Kraj

Uchodźcy i wojsko pod granicą, czyli gdzie jest Polska

W Usnarzu Górnym toczy się teraz bitwa o kształt naszej duszy, o to, kim będziemy jako społeczeństwo i wspólnota, ale także o to, jakiego świata życzymy sobie w przyszłości. W obliczu katastrofy klimatycznej i wszystkich innych kryzysów społecznych naprawdę nie ma sensu odpowiadać na pytania o abstrakcyjną Wielką Apokalipsę: trzeba walczyć o zmniejszenie cierpienia realnych ludzi wokół.

Usnarz Górny leży na końcu świata. Zasięg telefonu kończy się jeszcze przed dość zaniedbaną tabliczką z nazwą podlaskiej wioski. Pod czymś, co przypomina wiatę PKS-u, widać bezskutecznie próbujących go złapać dziennikarzy i aktywistki. Wokół absurdalnie wręcz malownicza przestrzeń: pola, kilka domów, krowy. A nieco dalej, pod lasem, pole bitwy: zasieki, wojsko, kilka ciężarówek, wóz opancerzony, ogromna liczba funkcjonariuszy straży granicznej rozstawionych w gigantycznym kordonie na środku pola.

Do czego dziś służy nam wojsko w tych trudnych czasach, które przecież dopiero się zaczynają? Ten cały obrazek pokazuje, że chroni nas ono przed trzydziestoma dwiema bezbronnymi, zmarzniętymi osobami uciekającymi ze swojego ogarniętego chaosem kraju, które w wyniku rozgrywek polityków zostały zapędzone pod polską granicę. Nie mogą się cofnąć do Białorusi. Nie mogą przejść dalej do Polski, mimo iż chroni je międzynarodowe prawo, a każde z nich ma już w Polsce swojego pełnomocnika – udało się to zorganizować w piątek. Straż graniczna, wbrew swoim obowiązkom, udawała, że nie słyszy próśb o ochronę międzynarodową.

„Zakładnicy w politycznej grze”. Polska od tygodnia zmusza ludzi do koczowania na granicy

Wojsko zajmuje się także powiększaniem terenu wokół granicy, po którym nie wolno się poruszać – mimo iż jest to teren RP, po którym prawo nie zabrania się przemieszczać. W nocy z piątku na sobotę kordon wokół uchodźców się powiększył i zasłonił swoimi ciężarówkami ich prowizoryczne obozowisko, aby nie było z nim żadnego kontaktu wzrokowego i słuchowego. Żeby nie było nawet widać, gdzie ci ludzie się znajdują. Żeby oni także nie widzieli nas, czyli tych, którym jeszcze zależy na ich bezpieczeństwie.

Wczoraj – piszę te słowa w nocy z soboty na niedzielę – podobno można było jeszcze krzyczeć ponad głowami pograniczników, z odległości kilkunastu metrów. Kiedy przyjeżdżam na miejsce, jesteśmy w stanie dojrzeć, na ułamek sekundy, fragment czyjejś machającej ręki, czerwoną kurtkę z odległości kilkuset metrów – wojsko zasłania nam widok wszystkimi swoimi pojazdami. Wtedy energicznie wszyscy próbują odmachać: tak, jesteśmy dalej.

Inne strzępki komunikacji: tłumaczka Mahdieh na wielkiej łące woła w języku dari przez szczekaczkę. Od wielkiej łąki odbijają się echem nasze pytania: Czy czujecie się dobrze? Czy trzeba wam lekarza? Czy macie wodę? Czy jesteście bezpieczni? Czy wiecie, że tu jesteśmy i was kochamy, i się martwimy (to pada na końcu)? Po każdym z takich pytań milkniemy, próbując rozpaczliwie dosłyszeć z oddali jakieś słowa. Bo w momencie, w którym słychać krzyki odpowiedzi, wojsko włącza silniki, zagłuszając jakiekolwiek próby komunikacji – także po to tam stoją.

Bolesne i absurdalne apogeum tego koszmaru przynosi sytuacja, kiedy okoliczny rolnik, zapewne po wcześniejszym porozumieniu ze strażą, zaczyna ostentacyjnie kosić trawę w miejscu, w którym stoimy. Krzyczy coś o własności prywatnej. Potem znika i pojawia się po drugiej stronie, tam, gdzie nam nie wolno się zbliżyć nawet o krok. Wojskowi dopuszczają mężczyznę z traktorem do miejsca przed granicą, żeby tam hałasował, mimo że przed chwilą odmówiono wejścia w to samo miejsce marszałkini senatu Gabrieli Morawskiej-Staneckiej. Na jej pytania nikt nie odpowiadał.

Po kwadransie milczenia jeden ze strażników zaczyna w końcu mówić: „My tylko wykonujemy rozkazy. Proszę pytać naszego przełożonego, komendanta straży granicznej. Dostaliśmy rozkaz, więc go wypełniamy”. Potem przyjeżdża jeszcze Piotr Ikonowicz. Stara się przekazać wodę. Próbuje różnych zaklęć, jest doświadczony w nieprzyjaznych kontaktach z różnymi służbami, ale na końcu i on mówi z rezygnacją: „Ludzie, błagamy was, chodzi tylko o wodę. O potrzeby fizjologiczne. Przecież też macie rodziny. Przynajmniej dopuście lekarza, który czeka od rana”.

Bo od tej sprawy zaczęła się sobota: pierwszy komunikat ze strony uchodźców, który się dało dosłyszeć, to właśnie potrzeba lekarza. Od rana na polsko-białoruskiej granicy oprócz tłumaczy czeka też lekarka Paulina Bownik. Jest kilka metrów bliżej obozowiska niż my, ale nie może się też do nas cofnąć, bo nie zostanie wpuszczona z powrotem, podajemy jej więc jedzenie i kawę przez niewielką rzeczkę – na jej linii stoi bowiem to samo dzielne wojsko. Lekarka jest tam cały dzień, z apteczką oraz lekami, mogąc tylko bezradnie patrzeć na to wszystko, słuchać komunikatów. W pewnym momencie słyszymy krzyki, przypominają wołanie o pomoc. Dotąd nie wiemy, jaka była ich treść, mimo iż Mahdieh próbowała zrozumieć, mimo odległości, co tam się właściwie dzieje. Zapada noc.

Czy Polska to właśnie ci strażnicy „wykonujący rozkazy”, pilnujący 15-letniej dziewczynki, żeby nie przedostała się do urzędu, gdzie mogłaby złożyć wniosek o azyl? Niemi i głusi, kiedy ktoś zgłasza taką chęć, ale na wystarczająco władczy i sprawczy, żeby bronić lekarce dostępu do chorych ludzi? Czy Polska to ten rolnik, który chce „mieć spokój na swoim terenie” i „tylko kosi trawę”, bo akurat o godzinie 18 w sobotę 21 sierpnia przypomniało mu się, że łąka powinna być skoszona? Wolę myśleć, że Polska to te niesamowite dziewczyny z Fundacji Ocalenie, prawnicy stojący w trawie, to polsko-irańskie małżeństwo tłumaczy, a także dziennikarze, którzy tam nocują, i wreszcie ta lekarka, która nie może powstrzymać łez podczas kolejnej rozmowy z dziennikarzami, że to ci różni ludzie, którzy przychodzą na granicę z jedzeniem, a nawet karmą dla Fijuza. Bo tak nazywa się kot, który przywędrował z jedną z rodzin z Afganistanu.

Jesteśmy coś winni Afgańczykom

W Usnarzu Górnym toczy się teraz bitwa o kształt naszej duszy, o to, kim będziemy jako społeczeństwo i wspólnota, ale także o to, jakiego świata życzymy sobie w przyszłości. W obliczu katastrofy klimatycznej i wszystkich innych kryzysów społecznych naprawdę nie ma sensu odpowiadać na pytania o abstrakcyjną Wielką Apokalipsę: trzeba natomiast walczyć o zmniejszenie cierpienia realnych ludzi wokół.

Etyczne i polityczne dyskusje o wielkich pojęciach zyskują w Usnarzu namacalny kształt. Ci ludzie pod gołym niebem leżą na trawie tuż obok naszego domu, do nas więc należy decyzja. A to, co dzieje się przy białoruskiej granicy, może spotkać za kilka lat nas – tylko druciany płot i żołnierze jedynie „wykonujący rozkazy” będą z jakiejś innej strony.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Justyna Drath
Justyna Drath
Nauczycielka, działaczka społeczna
Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na UJ. Nauczycielka, działaczka społeczna, członkini ZNP i uczestniczka Kongresu Ruchów Miejskich. Była członkinią partii Razem. Broniła Krakowa przed likwidacją szkół i Młodzieżowych Domów Kultury. Współtworzyła kampanię referendalną komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom. Organizowała działania na rzecz demokracji lokalnej, kierowała klubem Krytyki Politycznej, pomagała w organizacji Manify.
Zamknij