Kraj

Stado wolnych krów z Deszczna jest w Lipkach Wielkich. Czy to dobrze? W tle społeczny konflikt

Od początku lutego stado wolnych krów z Deszczna przebywa w Lipkach Wielkich, w gospodarstwie Moniki Pietrzak. Po opublikowanym przez nas optymistycznym tekście Marcina Gerwina dostaliśmy informacje, że nie jest tak dobrze, jak byśmy chcieli, a środowisko, które latem 2019 roku zebrało się wokół sprawy ratowania stada − jest podzielone.


W związku z głosami podważającymi optymistyczny obraz wyłaniający się z opublikowanego na naszych łamach tekstu zwróciliśmy się z prośbą o komentarz do profesora Andrzeja Elżanowskiego, przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Etycznego, i mecenas Karoliny Kuszlewicz, których interwencja i spotkanie z przedstawicielami rządu zmieniły polityczną decyzję dotyczącą krów. Poprosiliśmy też o głos Witolda Bieschkego z Czarnocina, w którego gospodarstwie krowy miały zamieszkać zgodnie z pierwotnymi ustaleniami, i Agnieszkę Karło, przedstawicielkę strony społecznej, koordynatorkę Obozu dla Krów.

Na koniec zadaliśmy pytania Monice Pietrzak, u której krowy obecnie się znajdują, i Izabeli Kwiatkowskiej z Biura Ochrony Zwierząt, organizacji z Zielonej Góry, która została najpierw dysponentem, a potem wykonawcą przepadku stada z Deszczna. Ich wypowiedzi zamieszczamy na końcu tekstu.

Z raportu kontroli weterynaryjnej

23 i 24 lutego 2020 roku w gospodarstwie Moniki Pietrzak w Lipkach Wielkich odbyła się kontrola weterynaryjna. Powiatowa lekarz weterynarii zapisała w protokole, że na miejscu zastała trzy martwe krowy oraz płód jednej z nich. Dwie z krów zostały uśpione poprzedniego dnia „w związku z brakiem szans na wyzdrowienie”, trzecia w dniu kontroli. W korycie znajdowało się błoto, wody było za mało. W paśnikach resztki siana. Krowy i byki przebywają osobno. Byki w zdecydowanie za małym w stosunku do ich potrzeb „koplu”, czyli zagrodzie, na mokrej, grząskiej powierzchni.

Według protokołu krowy z cielętami mają wiatę, ale jej dach jest zniszczony i nie chroni przed wilgocią, więc siano, którym wyścielono podłoże, jest mokre. Wiata ma też, jak czytam: „niepełne ściany”. Zalecono wysuszenie podłoża, naprawę dachu oraz wyjęcie patyków z siana, które jest pokarmem krów. Protokół stwierdza, że zwierzęta są w stresie wynikającym z niedawnego transportu i tego, że trzymane są teraz na znacznie mniejszej powierzchni niż poprzednio. Mają zostać przebadane oraz ponownie zinwentaryzowane.

Wolne krowy z Deszczna właśnie znalazły nowy dom

5 marca następna kontrola stwierdziła śmierć kolejnych krów, wychudzenie innych, brak opieki nad osieroconym cielakiem. Byki nadal były stłoczone poniżej minimalnej prawnej normy, jeden poniósł śmierć, a drugi musiał zostać uśpiony. Wiele innych miało uszkodzenia odbytów.

Profesor Andrzej Elżanowski uważa, że dowodzi to zaniedbania stada − byki miały być już dawno wykastrowane.

Agnieszka Karło, która była jedną z koordynatorek Obozu dla Krów, przedstawicielka strony społecznej, też czytała te protokoły.

− Kiedy byli tam ostatnio ludzie ze strony społecznej, widzieli, że nie ma wody, rzucone jest zgniłe siano. Byki w tym ciasnym koplu stoją stłoczone już drugi miesiąc, są chore, to wygląda jak świerzb. Stado miało dotychczas tylko jedno badanie, w sierpniu, a powinno mieć już dwa kolejne. Niepokojący jest też fakt, zanotowany w sprawozdaniu weterynaryjnym, że nie zgadza się liczba i płeć krów − mówiła mi Karło w marcu.

Transport

Mariusz Myszkowski jest partnerem Moniki Pietrzak, w której gospodarstwie w Lipkach Wielkich przebywają obecnie krowy. Agnieszka Karło pamięta, że pojawił się na łąkach Grzegorza Piotrowskiego, na których pasło się stado około października.

− Wjeżdżał samochodem na pole, ubliżał ludziom, nie pozwalał aktywistom zbliżać się do krów. Pod jego opieką krowy zaczęły padać − opowiada. − Do końca roku umarło ich pięć. Bywały głodne. Czasem nawet przez sześć dni nie miały co jeść. Aktywiści alarmowali Piotrowskiego, który jakoś je dokarmiał, a potem dopiero przyjeżdżał Myszkowski.

Profesor Andrzej Elżanowski jest przekonany, że wolne krowy z Deszczna nigdy nie powinny trafić do Mariusza Myszkowskiego i Moniki Pietrzak. Opowiada, że umierającą po usypiającym zastrzyku krowę Myszkowski ciągnął na linie za samochodem parę kilometrów. Grzegorz Piotrowski, właściciel łąki, na której pasły się krowy, był tego świadkiem, próbował go zatrzymać, radził, żeby ciągnął ją chociaż na jakiejś płachcie. W tej sprawie zostało złożone zawiadomienie do prokuratury.

Również transport przeprowadzony przez Myszkowskiego oceniany jest − zarówno przez profesora Elżanowskiego, jak i Agnieszkę Karło, która była na miejscu − jako skandaliczny i w tej sprawie także zostało złożone zawiadomienie do prokuratury.

– Mariusz Myszkowski nad tymi krowami się po prostu znęcał. Pędził wysokocielne krowy samochodami. Widać to nawet na nagraniu Polsatu. Widać zagubionego cielaka. Kulawa krowa nie przeżyła i zwłoki przyjechały o północy w takim stanie, że najwyraźniej nikt ich nie mógł zobaczyć, bo już na rano zorganizowano przyjazd firmy utylizacyjnej – mówi Elżanowski.

− Nie mogliśmy nic zrobić − wspomina Agnieszka Karło.− Staliśmy, patrzyliśmy i płakaliśmy. Cielne krowy, cielaki, byki − wszystkie pędzone razem. Powiatowy lekarz nie wydał zgody na transport, więc właściwie był on bezprawny. Transport ochraniała policja. Weterynarz, która z nami była, mówiła policjantom, że nie ma tej zgody, a oni odpowiedzieli, żeby nie przeszkadzała. Samochody były przeładowane. 44 krowy naraz. Inspekcja Transportu Drogowego z pewnością zobaczyłaby uchybienia, ale transport odbywał się wieczorem, o tej porze ITD już nie pracuje.

Przemoc wobec zwierząt dzieje się w Polsce wszędzie

Andrzej Elżanowski podkreśla, że jednym z warunków, które miały zostać spełnione przez nowego opiekuna zwierząt, jest kontrola społeczna. Dostęp do krów nie jest jednak łatwy, o czym przekonał się m.in. dziennikarz RMF.

Agnieszka Karło opowiada, że do ochrony krów przed społecznikami została wynajęta firma ochroniarska, a w mediach społecznościowych rozpowszechniane są informacje, że aktywiści chcą ukraść byki.

Prześledźmy tę historię od początku

Stado pasło się na łąkach w Zakolu Santockim przynajmniej od dziewięciu lat. Niepilnowane przez właściciela zaczęło się rozmnażać, osiągając liczbę 170. Towarzystwo krów zaczęło przeszkadzać sąsiadom, ale właściciel nie podjął w tej sprawie żadnych kroków. Sąd wydał wyrok za znęcanie się nad zwierzętami z powodu zaniedbań, ale nie zarządził przepadku zwierząt i nadal nie wiadomo było, jaki los spotka krowy.

− Wyrok sądu zawierał rażący błąd, ponieważ z jednej strony uznał, że dotychczasowy właściciel znęcał się nad krowami, z drugiej zamiast orzec ich przepadek, czyli utratę własności, zobowiązał skazanego do wykonania decyzji powiatowego lekarza weterynarii o zabiciu zwierząt. Ten błąd sądu to jedno ze źródeł dalszych kuriozów w sprawie. W postępowaniu karnym o ochronę zwierząt sąd, stwierdzając, że krowy padły ofiarą znęcania się nad nimi, nakazał jednocześnie je zabić − mówi mecenas Karolina Kuszlewicz. Minister rolnictwa przeznaczył na ten cel 350 tysięcy złotych.

Szukamy nowego domu dla stada wolnych krów

Kiedy w maju 2019 roku informacja ta dotarła do mediów, aktywiści zaczęli intensywnie szukać lepszego rozwiązania i utworzyli Obóz dla Krów.

Negocjacjami zajęło się Polskie Towarzystwo Etyczne reprezentowane przez profesora Andrzeja Elżanowskiego i mecenas Karolinę Kuszlewicz. Trzeba było cofnąć decyzję powiatowego weterynarza i wyprostować błędy sądu w postępowaniu karnym o znęcanie się nad zwierzętami, a następnie − znaleźć krowom prawnego opiekuna, który nie będzie chciał ich eksploatować, i miejsce, w którym będą mogły mieszkać. PTE udało się dotrzeć do „ucha cesarza”. Tyrady, które na ministra Ardanowskiego pisał profesor Andrzej Elżanowski, miały w końcu dotrzeć do Jarosława Kaczyńskiego. Minister Ardanowski chciał wówczas zabrać krowy sprzed oczu aktywistów do bliżej nieokreślonego państwowego gospodarstwa.

