Kraj

Mleko – białe kłamstwo

Fot. USDA Bob Nichols/flickr.com

Ministerstwo Zdrowia opublikowało grafikę prezentującą argumenty popierające spożywanie mleka. Czy jej celem nie jest przypadkiem wspieranie przemysłu mleczarskiego i interesów Ministerstwa Rolnictwa?


Sformułowanie „white lies”, czyli „niewinne kłamstwa” (a dosłownie „białe”), używane jest też – m.in. przez fundację Viva! – jako określenie mitów i stereotypów na temat mleka i rzekomych korzyści z jego picia przez ludzi. Niedawno stek takich kłamstw wyprodukowało Ministerstwo Zdrowia.

Rynek produktów mlecznych na świecie zaczyna mieć kłopoty. Konsumenci i konsumentki coraz bardziej troszczą się o środowisko, zwierzęta oraz własne zdrowie, a tym samym coraz częściej sięgają po roślinne alternatywy mleka, serów czy jogurtów. W USA w latach 2012–2017 sprzedaż roślinnego mleka wzrosła o 61%, co doprowadziło przemysł mleczarski do wyciągnięcia z szafy legendarnej kampanii Got milk? w odświeżonej wersji, która ma przekonać np. osoby urodzone w latach 80. i 90. XX wieku do odstawienia wegańskich produktów i powrotu do picia mleka krowiego.

Tymczasem polskie Ministerstwo Zdrowia opublikowało grafikę prezentującą argumenty popierające spożywanie mleka. Czy jej celem nie jest przypadkiem wspieranie przemysłu mleczarskiego i interesów Ministerstwa Rolnictwa? Skąd pomysł na promocję picia mleka?

Źródło: Ministerstwo Zdrowia

Badania dotyczące żywienia – o czym ten resort powinien wiedzieć – wykazały, że spożywanie produktów pochodzenia zwierzęcego, a więc również mleka, nie jest niezbędne do prawidłowego rozwoju człowieka. Co więcej, Amerykańskie Stowarzyszenie Dietetyczne w 2016 roku uznało prawidłowo zbilansowaną dietę wegańską za zdrową oraz pełnowartościową, a ostatnio immunolodzy i immunolożki Polskiej Akademii Nauk zalecili stosowanie w czasie pandemii diety roślinnej jako szczególnie korzystnej dla układu odpornościowego.

Polskie Ministerstwo Zdrowia informuje na grafice, że jedynym węglowodanem występującym w mleku jest laktoza. Szkoda, że nie dodaje, że ok. 75% dorosłych osób traci zdolność do jej trawienia. MZ wskazuje, że w mleku występują fosfor, magnez, potas i cynk. A to przecież pierwiastki, które z łatwością znajdziemy w roślinach. 100 g pestek dyni zawiera aż 1233 mg fosforu, 100 g ziaren kakaowca dostarczy ok. 500 mg magnezu, świetnym źródłem potasu są ziemniaki (443 mg w 100 g), a cynk znajdziemy np. w boczniakach – 500 g tych grzybów zapewnia mniej więcej połowę dziennego zapotrzebowania na ten pierwiastek.

W informacji polskiego Ministerstwa Zdrowia możemy też przeczytać, że tłuszcz mleczny jest nośnikiem witamin A i D rozpuszczalnych w tłuszczach. Tyle że to tłuszcze roślinne są źródłem witaminy A, a w dodatku pomagają wchłaniać witaminy. I w przeciwieństwie do tłuszczów zwierzęcych nie podnoszą poziomu cholesterolu we krwi.

Dalej w grafice polskiego Ministerstwa Zdrowia czytamy o mleku jako o „najlepiej przyswajalnym źródle wapnia”. Ale czy rzeczywiście potrzebujemy mleka dla wapnia i ochrony kości? Badanie European Prospective Investigation into Cancer and Nutrition (EPIC) wykazało, że wraz ze wzrostem spożycia białka zwierzęcego kondycja kości ulega pogorszeniu. Zdecydowanie lepiej chroni je za to białko roślinne, które nie przytłacza organizmu ilością wapnia, tak jak robi to białko zwierzęce. Co z tego, że organizm otrzyma więcej wapnia z mleka, skoro zostanie ono szybko wydalone, bo nie da się go zmagazynować ani wykorzystać. Czy nie lepiej dostarczyć wapń np. z tofu i pozwolić organizmowi swobodnie z niego korzystać?

Podobne wnioski płyną z danych Światowej Organizacji Zdrowia, zgodnie z którymi niekorzystny wpływ białka, w szczególności białka zwierzęcego (ale nie roślinnego), może przeważać nad pozytywnym wpływem spożycia wapnia na nasz bilans wapniowy.

Na końcu polskie Ministerstwo Zdrowia podaje, że jedna szklanka mleka zawiera ok. 240 mg wapnia. To już lepiej zjeść chałwę albo sezamki… W 100 g sezamu znajdziemy aż 975 mg wapnia, czyli niemal cztery razy tyle co w szklance mleka. Nie znajdziemy w nim za to hormonów czy antybiotyków.

Gawlik: Skąd się bierze mleko

Abstrahując od kwestii wartości odżywczych, warto wskazać, że polskie Ministerstwo Zdrowia wydaje się w tym wszystkim kompletnie nieświadome aspektów środowiskowych hodowli zwierząt na mleko. A przecież hodowle przemysłowe krów w ogromnym stopniu wpływają na zanieczyszczenie środowiska oraz – jak większość sektora produkcji zwierzęcej – mają znaczący wpływ na pogłębianie się kryzysu klimatycznego.

Brytyjski instytut Chatham House alarmuje, że światowa produkcja mięsa generuje więcej dwutlenku węgla niż wszystkie emisje CO2 generowane przez transport samochodowy, lotniczy, kolejowy i wodny. Jak wskazuje Komisja Europejska w nowej strategii Od pola do stołu, rolnictwo odpowiada za 10,3% emisji gazów cieplarnianych w UE, a prawie 70% z nich pochodzi z sektora zwierzęcego. Ponadto 68% całkowitej powierzchni gruntów rolnych w UE jest wykorzystywanych do produkcji zwierzęcej. Co na to Ministerstwo Zdrowia? Nic…

Stado wolnych krów z Deszczna jest w Lipkach Wielkich. Czy to dobrze? W tle społeczny konflikt

Ale w ramach europejskiej wspólnoty też nie dzieje się zbyt progresywnie, bo zaproponowana przez Komisję Europejską strategia Od pola do stołu, mimo podawania wyżej wskazanych danych, również nie tylko nie obejmuje działań dotyczących produkcji mleka i jego pochodnych w kontekście jego wpływu na klimat, ale nawet nie odnosi się wyraźnie do tej kwestii.

I choć Przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen oświadczyła przed publikacją strategii, że jednym z celów jest ograniczenie spożycia mięsa oraz nabiału w UE, to na próżno szukać w tekście wzmianki o produkcji nabiału i jego równie katastrofalnego co produkcja mięsa wpływu na środowisko. Odpowiedzialny teraz w KE za klimat i rolnictwo Frans Timmermans, w poprzedniej kadencji władz UE znany z pryncypialności w sprawach praworządności, w kwestii zmian w rolnictwie nie jest zbyt aktywny. A szkoda, bo Europa w takim samym stopniu potrzebuje walki z kryzysem klimatycznym jak walki o praworządność. Ale tutaj najwyraźniej motywacja Timmermansa jest słabsza.

Spurek: Czy Europejski Zielony Ład to naprawdę taki moment jak lądowanie na Księżycu?

Opracowany niedawno przez amerykański Institute for Agriculture and Trade Policy (IATP) raport dotyczący przemysłu mleczarskiego wykazał, że w 2015 roku duże firmy mleczarskie wyemitowały 306 mln ton ekwiwalentu CO2. Natomiast w 2017 roku ich emisje wzrosły do 338 mln ton. Ponad 90% tych emisji jest wytwarzanych przez krowy w formie metanu. Produkcja dowolnego mleka roślinnego jest znacznie bardziej przyjazna środowisku.

W końcu – poza aspektami zdrowotnymi oraz środowiskowymi – warto pamiętać, że produkcja mleka jest jednym z największych koszmarów współczesnej produkcji zwierzęcej – trudno o przykład produktu odzwierzęcego, którego pozyskanie wiązałoby się z takim ogromem cierpienia.

W Polsce żyje około 6 mln krów, które mają szansę na jeden z dwóch scenariuszy: średnio 18 miesięcy życia jako zwierzę przeznaczone na mięso, które spędzą w zamknięciu, poddane zabiegom takim jak usuwanie rogów, albo dłuższe życie jako krowa mleczna. W tym drugim przypadku życie nie jest wiele dłuższe, bo mimo że krowa może żyć nawet 20 lat, to według danych Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka za rok 2018 w hodowli to zwierzę żyje przeciętnie niecałe sześć lat. A życie to nastawione jest na maksymalną eksploatację przez człowieka, wielokrotne zapładnianie, a następnie odbieranie cieląt, zakończone w rzeźni.

Ubój, mimo że zgodnie z przepisami powinien być humanitarny, co oznacza minimum zadawania cierpienia fizycznego i psychicznego, bywa niepoprzedzany obowiązkowym ogłuszeniem, co potęguje jeszcze ogrom bólu i stresu krów.

Wyjątkowym okrucieństwem charakteryzuje się również traktowanie cieląt. Zwierzęta płci męskiej, które nie będą w przyszłości przydatne jako krowa mleczna, są doprowadzane do anemii przez podawanie produktu mlekozastępczego o niskiej zawartości żelaza, żeby móc z nich później uzyskać delikatne, białe mięso. Są trzymane w oddzielnych, ciasnych boksach i żyją maksymalnie pół roku w samotności, bólu i strachu. Zwierzęta płci żeńskiej dzielą następnie los swoich matek.

O co więc chodzi Ministerstwu Zdrowia? Z pewnością nie interesują go ani aspekty etyczne hodowli zwierząt, ich transportu, przetrzymywania i rozmnażania, ani kwestie konsekwencji środowiskowych hodowli zwierząt na mleko. Nie interesują go nawet aspekty zdrowotne.

Już wkrótce nastąpi nieuchronny upadek przemysłowej produkcji zwierząt

Ale Ministerstwo Zdrowia to nie jedyny podmiot niezainteresowany. Bo o tym wszystkim nie przeczytacie także w mainstreamowych mediach, mimo że są takie, którym nie jest przecież wszystko jedno. Nie usłyszycie o tym także od mainstreamowych polityków i polityczek, mimo że lubią nazywać siebie i swoje partie polityczne progresywnymi, a także podkreślać, że kochają zwierzęta i troszczą się o klimat. Nie mówi o tym Komisja Europejska, która uważa, że przeprowadza jedyną w swoim rodzaju zieloną transformację.

Nie słyszymy o tym wszystkim, nie prowadzimy w tej sprawie debat, chociaż trudno sobie wyobrazić bardziej polityczną sprawę. Bo przecież to, co jemy, kogo wykorzystujemy i zabijamy, jak szkodzimy sobie i środowisku, to są właśnie sprawy polityczne. To wszystko świadczy o naszej obojętności albo odpowiedzialności, o mądrości albo głupocie, o myśleniu w kategoriach dobra wspólnego albo o własnym interesie politycznym. Nie łudźmy się, tych problemów nie rozwiążą stare partie.

**
Sylwia Spurek – doktora, radczyni prawna, posłanka do Parlamentu Europejskiego, była zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, współautorka pierwszej ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Sylwia Spurek

| Posłanka do Parlamentu Europejskiego
Doktora, radczyni prawna, posłanka do Parlamentu Europejskiego, była zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, współautorka pierwszej ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.