualne rodziców nie pomagały dzieciakom w ogarnięciu edukacji przez internet. A szkoły nas alarmowały, pisały pisma. Pisano np., że jeśli rodzice i uczniowie nie logują się do e-dziennika, to mamy wprowadzić do gospodarstwa domowego asystenta rodziny, który będzie odrabiał lekcje z dziećmi. Do dziś dostaję takie zgłoszenia. Czy wspominałam już, że nie mamy środków na dodatkowych pracowników?

Krótki przewodnik po rynku pracy czasu pandemii i nie tylko [list]

A dlaczego to wy macie to robić?

Bo w ogóle pracujemy. Wszyscy się pozamykali i nie wiedzieli, co mają robić. My zostaliśmy otwarci, więc uznano, że skoro np. pani pedagog czegoś nie zrobi, to musi to komuś zlecić. Gdzie nikt nie chce iść, tam pójdzie pracowniczka socjalna.

Wspominałaś o dodatku terenowym: 250 złotych miesięcznie, bo wychodzicie do pracy poza biurem. Latem rząd zastanawiał się, czy go nie cofnąć, bo przecież nie możecie pracować w terenie, dopóki trwa pandemia.

Ja mogę siedzieć w biurze, ale co wtedy z ludźmi? Rękawiczki i maseczki dostaliśmy dopiero wtedy, gdy przyszły pieniądze z Unii na walkę z covidem. Urząd marszałkowski dał jakąś pulę. Teraz są pieniądze z programu senioralnego i okazało się, że możemy zamówić kombinezon ochronny. Ale wiesz, jak to jest. Proszą nas, żebyśmy zgłaszali zapotrzebowanie, i dostajemy np. jeden kombinezon na dziesięć osób.

W czasie pandemii chodziłam i wciąż chodzę na interwencje w sprawie zabezpieczania dzieci. Z paniami z Zakładu Budynków Miejskich chodziłam otwierać mieszkania, gdzie byli zamknięci od środka nasi podopieczni. Zdarzało się, że nie żyli. Trzeba było rozeznawać sytuacje na zlecenie sądu, jeździłam zeznawać w różnych sprawach.

Wirus w domach pomocy społecznej

Jeśli ktoś stale korzysta z pomocy, wysyła teraz wniosek przez internet albo składa podanie w siedzibie. Ale kiedy ktoś zgłasza się pierwszy raz czy po długiej przerwie, to dziewczyny od świadczeń idą w teren. Ta praca cały czas się toczy.

A jak sobie radzisz ze stresem? W 2019 roku było w Polsce 24 superwizorów, a 19 610 pracowników socjalnych. Jak wygląda wsparcie psychologiczne dla was?

Szczerze, odreagowuję w domu. W jednym projekcie unijnym pokazali nam, jak działa superwizja, testowaliśmy to. Ale na co dzień tego nie ma, pewnie brakuje środków. Raz na pięć lat miałam może jakieś jedno szkolenie.

A trudnych momentów jest wiele.

W zeszłym roku bardzo przeżyłam jedną sprawę. Rano odprowadziłam córkę do żłobka i szłam do pracy, gdy mój dzielnicowy zadzwonił, że dostał SMS-a od klientki, która potrzebuje pomocy. Poszłam tam z koleżanką. Zobaczyłyśmy panią, bardzo mocno pobitą, z krwiakiem w oku, z może półtorarocznym dzieckiem na ręku. Cała była pocięta. Zaproponowałam jej, że może iść do hostelu dla ofiar przemocy. Pakowałam jej i dziecku rzeczy, czekając na taksówkę. Pojechałam z nią na komisariat, żeby złożyła doniesienie o znęcaniu się. Kobieta była przypalana papierosami, więc podciągnęli to pod tortury.

Wróciłam po tym wszystkim, odebrałam córkę ze żłobka, wróciłam do domu. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Tamta kobieta miała córkę mniej więcej w wieku mojej. Zaniedbaną rozwojowo, fizycznie, intelektualnie. Strasznie mną to wstrząsnęło. Zadzwoniłam do niej potem, przed wyjazdem na urlop. Okazało się, że w hostelu wytrzymała dwa tygodnie.

Co się z nimi stało?

Wróciła z córką do swojego środowiska. Była na tyle współuzależniona od sprawcy przemocy, że nie mogła wytrzymać w bezpiecznym środowisku. Sprawca cały czas się z nią kontaktował, nie zabroniono mu tego, bo sprawa była w toku. Tego samego dnia, kiedy wróciłam do pracy, zadzwonił do mnie dzielnicowy, że znowu dostał od niej SMS-a. Pani pocięła sobie ręce. Wezwaliśmy karetkę, a ona wpadła w szał. Wiedziała, że pójdzie do szpitala psychiatrycznego, bo zagraża sobie i dziecku. Wzięłam tę małą dziewczynkę i poszłam z nią do kuchni. W tym momencie wbiegł jej facet z ojcem. Rzucili się do policjantów i sanitariuszy, wyrwali mi dziecko z rąk. W szamotaninie kobieta wyrwała dziecko i w tym roztrzęsieniu uderzyła dziewczynką o ścianę. Słyszałam tylko huk.

Opieka to najlepsza (po)pandemiczna inwestycja

czytaj także

Na miejscu byli ratownicy medyczni, więc od razu opatrzyli tę dziewczynkę. Cudem nic jej się nie stało. Zabrałam ją od razu na zewnątrz. Przewinęłam w karetce, przebrałam i zawiozłam do hostelu. Nie miałam siły dzwonić do nikogo i prosić o wsparcie. Trzęsłam się po tym chyba dwa dni. Dziecko trafiło do rodziny zastępczej. Uważam, że po takich akcjach, które są jak w interwencji kryzysowej – powinniśmy mieć wsparcie psychologiczne.

 

**
Monika Szlosek-Urbańska – starsza specjalistka pracy socjalnej w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Toruniu. Absolwentka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Od 2011 roku pracuje w terenie.

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Anna Cieplak
Anna Cieplak
Animatorka kultury, pisarka
Animatorka kultury, aktywistka miejska, autorka książek "Zaufanie" (2015), "Ma być czysto" (2016). Na co dzień pracuje z dziećmi i młodzieżą (od 2009 w Świetlicy Krytyki Politycznej "Na Granicy" w Cieszynie), nagrodzona za działalność w zakresie kultury przez MKiDN (2014), stypendystka programu "Aktywność obywatelska" (2015).
Zamknij