Wtedy do gry weszło Biuro Ochrony Zwierząt, reprezentowane przez Izabelę Kwiatkowską, która przedstawiła dokument potwierdzający, że to właśnie BOZ stał się posiadaczem stada krów.

– W tych krytycznych dniach na początku czerwca pani Kwiatkowska z BOZ powiedziała, że chce przejąć krowy od pana Skorupy, czyli właściciela skazanego za zaniedbania zwierząt, a ja przystałem na ten karkołomny plan pod warunkiem, że skorzystamy z niego tylko w ostateczności, tzn. jeżeli przyjadą ciężarówki zabrać zwierzęta do niewiadomego przeznaczenia. Było dla mnie jasne, że takie przejęcie krów zaciąży na pomocy strony rządowej, bez której nie da się uratować ponad 170 krów i byków. Pani Kwiatkowska jakoś uzyskała od owego Skorupy podpis przekazujący jej zarządzanie stadem i − wbrew naszym telefonicznym uzgodnieniom − natychmiast udała się z tym pismem do gorzowskiego sądu. A zaraz potem ogłosiła, że ona jest teraz wyłączną dysponentką stada – mówi Andrzej Elżanowski.

Plan uratowania wolnych krów z gminy Deszczno jest gotowy

Kluczowym momentem negocjacji był 13 czerwca 2019 roku. Profesor Elżanowski i mecenas Kuszlewicz zostali zaproszeni na spotkanie w Ministerstwie Rolnictwa. Udało się.

Uzyskaliśmy obietnicę, że decyzja o zabiciu i utylizacji krów zostanie cofnięta. Odbyło się to w obecności przedstawiciela Głównego Inspektora Weterynarii i wysłannika premiera, który chce pozostać anonimowy − mówi Andrzej Elżanowski. − Minister Ardanowski umowy dotrzymał i parę dni później nadeszło potwierdzenie wygaszenia decyzji o zabiciu. Niestety, jednocześnie zdecydował, że nie będzie opieki nad krowami finansował. Skoro krowy przejął BOZ, to niech sobie teraz radzi – powiedział.

Teraz trzeba było znaleźć krowom nowe pastwiska. Nie mogły pozostać w dotychczasowym miejscu, mimo że pasły się na terenie rezerwatu Santockie Zakole. Dlaczego? Bo rezerwat jest w rękach prywatnych, a jego właścicielem jest Grzegorz Piotrowski, który od początku nie ukrywał, że chciałby krowy przejąć w celu eksploatacji, tzn. hodowałby je, rozmnażał, ściągał mleko albo przerabiał zwierzęta na mięso. A tego właśnie ruch, który powstał w obronie krów, chciał uniknąć. Krowy miały pozostać wolne, ale otoczone lepszą niż dotychczas opieką.

List do premiera RP w sprawie stada wolnych krów

Z Grzegorzem Piotrowskim BOZ miało umowę do 1 września 2019 roku. Do tego czasu krowy miały zostać zakolczykowane, przebadane i przetransportowane do rezerwatu Czarnocin, do Witolda Bieschkego, który co prawda też jest hodowcą, ale zobowiązał się spełnić warunki, z których kluczowym była stała społeczna kontrola. Miejsca miał dość, tereny piękne, dostęp do wody, krowy miały znaleźć tam bezpieczny dom.

− Witold Bieschke miał przyjechać na kolejne spotkanie do ministerstwa. Nalegał na to szczególnie przedstawiciel premiera, który chciał dopiąć sprawy − mówi Andrzej Elżanowski.

Biuro Ochrony Zwierząt

Formalnością, którą należało jeszcze załatwić, był przepadek krów. Chodziło o konieczność uzupełnienia wyroku w sprawie karnej dotyczącej znęcania się nad zwierzętami. To PTE wskazało na rażący błąd sądu i konieczność uzupełnienia wyroku. Na wypadek, gdyby nie udało się zadziałać na poziomie sądu gorzowskiego, Karolina Kuszlewicz złożyła także wniosek do Prokuratora Generalnego o wywiedzenie kasacji do Sądu Najwyższego. Sąd w Gorzowie Wielkopolskim na wniosek prokuratora orzekł przepadek 17 lipca 2019 roku i po uprawomocnieniu się orzeczenia wyznaczył BOZ jako realizatora przepadku.

− BOZ to tzw. stowarzyszenie zwykłe, nieposiadające osobowości prawnej, co przy tak dużym przedsięwzięciu, jakim było wykonanie przepadku ok. 180 krów, powinno budzić wątpliwości − mówi mecenas Karolina Kuszlewicz.

Okazało się, że BOZ ma trudności we współpracy z innymi organizacjami, które były zaangażowane w pomoc krowom z Deszczna. Na utrzymanie krów PTE razem z Klubem Gaja urządziły zbiórkę. Szef Klubu Gaja Jacek Bożek chciał regulować faktury, robić potrzebne zakupy, ale Izabela Kwiatkowska zaczęła grozić mu prokuraturą, więc − nie chcąc awantury − ostatecznie przekazał jej uzbieraną kwotę, około 40 tysięcy. Jak opowiadają moi rozmówcy, szefowa BOZ z nikim nie chciała się konsultować. Z PTE również przestała się kontaktować. O wszystkim chciała decydować samodzielnie, a wyrok gorzowskiego sądu na to pozwalał.

− Minęły dwa miesiące, a dla stada nic nie zostało zrobione. Umowa z ministerstwem była taka, że stado nie będzie się już powiększało  − mówi Andrzej Elżanowski. − A tymczasem ze 170 urosło do 190, mimo że dochodziło do kradzieży cieląt. Byki nie zostały oddzielone od krów, a to pierwsza, podstawowa sprawa, którą należało załatwić. Zwierzęta powinny zostać rozdzielone również dlatego, że kiedy byki skaczą na młode jałówki, uszkadzają im swoim ciężarem stawy biodrowe, a było tam już kilka kulawych krów i jałówek wymagających uwagi − tłumaczy profesor Elżanowski. − Izabela Kwiatkowska o tym wszystkim wiedziała, a mimo to nie oddzieliła byków, a do badań przystąpiła dopiero pod koniec sierpnia 2019 roku.

Sekretny koniec życia krów

Kiedy w sierpniu zaczęto badać i kolczykować krowy, Witold Bieschke, do którego miały trafić, nie przyjechał. Co się wydarzyło?

Czemu krowy nie trafiły do Czarnocina?

PTE jeszcze w maju i w czerwcu korespondowało z gospodarzem Czarnocina. Wszystkie elementy umowy zostały przez niego zaakceptowane i podpisane. Bieschke miał pomagać przy pędzeniu krów do badania i kolczykowania i od razu zorganizować transport. Wszystko miało się odbyć naraz, żeby nie trzeba było krów spędzać i stresować dwa razy, tylko żeby przebadane od razu pojechały na nowe pastwiska. Miał zapłacić za transport. Oczywiście wszystko przy założeniu, że to on te krowy dostanie.

− Przyznaję, że nie miałem zaufania do BOZ-u − mówi Witold Bieschke. − Mam swoje gospodarstwo, 400 sztuk bydła. Bardzo dbam o szczegóły prawne. Zasięgnąłem opinii doktora Czerwińskiego, powiatowego lekarza weterynarii z Nowogardu. On mi uzmysłowił, że nie wystarczy jedno badanie, bo nie jest w stanie wykazać wszystkich chorób zwalczanych z urzędu: brucelozy, białaczki lub gruźlicy. Te badania wykonuje się w odstępach trzymiesięcznych. Nie chciałem narażać mojego stada. Po pierwszym badaniu, na początku września, przedstawiłem pani Kwiatkowskiej umowę, w której zaproponowałem, że znajdę takie miejsce, gdzie krowy będą na kwarantannie, i jeśli wszystko będzie w porządku, ja je wezmę, a jeśli nie, to nic tych krów nie uratuje i pani Iza Kwiatkowska będzie je musiała odebrać i niestety zutylizowć. A BOZ zwróci mi wszystkie poniesione koszty. Obraziła się − mówi Witold Bieschke.

Spędzanie dużego stada półdzikich, rozpierzchłych krów i byków jest trudną operacją, dlatego spędzenie do badania i kolczykowania powinno być skoordynowane z wywozem, co się ostatecznie nie stało. Do tego odbywało się w największe sierpniowe upały.

Gawlik: Skąd się bierze mleko

− Skandaliczne, nawet pisałem w tej sprawie do ministra Ardanowskiego − mówi Andrzej Elżanowski. − Krowy gorzej znoszą upały niż zimno. A wtedy przez kilka kolejnych dni było powyżej 30 stopni, dwa dni ponad 32 stopnie. Jedna krowa tam zginęła, ale w tych warunkach ofiar mogło być więcej. Podobno przyczyną śmierci było wzdęcie, ale o wzdęcie też łatwiej, kiedy jest gorąco. Krowa zaraz została zutylizowana, bo nikomu z uczestników nie zależało na dochodzeniu prawdy.

Trudno powiedzieć, skąd takie decyzje. Upałami Izabela Kwiatkowska tłumaczyła też, dlaczego przy okazji spędzania nie wykastrowano byków. Po badaniach i kolczykowaniu zwierzęta zostały wypuszczone wszystkie razem.

Przyszła jesień

− W kategoriach ustawy o ochronie zwierząt Izabela Kwiatkowska porzuciła je − ocenia Andrzej Elżanowski. − Na początku września, kiedy sytuacja wyglądała na beznadziejną, Karolina Kuszlewicz i ja postanowiliśmy umożliwić wywiezienie przynajmniej części najbardziej potrzebujących, kulawych krów z cielętami do różnych azyli. Udało się uzyskać na to zgodę ministra i Inspekcji Weterynaryjnej. Niestety BOZ nie wyraził na to zgody.

Jak prawo chroni zwierzęta w upały?

Był też Naczków, miejscowość w województwie opolskim, gdzie Tomek Copija prowadzi azyl dla zwierząt. Wyszukał gospodarstwo na sprzedaż, a Andrzej Elżanowski negocjował transakcję i nawet znalazł sponsorkę gotową za nie zapłacić. Podpisano przedwstępną umowę, przyjechały pierwsze ekipy remontowe.

− Obory były piękne, choć wymagały remontu. Jedna miała zawalony dach, ale co to wszystko w porównaniu z obecnymi warunkami. Można było byki tymczasowo umieścić w tej z dziurawym dachem, a krowy w tej lepszej i po kolei wyremontować − mówi profesor Elżanowski. − Wszystko na warunkach azylu.

Gospodarstwo w Naczkowie mogło pomieścić około stu zwierząt, dla reszty trzeba by było znaleźć miejsce w innych azylach.

− Niestety o planie dowiedziała się Izabela Kwiatkowska, która 27 września ogłosiła szczegóły planowanej transakcji na facebookowej grupie − wspomina Andrzej Elżanowski. − Zawrzało i wkrótce potem na zbywców wylała się fala hejtu napędzanego z niezrozumiałych pobudek przez zewnętrzne osoby. W końcu właściciele obór wycofali się z transakcji.

Nieco mniej martwa natura, czyli co się zmieniło w prawie łowieckim

Krowy pozostały w Santockim Zakolu pod wątpliwą opieką BOZ-u. A w końcu trafiły do Moniki Pietrzak i Mariusza Myszkowskiego.

Na przednówku

Próba cofnięcia umocowania BOZ-u nie udała się, mimo wsparcia wielu organizacji prozwierzęcych. Andrzej Elżanowski napisał więc skargę na sędziego za − jak podkreśla − porażającą, aktywną stronniczość i zmanipulowanie policji do współdziałania w znęcaniu się nad zwierzętami i łamaniu przepisów weterynaryjnych.

Agnieszka Karło przypomina, że BOZ nie jest właścicielem krów. Stado z Deszczna jest dobrem Skarbu Państwa. Strona społeczna zwróciła się więc do Agencji Modernizacji Rolnictwa z prośbą o przeprowadzenie kontroli.

Wójt zadeklarował jednemu z wolontariuszy, że odbierze te krowy, kiedy tylko taki wniosek przedstawi powiatowa lekarz weterynarii. Ona jednak milczy.

Tymczasem stado topnieje. Krów, według szacunków aktywistów, pozostało tylko 60, byków też jest wyraźnie mniej, ale aktywistom trudno je policzyć, bo stoją stłoczone, zasłaniają się grzbietami.

− Krowy są głodne, chude. Umierają. Znikają. A my nie potrafimy im pomóc − mówi Agnieszka Karło przez łzy. − Miejscowi ludzie widzą, że są gdzieś wywożone. Powiatowa lekarz weterynarii zdaje się bezradna, a widzi sytuację i powinna odebrać krowy Myszkowskiemu. W Santockim Zakolu miały 280 hektarów, tutaj tylko 6. Lepiej było im tam, większe miały szanse na przeżycie, zresztą były trochę dokarmiane. A tu nikt nie może do nich podejść. Przez płot patrzymy. Robimy zdjęcia tym umierającym krowom.

Spurek: Potrzebujemy podatku mięsnego

czytaj także

***
W związku z informacjami przekazanymi przez naszych rozmówców zapytaliśmy Izabelę Kwiatkowską o umowę przekazania stada i jej warunki, a także o to, dlaczego byki nie zostały wykastrowane, chociaż umowa z ministerstwem zakładała, że krowy nie będą się więcej rozmnażać; dlaczego byki i krowy pasły się razem, chociaż powinny zostać rozdzielone; jak wyglądała współpraca z innymi organizacjami, które chciały krowom pomóc.

O komentarz poprosiliśmy też Monikę Pietrzak, pytając o to, czy została zawarta umowa i czy jest w niej zagwarantowane prawo strony społecznej do kontroli, ile jest krów, jak ocenia ich stan, na co chorują byki, czy zalecenia powiatowej inspekcji weterynaryjnej zostały spełnione i jak wyglądają kontakty ze stroną społeczną.

Izabela Kwiatkowska:

Umowa nie jest jeszcze podpisana. Wysłałam ją i mamy się jeszcze z nowymi właścicielami spotkać w celu ustalenia szczegółowych warunków umowy finalnej. Na razie osobiste spotkanie i ustalenie ostatecznego kształtu umowy utrudnia nam aktualna sytuacja epidemiczna w kraju.

Podpisana jest umowa przedwstępna, w której jest wyraźnie stwierdzone, że zwierzęta nie będą eksploatowane, zabite ani włączone w jakikolwiek sposób do łańcucha pokarmowego. Za złamanie tych warunków umowy przewidziana jest kara umowna w wysokości 200 tysięcy złotych. W umowie przedwstępnej nie ma wszystkich elementów, np. właśnie kontroli społecznej, której domaga się strona społeczna. To będzie przedmiotem dalszych wspólnych ustaleń, jednak należy określić w umowie ramy i granice tej społecznej kontroli.

Jest wiele nieprzychylnych nam osób, niepogodzonych z wyborem nowych właścicieli stada i zmierzających do tego, aby stado trafiło do hodowców zwierząt. W tym celu osoby te manipulują np. zdjęciami zwierząt, niepełnymi lub fałszywymi informacjami o bardzo negatywnej i emocjonalnej konotacji, bezrefleksyjnie zwielokrotnionej w mediach społecznościowych w celu wywołania u odbiorców wrażenia rzekomego dramatu zwierząt. Nawet kiedy pokazywaliśmy pozytywne zdjęcia, które robiła zwierzętom już w nowym miejscu Ela Radzikowska − spotykało się to z hejtem i pomawianiem o fałszerstwo. Dlatego też musimy dokładnie rozważyć i ustalić kwestię społecznej kontroli nad stadem.

Termin badania wyznacza powiatowy lekarz weterynarii. Nie znam powodów, dla których powiatowy lekarz weterynarii  nie wyznaczył jeszcze terminu kolejnego badania. W Santockim Zakolu zwierzęta były za krótko, żeby przeprowadzić wszystkie trzy badania, każde z badań jest przeprowadzane z półrocznym odstępem, więc cała procedura uzyskania przez stado urzędowej wolności od chorób zakaźnych trwa minimum półtora roku do dwóch lat.

Byki nie były wykastrowane, bo nie było możliwości ich wykastrowania na miejscu w Santockim Zakolu. W sierpniu podczas badania panował dotkliwy upał utrudniający zarówno pracę ludzi, jak i gojenie się ran u zwierząt. Z uwagi na fakt, że zwierzęta przebywały na terenie rezerwatu przyrody, nie było możliwości postawienia tam koniecznej infrastruktury, np. budynku, w którym można by było umieścić zwierzęta po wykonaniu zabiegu, aby zagwarantować im higieniczne warunki rekonwalescencji.

Wiśniewska: Uciekające krowy

Kastracja byków, czyli zwierząt praktycznie dzikich, o masie nierzadko przekraczającej pół tony, wymaga długotrwałych przygotowań zarówno od strony infrastruktury, finansów, jak i zaplecza osobowego w postaci lekarzy weterynarii. Na tamtą chwilę było to całkowicie niemożliwe. W sierpniu zwierzęta miały trafić do rezerwatu Czarnocin i tam zostać rozdzielone i poddane kastracji, więc nie przygotowywano się do zabiegów kastracji zwierząt na miejscu.

Pan Elżanowski krytykował działania Biura na każdym kroku, że krowy są w złej sytuacji, a jednocześnie sam nie doprowadził do przekazania zwierząt do Naczkowa. To on negocjował z właścicielem budynków gospodarskich i ziemi. My cierpliwie czekaliśmy na wynik jego negocjacji z właścicielem obór i sponsorką. Upadek projektu Naczków spowodował wyciek informacji ze strony Ratujemy Krowy z Deszczna co do miejsca przekazania zwierząt, co z kolei wywołało sprzeciw lokalnych mieszkańców i zakończyło się wycofaniem właściciela oferty sprzedaży gospodarstwa w Naczkowie. Za porażkę obwiniono oczywiście Biuro, ale ani ludzi z grupy RKzD, ani Elżanowskiego już nie interesowało, co my jako formalni opiekunowie stada z tymi zwierzętami zrobimy. Aktywiści z grupy RKzD namawiali internautów, żeby nie wpłacać środków na utrzymanie zwierząt.  Tym samym nie było możliwości zebrania kwoty na kastrację byków. Zaczęliśmy na własną rękę szukać gospodarstwa.

Andrzej Elżanowski doskonale wiedział, że jedynym wyjściem było przejęcie tego stada. Ustaliłam to z nim w rozmowie telefonicznej jeszcze w sobotę, gdy przygotowywano już zagrodę do wywozu zwierząt. Elżanowski mówił, żeby czekać do poniedziałku, ale w poniedziałek miał się rozpocząć załadunek i transport zwierząt, byłoby już za późno. Z soboty na niedzielę zatrzymaliśmy dalsze czynności zmierzające do wywiezienia zwierząt w nieznane. To nie stało w sprzeczności z możliwością podjęcia przez PTE dalszych rozmów w tej sprawie. Wzięliśmy na siebie gigantyczny ciężar i odpowiedzialność, w przekonaniu, że kiedy to zrobimy, wszyscy dalej będą z nami współpracować, pomagać. Nic bardziej mylnego. Przedstawiciele PTE byli niezadowoleni z faktu przejęcia zwierząt przez Biuro.

Monika Pietrzak:

Lista transportowanych sztuk bydła była sporządzana przez Biuro Ochrony Zwierząt na Zakolu Santockim, następnie ich zgodność ze stanem faktycznym była potwierdzana na miejscu w Lipkach Wielkich po przywozie zwierząt. Ostateczna lista przemieszczonych zwierząt została przekazana powiatowemu lekarzowi weterynarii w Gorzowie Wielkopolskim, pracownikowi Urzędu Gminy Santok uprawnionemu do kontroli dobrostanu zwierząt na terenie gminy Santok oraz Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Przemieszczonych zostało 186 sztuk, do tej pory było 13 upadków. Były to różne przypadki – złamany kręgosłup, pęknięcie tętnicy, choroba wątroby, krwiaki w jamie brzusznej z uciskiem na narządy wewnętrzne, jedna krowa nie przeżyła porodu. Były to ciężkie chwile dla mnie i moich najbliższych. Śmierć zwierzęcia jest bolesnym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli włożyło się trud w jego ratowanie i leczenie.

Cieszy mnie natomiast, że sporo sztuk ze stada odpowiedziało pozytywnie na stosowane leczenie i metody opieki. Obserwuję stado, staram się na bieżąco odpowiadać na jego potrzeby. Wszystko jest na bieżąco dokumentowane. Posiadam karty leczenia, opinie lekarsko-weterynaryjne, sekcję zwłok. Do zwierząt przyjeżdżało do tej pory trzech weterynarzy, niektóre sprawy konsultowałam telefonicznie dodatkowo z czwartym weterynarzem.

Spór o Spurek, czyli o świętej dowolności konsumpcji

Do tej pory włożyłam dużo wysiłku w opiekę nad stadem. Zakupiłam specjalistyczne lizawki witaminowo-mineralne dla cieląt i osobników dorosłych, które są bardzo chętnie konsumowane przez stado. Wszystkie byki ze stada zostały poddane odrobaczeniu. Trzy młode byczki zostały poddane kastracji. Oddzieliliśmy młode byczki w wieku od 10 miesięcy do 1,5 roku od krów z młodzieżą i dorosłych byków dla zapewnienia im bezpieczeństwa. Byczki mają osobny duży wybieg i postawioną wiatę. Na wybiegu dla krów posadowiona jest wiata dla sztuk wymagających odizolowania na czas leczenia. Aktualnie są tam leczone krowy i cielęta karmione mieszanką mlekozastępczą – jedna sierota i cielęta odrzucone przez matki po porodzie. Zakupiłam odpowiednie preparaty stosowane dla krów po przebytym porodzie do podania im na wzmocnienie ich organizmów po wysiłku związanym z porodem.

Nie posiadam żadnych informacji o jakichkolwiek postępowaniach toczących się w związku ze stadem. Od listopada ubiegłego roku do chwili obecnej ani ja, ani nikt z mojego najbliższego otoczenia nie był wzywany w charakterze świadka czy podejrzanego przez policję czy prokuraturę w jakiejkolwiek sprawie związanej ze stadem.

Organizatorem transportu zwierząt z Zakola Santockiego było Biuro Ochrony Zwierząt. Na miejscu w Lipkach Wielkich był obecny technik weterynarii, który oceniał kondycję zwierząt po przewozie, zajmowaliśmy się liczeniem i sprawdzaniem.

Co się należy w dobie pandemii?

Miałam jedną nieprzyjemną sytuację związaną z bezprawnym wtargnięciem kilku osób na teren, na którym przebywają zwierzęta. W tym czasie przeprowadzany był obrządek zwierząt, czyli dowóz wody i jedzenia. W tym dniu miałam zaplanowany dowóz siana w belach, które jest składowane w innym miejscu niż teren, na którym przebywają zwierzęta. Na miejsce mój mąż wezwał policję, przyjechał również weterynarz i powiatowy lekarz weterynarii. Musieliśmy przerwać obrządek zwierząt. Opóźnienie trwało kilka godzin. Krowy były przyzwyczajone do stałych pór karmienia, w związku z tym mój mąż zadał krowom pierwszy lepszy balot i tam rzeczywiście była jakaś trzcina i patyki.

To była sytuacja jednostkowa. Jedna z osób, która wtargnęła wtedy na teren przebywania zwierząt, wykorzystała ten moment i zrobiła zdjęcia pustych paśników u krów. Te zdjęcia zostały opublikowane w internecie i były w późniejszym czasie ponownie publikowane w przestrzeni publicznej z sugestią, że puste paśniki u krów to stan permanentny. Te zdjęcia posłużyły do szkalowania mojej osoby i rozpowszechniania nieprawdziwej informacji, że krowy nie dostają siana w ogóle.

Umowa z Biurem Ochrony Zwierząt nie została jeszcze sfinalizowana, ponieważ jest w niej punkt dotyczący kontroli społecznej i jest to kwestia do doprecyzowania. Jest wiele osób po stronie szeroko pojętej „strony społecznej”, co do których uczciwości i rzeczywistych intencji wobec mnie i stada krów mam wątpliwości. Są to osoby, które szkodzą, zamiast wspierać. Są osoby, które nadal, pomimo że stado ma już swój bezpieczny dom, usilnie dążą do jego przejęcia.

Przez ostatnie miesiące musiałam zmierzyć się z hejtem kierowanym pod adresem moim i moich najbliższych, z hejtem kierowanym wobec Biura Ochrony Zwierząt, z niesłusznymi oskarżeniami, obelgami. Zarzucano mi m.in. oddanie części stada na rzeź. To trudne i przykre dla mnie doświadczenie. Dlatego muszę zachować sporą dozę ostrożności i dystansu do tych wszystkich prób negatywnego oddziaływania na mnie i zwierzęta będące pod moją opieką.

Jest też wiele osób ze strony społecznej, które cieszą się sukcesem akcji ratowania stada i które wspierają mnie dobrym słowem. Otrzymuję kartki od ludzi z Polski i z zagranicy, są w nich słowa podziękowania, słowa wsparcia i życzenia. To bardzo pokrzepiające, za to dziękuję tym wszystkim osobom i to mnie pokrzepia i daje siłę do dalszego działania.

Prowadzę własne niezależne gospodarstwo. Pochodzę z rodziny o tradycjach rolniczych, z tym że moi najbliżsi od pokoleń zajmowali się uprawą. Od początku starań związanych z realizacją przepadku stado miało trafić do mojego gospodarstwa, pod moją opiekę i ja jestem za nie odpowiedzialna.

Stan stada oceniam jako dobry. Poprawiła się kondycja ogólna stada, jak również tych sztuk, które przyjechały słabsze. Poprawę zauważam nie tylko ja, ale również lekarze weterynarii i służby, które przyjeżdżają na niezapowiedziane kontrole.

W TVP świnka to wieprzowinka, a z kurczaczka mamy mięsko

U kilkunastu sztuk byków widoczne są objawy grzybicy skóry. Te sztuki już do mnie przyjechały z grzybicą. Zaobserwowane objawy zgłaszałam lekarzowi, lekarz je oglądał. Nie ma w tej chwili zaleceń leczenia czy szczepień profilaktycznych. Zgodnie z zapewnieniem lekarza weterynarii objawy ustąpią wraz z ociepleniem i pojawieniem się słońca. Jeżeli natomiast się utrzymają, wówczas wdrożone zostanie leczenie.

Z końcem marca stado miało zostać poddane badaniom na choroby zwalczane z urzędu, niestety pandemia koronawirusa pokrzyżowała te plany. Czekamy na dogodny moment na przeprowadzenie tych badań. Najbliższym planowanym zabiegiem jest odrobaczenie krów. Potem sukcesywna kastracja byków. Docelowo stado trafi na kilkudziesięciohektarowe pastwisko, nie wcześniej jak po kolejnym badaniu na choroby zwalczane z urzędu.

Nie jest możliwa jednoczesna kastracja wszystkich byków, jedynie sukcesywna. Proces rekonwalescencji u wykastrowanych młodych byczków trwał dwa tygodnie, przy bykach kilku- i kilkunastoletnich proces ten będzie jeszcze dłuższy, dodatkowo ryzyko komplikacji jest u nich większe. Pomimo kastracji prawdopodobnie pozostaną im typowe zachowania płciowe. Dlatego też mimo wykastrowania nie przewiduję w tej chwili możliwości połączenia krów z bykami, z uwagi na przebywającą z krowami młodzież. Ewentualne skoki byków mogłyby bowiem doprowadzić do kontuzji i urazów u młodzieży, a tego chciałabym uniknąć, więc trzeba poczekać, aż młodzież podrośnie.

Zły dotyk normy społecznej

Zagroda dla byków spełnia ustawowe wymogi pod względem powierzchni. Byki przebywają na utwardzonym terenie, mają ścielone słomą, obornik jest wywożony. Wypuszczenie byków na większy teren będzie możliwe po kolejnych badaniach i kastracji.

Na koszty utrzymania stada patrzę z innej perspektywy, ponieważ jestem producentem siana i sianokiszonki. Swoje nadwyżki przeznaczam na stado, w okresie pastwiskowym krowy mają być „żywymi kosiarkami”. Nie przeliczam tego na złotówki. Koszty opieki weterynaryjnej są normalne, decydując się na przyjęcie stada, liczyłam się z nimi. Biuro Ochrony Zwierząt przy wsparciu finansowym i poparciu ze strony społecznej deklarowało pokrycie kosztów kastracji byków. Jeszcze nie podjęłam decyzji, czy z tej propozycji skorzystać.

Obcowanie ze stadem i jego obserwacja daje mi dużo radości.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Katarzyna Przyborska

| Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.