Kraj

Żeby być drugim Tuskiem, Trzaskowski musiałby przejść do Hołowni

Czas na oczach tłumu wbić kołek w serce PO i odejść do największego rywala, dając nowy początek progresywnemu liberalizmowi w Polsce.

„Wierzyliśmy, że rynek ureguluje wszystko, po latach jednak doświadczenie uczyło nas, że to nieprawda”. „Fakt, że decyzje o tym, kto i co będzie mógł pisać na konkretnych platformach, podejmuje prywatna firma bez żadnego nadzoru, musi budzić niepokój”. Nie, to nie wywiad z Adrianem Zandbergiem albo jakimś innym rzekomym Bucharinem. To wypowiedzi Rafała Trzaskowskiego z rozmowy z nim dla Interii. Oprócz zwyczajowej liberalnej mowy trawy o uśmiechu, nowoczesności i tolerancji, Trzaskowski, ostrożnie, ale jednak, podważa neoliberalne dogmaty. I rzeczywiście zaczyna mówić językiem progresywnego liberalizmu, a momentami nawet socjaldemokracji. Co zresztą zostało już z oburzeniem odnotowane w odpowiednich, neoliberalnych kręgach.

Problem w tym, że to za mało. Cokolwiek Rafał Trzaskowski nie powie, jak bardzo będzie starał się mówić językiem empatii, to zawsze będzie dźwigał ciężar w postaci Platformy Obywatelskiej. Dlatego jeśli chce być drugim Donaldem Tuskiem, powinien ten ciężar zrzucić. A najlepiej zrzucić go, idąc do… Szymona Hołowni.

Dlaczego?

Po pierwsze, dlatego że Platforma Obywatelska nie potrafi już robić kampanii wyborczych. Potrafiła zepsuć kampanię nie do zepsucia, czyli kampanię Bronisława Komorowskiego. Potrafiła zepsuć, wydawałoby się najłatwiejszą, kampanię wyborczą do Europarlamentu – kandydaci Koalicji Obywatelskiej narzekali na kompletny brak planowania i jedną wielką niemoc. W ostatnich wyborach prezydenckich PO wystawiła kandydatkę, która okazała się tak fatalna, że aż sama partia zaczęła nawoływać do… bojkotu wyborów. To jest zaplecze, z którym Trzaskowski musi się męczyć wyborczo. Dopełnieniem tej beznadziei było przyznanie się Borysa Budki, że ogłoszenie powołania Ruchu Trzaskowskiego wymsknęło mu się przypadkiem.

Borysa Budki szczera deklaracja bezradności

W przypadku Hołowni wygląda to zupełnie inaczej. Partia skazana, zdawałoby się, na pożarcie, jest dla docelowego elektoratu Trzaskowskiego świeża, chce się jej działać i generalnie zamiast upadać, zaczyna prześcigać PO. A przecież ma tylko kilka wcale nie najgłośniejszych nazwisk.

„Fabryka jutra”, czyli Szymona Hołowni przepis na kiełbasę wyborczą

No właśnie – kilka „wcale nie najgłośniejszych nazwisk”. I to jest powód drugi, dla którego Trzaskowski powinien przejść do Hołowni. Otóż w Platformie przez te wszystkie lata, najpierw władzy ogólnopolskiej, potem już tylko samorządowej, utworzyła się, jak to w każdej tego typu partii, cała sieć wzajemnych układów i zależności. Cała masa baronów i baroniątek, więc przebicie się z własną inicjatywą i układanie się z nimi pożera ogrom czasu i energii. W przypadku partii Hołowni, chociażby z racji faktu, że powstała niedawno, niczego takiego być nie może. To twór wciąż niemal pusty w środku, który zagęszczał się będzie siecią kontaktów i wzajemnych relacji w miarę zbliżania się wyborów. Dziś jednak wciąż więcej można uzyskać u Hołowni niż u PO obsadzonej przez niezliczone koterie. Po prostu łatwiej się urządzić w nowej, dopiero tworzącej się organizacji niż w starej, zasiedziałej już firmie pełnej trupów w szafie.

Wreszcie po trzecie, żeby być drugim Tuskiem, Trzaskowski musiałby przejść do Hołowni, bo właśnie tak samodzielność polityczną zdobył Donald Tusk. Przez lata miał opinię zabawowego chłopca w krótkich spodenkach, a od robienia polityki byli poważni panowie z Unii Wolności. I w pewnym momencie ten chłopczyk w spodenkach Tusk doskonale wyczuł nastroje społeczne i dokonał ojcobójstwa, zakładając PO z dwoma innymi kolegami. Trzaskowski, aby być traktowanym jak poważny polityk, powinien zrobić to samo. Na oczach tłumu wbić kołek w serce PO i odejść do największego rywala, dając nowy początek progresywnemu liberalizmowi w Polsce.

Czy opłacałoby się to samemu Hołowni? Cóż, nawet jeśli utrzyma poparcie, to zostanie z partią będącą politycznym zlepkiem z perspektywą Trzaskowskiego jako rywala w wyborach prezydenckich. Dziś, gdyby doszło do sojuszu, obaj rywale mogą się porozumieć, kto ewentualnie będzie premierem, a kto prezydentem. Jutro, gdy będą ze sobą walczyć, Hołownia może znowu obejść się smakiem w drugiej turze wyborów. A wtedy i jego przywództwo w jego partii może zostać podważone. Warto się czasami posunąć, jeśli z przodu wciąż jest na tyle dużo miejsca, żeby kierować autobusem o nazwie Polska.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij