Kraj

Nie dajmy się zwariować w sprawie Frasyniuka

Lepiej, by w przestrzeni publicznej mogły wybrzmieć nawet krzywdzące słowa wobec armii czy policji, niż żeby źle pojęty „szacunek dla munduru” paraliżował krytykę tych instytucji i społeczną kontrolę ich pracy.

„To jest demonstracja siły wobec ludzi słabych […] Szczerze mówiąc, słowo «żołnierze» jest obraźliwe dla tych wszystkich, którzy byli na misjach poza granicami kraju. Mam wrażenie, że to jest wataha, wataha psów, która osaczyła biednych, słabych ludzi. Tak nie postępują żołnierze, śmiecie po prostu, to nie są ludzkie zachowania. To antypolskie zachowanie” – tak działania polskich żołnierzy wobec migrantów przebywających na polsko-białoruskiej granicy w Usnarzu Górnym skomentował Władysław Frasyniuk.

Uchodźcy i wojsko pod granicą, czyli gdzie jest Polska

Słowa te, jak można się było spodziewać, wyzwoliły festiwal oburzenia po stronie PiS i jego medialnego zaplecza. Wszystkie rządowe kanały powtarzały, że Frasyniuk nazwał polskich żołnierzy śmieciami, politycy i liderzy opinii prześcigali się w potępieniach, minister Błaszczak zapowiedział powiadomienie prokuratury. Można się spodziewać, że sprawa zostanie wykorzystana w rozgrywce władzy z TVN24.

Trzeba się zgodzić, że słowa Frasyniuka były niepotrzebne, politycznie nierozsądne, krzywdzące wobec żołnierzy. Z pewnością ktoś z taką pozycją i autorytetem jak on powinien bardziej zwracać uwagę na język. Można nawet przyznać rację tym, którzy wskazują, że przeprowadzając wywiad, dziennikarz powinien jakoś zareagować.

Nie można jednak dać się w sprawie Frasyniuka zwariować obozowi rządzącemu. A to właśnie, podgrzewając oburzenie dla politycznych celów, próbuje on robić – nie po raz pierwszy! – z polską debatą publiczną.

Migranci zasłonięci przez pojazdy wojska i straży granicznej w Usnarzu Górnym. Fot. Przemysław Stefaniak

Szacunek dla munduru nie powinien być bezwarunkowy

W całym tym zamieszaniu warto zaznaczyć, że choć żołnierze, policjanci, strażnicy graniczni i inni przedstawiciele służb mundurowych pełnią ważną służbę publiczną, którą powinno się godziwie wynagradzać i odpowiednio społecznie doceniać, to „szacunek dla munduru” nie powinien być bezwarunkowy. Demokracja liberalna tym między innymi różni się od rozmaitych faszyzmów, że szacunek armia i inne służby wypracowują w niej sobie w swoich kontaktach ze społeczeństwem cywilnym: nie jest on punktem wyjścia i dojścia w relacjach obywatela z armią czy policją. Choć instytucjom tym należą się pewne podstawowe zaufanie i kredyt dobrej woli od społeczeństwa, to muszą mieć one świadomość, że służą obywatelom (a nie odwrotnie), podlegają ich kontroli i krytyce – czasem nawet niesprawiedliwej.

Z punktu widzenia jakości demokracji liberalnej lepiej jest, by w przestrzeni publicznej mogła wybrzmieć nawet niesprawiedliwa, krzywdząca, obraźliwa od początku, kierująca się złą wolą krytyka armii, policji i innych służb niż sytuacja, gdy źle pojęty „szacunek dla munduru” paraliżuje krytykę tych instytucji i realną społeczną kontrolę ich pracy.

Dlatego, choć słowa Frasyniuka są niemądre i niesprawiedliwe, nie powinniśmy się godzić na panikę, jaką próbuje wokół nich rozniecić partia rządząca. W tej panice nie chodzi o polskich żołnierzy, ale o to, by gdy następnym razem rząd wyda wojsku czy policji wątpliwe prawnie i moralnie rozkazy, liderzy opinii publicznej dwa razy zastanowili się, zanim to skrytykują. Punktem odniesienia PiS jest Polska sanacyjna, gdzie kult munduru przybierał zupełnie groteskowe formy. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zauważyć, że każda taka awantura jak ta wokół słów Frasyniuka służy zawężeniu tego, co bez narażania się na sankcje społeczne można w polskiej debacie powiedzieć o armii czy policji. Zresztą nie tylko społeczne, Błaszczak straszy Frasyniuka prokuraturą, a minister Mariusz Kamiński złożył do tej samej instytucji doniesienie na dziennikarza Tok FM, Piotra Maślaka, który porównał działania strażników granicznych z Usnarza Górnego do zachowania oficerów SS.

Komentarz Maślaka wydaje mi się równie niefortunny jak ten Frasyniuka. Mieści się on jednak w granicach wolności słowa i zasługuje na obronę przed Kamińskim, Ziobrą, jego prokuratorami i PiS-owskim kompleksem prokuratorsko-medialnym. Raz, dlatego że wolność słowa jest też wolnością do robienia niefortunnych, a nawet niemądrych porównań. Dwa, bo kryminalizacja nawet niemądrych opinii o wojsku i różnych służbach mundurowych łatwo może uciszyć także sensowną krytykę tych instytucji.

Rekordy hipokryzji

Wykorzystując faktycznie niefortunną wypowiedź postaci kojarzonej z opozycją, rządząca partia stara się zaprezentować się jako siła stojąca na straży języka debaty publicznej i honoru państwowych funkcjonariuszy. W obu tych rolach jest dość niewiarygodna. Powiedziałbym więcej: bije rekordy hipokryzji.

Nie ma sensu po raz kolejny przypominać w tym miejscu, jak od Smoleńska – jeśli nie od samego początku swojego istnienia – PiS zatruwał polską debatę publiczną teoriami spiskowymi, niczym nieugruntowanymi najcięższymi oskarżeniami i językiem przekraczającym wszelkie granice brutalności. Dość powiedzieć, że politycy partii, której lider krzyczy z sejmowej mównicy na oponentów, że są kanaliami i zamordowali mu brata – bez podawania jakichkolwiek dowodów uprawdopodabniających te fantastyczne zarzuty – tracą prawo do bycia arbitrami elegancji.

Kto broni praw człowieka, nie zazna odpoczynku

Brutalność wobec przeciwników politycznych można by jeszcze jakoś zrozumieć, the game is the game, jak mówili gangsterzy z Baltimore w genialnym serialu Prawo ulicy, możliwość zderzenia z brutalnym językiem jest poniekąd ryzykiem zawodowym w polityce. PiS jednak nigdy nie ograniczał swojej brutalności do polityków. W ostatnich sześciu latach partia ta i podległe jej instytucje brutalnie zaatakowały przynajmniej trzy grupy pracowników publicznych: strajkujących nauczycieli, lekarzy rezydentów oraz sędziów.

Ten ostatni przypadek jest szczególnie wymowny. Od co najmniej sześciu lat rządząca partia toczy systematyczną kampanię mającą na celu zniszczenie społecznych podstaw szacunku dla zawodu sędziego i całej władzy sądowniczej. Zaangażowani byli w to politycy, Ministerstwo Sprawiedliwości, które stało się wylęgarnią wymierzonej w sędziów afery hejterskiej, Telewizja Polska emitująca specjalny program Kasta, a nawet finansowana przez spółki skarbu państwa Polska Fundacja Narodowa. Ta ostatnia, zamiast zajmować się, jak powinna, budowaniem pozytywnego wizerunku Polski za granicą, sfinansowała kampanię Sprawiedliwe Sądy – koszt prawie 8,5 miliona złotych – atakującą sędziów za takie zbrodnie jak kradzież kiełbasy wartości 6,9 zł.

Państwo dobrobytu PiS? Jak konkurs z nagrodami

Sędzia uosabia majestat Rzeczypospolitej nie mniej, jeśli nie bardziej niż żołnierz. Więc naprawdę autorzy bezprecedensowej nagonki na sędziów to ostatnie osoby, które byłyby wiarygodne jako obrońcy państwowych instytucji, takich jak armia, i ich pracowników przed niesprawiedliwymi politycznymi atakami.

Nie dajmy się ich szantażom

Nie chodzi oczywiście o to, by słów Frasyniuka bronić jak niepodległości. Rozumiem, dlaczego politycy opozycji dystansują się od nich oraz dlaczego przeprosiło za nie TVN.

Z drugiej strony, naprawdę nie warto się dać w tej sprawie rozgrywać PiS i moralnym szantażom, w jakich wyspecjalizowała się ta partia i jej medialni funkcjonariusze. Część sukcesów PiS wynika z tego, że partia ta narzuciła polskiej sferze publicznej swoje warunki gry: przyzwyczailiśmy się, że przedstawicieli rządzącego obozu nie obowiązują żadne reguły, jeśli chodzi o język, jakim mówią o swoich politycznych oponentach, sami zaś za nasz język wobec PiS i jego wyborców gotowi jesteśmy często niepotrzebnie przepraszać. Choć nie chodzi o to, by ścigać się na teorie spiskowe z Kaczyńskim i Macierewiczem albo na obcesowość z Brudzińskim i Błaszczakiem, to naprawdę warto zachować proporcję i pamiętać o kontekście, gdy druga strona próbuje przedstawić się jako ofiara hejtu, niesłusznej brutalności itd.

Wreszcie, rządząca partia mistrzowsko opanowała sztukę odwracania uwagi. Spytaj PiS-owca o jakiekolwiek problematyczne decyzje rządu 2015 roku, a zaraz wyrecytuje ci litanię wszystkich grzechów PO, rządów Belki i Millera, a nawet Mazowieckiego, wspomni rzekomy „przemysł pogardy” wobec Lecha Kaczyńskiego albo będzie się bronił, że przecież podobne rozwiązania w sprawie sądów obowiązują w Niemczech, a w sprawie mediów we Francji (albo odwrotnie).

Ten sam mechanizm zadziałał w ostatnich dniach. Słowa Frasyniuka pozwalają odwrócić uwagę od tego, co dzieje się na granicy. Tymczasem o tym właśnie powinniśmy rozmawiać. Bo jak niemądre i nawet niesprawiedliwe wobec żołnierzy nie byłoby to, co powiedział Frasyniuk, to o wiele ważniejsze jest to, że rząd na granicy może łamać polskie i międzynarodowe prawo, odmawiając wszczęcia odpowiednich procedur wobec osób, które wyraźnie poprosiły Polskę o ochronę międzynarodową. Że faktycznie rząd je łamie, twierdzą dziś nie tylko organizacje pozarządowe pomagające uchodźcom i prawnicy zajmujący się prawami człowieka, ale także Rzecznik Praw Obywatelskich, ważny konstytucyjny organ. Z tego powinni się tłumaczyć rządzący, opozycja zaś i wspierająca ją opinia publiczna nie powinny się tłumaczyć ze słów Frasyniuka.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij