Film

Nie damy, by nas znetfliksił wróg!

Fot. Edycja KP

„Od utraty polskiej tożsamości dzieli nas tylko jedno pokolenie – to właśnie, któremu tej tożsamości nie przekażemy” – alarmuje Reduta Dobrego Imienia w swoim „raporcie” na temat „możliwości przeciwdziałania zniesławieniom platformach streamingowych typu Netflix”.


Gdyby Maciej Świrski i Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom nie istniały, jakiś tajny, wrogi Polsce lewacki ośrodek powinien ich wymyślić. Nikt bowiem nie kompromituje prawicowego myślenia na temat kultury tak, jak ten pan i jego organizacja. Po raz pierwszy zasłynęli wojną z filmem Ida, rzekomo „przekłamującym polską historię”. Zdaniem Reduty film przedstawiał „jednostkową historię” jako prawdę historyczną, nie pokazywał, że Polacy ratowali Żydów, a Holocaust dokonał się w czasie okupacji – co zwłaszcza u widzów zagranicznych miało tworzyć błędne, „dyfamacyjne” przeświadczenia o naszej historii. Reduta domagała się, by przed filmem wstawić planszę wyjaśniającą, jak jej zdaniem wyglądała „historyczna prawda”. Nietrudno wyobrazić sobie, jak pisałyby o tym światowe media, gdyby pod naciskiem grupki „obrońców czci Polski” faktycznie wbrew woli twórców taką planszę wstawiono.

Maciej Świrski i Reduta pokazali jednak, że wojną z Idą nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, a w okresie dobrej zmiany nic nie stracili z patriotycznej czujności. W tym tygodniu ukazał się bowiem „raport” fundacji na temat „możliwości przeciwdziałania zniesławieniom na platformach streamingowych typu Netflix”.

Donos na narodowy ból dupy

Szkalują polski miodek

Trudno powiedzieć, jak kuriozalny jest to dokument. Celowo ujmuję słowo „raport” w cudzysłów, całość wygląda bowiem jak sklejenie kiepskiej publicystki, groteskowo niekompetentnej analizy filmów, doczepionych do tego historii platform streamingowych i ekspertyz prawnych. Autorzy „raportu” – jak student, który przy piątym energetyku pisze na szybko pracę, którą musi wysłać do rana – różnymi sposobami rozdymają jego objętość. Np. najpierw podają listę filmów, w których obecne są „wadliwe kody pamięci” oraz „przekłamania” na temat historii Polski, uszeregowanych od najbardziej do najmniej szkodliwych, a następnie powtarzają ją raz jeszcze, tylko w kolejności alfabetycznej. Choć nawet przy tych akrobacjach dobijają zaledwie do skromnych 74 stron.

Osobliwa jest także „metodologia” – znów celowy cudzysłów – raportu. „Wadliwe kody kulturowe”, jakie tropi zespół Reduty, sprowadzają się często do tego, że w jakimś historycznym dokumencie ktoś nie wspomni o heroizmie i udziale Polaków w drugiej wojnie światowej. Albo że znalazł się film, który przedstawia niemieckich żołnierzy z czasów II wojny światowej w zbyt szlachetny sposób, co „buduje szkodliwe historyczne mity”.

Czujnym oczom analityków Reduty nie umyka np. to, że w drugiej minucie i dwudziestej sekundzie siódmego odcinka anime Black Lagoon pada żart o Polakach. Zacytujmy w całości to wiekopomne odkrycie: „Brzmi on następująco: »Ilu Polaczków trzeba, by zmienić żarówkę? Jednego do trzymania żarówki, 99 do obracania domu«. Jest to jedyny element związany z Polską w tym filmie”. Koniec cytatu.

Antypolskie nastroje przenikają nawet do produkcji o grzechach współczesnego przemysłu spożywczego. W jednym z odcinków Netflixowego serialu dokumentalnego Rotten szkaluje się np. polski miód. Znów zacytujmy: „Polska pojawia się w tym odcinku wyłącznie w kontekście miodu z domieszką szkodliwych dla człowieka antybiotyków. Mimo że główny nacisk całego odcinka położony jest na nielegalne działania Chin, to w momencie kulminacyjnym […] polski miód jest przedstawiony jako »czarny charakter«”. Z pewnością żaden Polak nie może się zgodzić, by skarb polskich pasiek przedstawiano w ten sposób. W „momencie kulminacyjnym” czy nie.

Wrzucając bez poczucia zażenowania takie „analizy” w przestrzeń publiczną, autorzy „raportu” Reduty ośmieszają nie tylko siebie i swoją instytucję, ale w ogóle ideę prowadzenia poważnych analiz popkultury, także pod kątem takich problemów jak narodowe stereotypy. Ktokolwiek będzie chciał się na poważnie zabrać do analizy treści Netflixa, w tle będzie słyszał żarty z ekscesów pana Świrskiego.

Czy śmierć Wajdy jest antypolska?

It’s Always Nazi Week

W jednym z odcinków serialu Dwóch i pół Alan Harper próbuje przekonać swojego brata Charliego do idei, by jego syn zamieszkał z nim na kilka tygodni:
– Zobaczysz, przekonasz się do tego.
– To samo Polska mówiła o Hitlerze.
– Znów oglądałeś History Channel?
– Był nazistowski tydzień.
– Tam zawsze jest nazistowski tydzień.

Sądząc po lekturze „raportu” w siedzibie Reduty także. Większość „analizowanych” w nim produkcji to właśnie dokumenty o drugiej wojnie światowej i Holocauście. Autorzy raportu wysuwają przeciw nim aż 10 zarzutów, można je jednak wszystkie sprowadzić do trzech.

Po pierwsze, jak zarzuca „raport”, autorzy dokumentów pokazują, że Holocaust wydarzył się w Polsce, choć nie wspominają, że Polska znajdowała się wtedy pod okupacją niemiecką, Zagłada nie była dziełem ani polskich władz, ani polskiego społeczeństwa. Pojawiają się za to określenia typu „polskie obozy” czy „polskie getta”.

Chcieliście polskich obozów koncentracyjnych, no to je macie

Te zarzuty nie są pozbawione pewnej racjonalnej podstawy. Faktycznie określenia takie jak „polskie obozy” są głęboko nieprecyzyjne i z polskiego punktu widzenia mogą być odbierane jako krzywdzące. Z całą pewnością w rozsądny sposób należy tu pracować nad zmianą języka. Z drugiej strony prawica robi wokół „polskich obozów” zupełnie nieproporcjonalną awanturę, przypisując temu wyrażeniu znacznie większe znaczenie, niż realnie ono je posiada.

Drugi zarzut polega na tym, że globalna produkcja filmowa obecna na platformach streamingowych – fabularna i dokumentalna – nie docenia Polski i Polaków. Wkładu Polski w zwycięstwo w drugiej wojnie światowej, polskich cierpień i poświęceń. Heroicznej walki Armii Krajowej i bohaterstwa Polaków ratujących Żydów. To prawda, nie dostrzega i w jakimś sensie może być to przykre. Ale pisanie o tym pełnego żalu „raportu” jest po prostu dziecinne. Światowa produkcja audiowizualna naprawdę nie ma żadnego obowiązku, by angażować swoje środki w propagowanie polskiej historii drugiej wojny światowej w taki sposób, jak widzą ją środowiska z okolic rządzącej nami prawicy.

Wreszcie ostatni zarzut sprowadza się do tego, że produkcje obecne na Netfliksie i innych platformach przypisują Polakom antysemityzm: przed wojną, w trakcie i po. Jest on po prostu bezczelny, bzdurny i totalnie zakłamany. Polska przedwojenna była krajem antysemickim. Państwem, które zaczęło swój niepodległy żywot od mordu na prezydencie, którego jedyną winą było to, że został wybrany głosami także mniejszości żydowskiej. Przez cały okres międzywojnia pojawiają się żądania odebrania Żydom praw obywatelskich i ich przymusowej migracji, zamknięcia dostępu do edukacji oraz prestiżowych zawodów. Żydzi padają ofiarami przemocy. Tego antysemityzmu nie osłabiły wojna i okupacja ani powojenna rzeczywistość. Polska nie ma prawa domagać się szacunku do własnej historycznej wrażliwości, dopóki nie stanie w prawdzie na temat tej przeszłości.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Autorzy „raportu” jako „dowód” na przekłamania w sprawie Polski podają np. padające w izraelskim dokumencie Dark Side – przedstawiającym historię ocalałego z Holocaustu – te słowa: „Ale przede wszystkim zawsze wiedziałem, że w pewnym momencie może pojawić się polski kapuś i mnie zastrzelić”. Albo wypowiedź z dokumentu Surviving Skokie – poświęconego marszowi nazistów w tytułowym miasteczku w stanie Illinois, zamieszkałym przez wielu Żydów ocalałych z Holocaustu – „Tata zawsze mówił, że nie chce wracać do Polski. Nigdy. Rdzeń antysemityzmu w Polsce jest żywy i ma się dobrze i nie chciałem wracać do takiego miejsca”.

Polska nie ma prawa domagać się szacunku do własnej historycznej wrażliwości, dopóki nie stanie w prawdzie na temat przeszłości.

To nie są przekłamania, to są świadectwa ludzi, którzy mają prawo tak pamiętać swoje relacje z Polakami. Które często w okresie wojny pozostawały napięte, podobnie jak zaraz po niej. Nie mamy prawa tłumić ekspresji takiego doświadczenia. Próbowała, za pomocą prawa karnego, robić to nieszczęsna ustawa o IPN, co skończyło się jednym z największych blamaży rządów dobrej zmiany na arenie międzynarodowej. „Raport” Reduty na szczęście odradza wstępowanie na drogę prawną przeciw „przekłamującym Polską historię” produkcjom filmowym. Dobre i to, wypada tylko cieszyć się, że nawet Maciej Świrski nauczył się, że nie tędy droga. Niestety, ciągle w jego działaniach pracuje to samo myślenie, które wysmażyło wspomnianą ustawę.

Jak nie budować soft power

Ta obsesja na punkcie historii drugiej wojny światowej sprawia, że autorom raportu umyka zupełnie inny problem, jeśli chodzi o wizerunek Polski w globalnej kulturze audiowizualnej dostępnej na platformach cyfrowych i nie tylko tam. Problemem nie jest bowiem to, że gdzieś ktoś napisze na mapie „polskie obozy”, ale to, że dla dużej części świata jedynym wartym uwagi, istotnym dla dziejów powszechnych wydarzeniem w Polsce była zagłada Żydów. Poza tym Polska widziana jest albo jako sympatycznie folklorystyczna Rurytania, albo złowroga, autorytarna Borduria, obie zdominowane przez Kościół i półpiśmienne chłopstwo. Choćby w ostatnim sezonie bardzo swoją drogą przyjemnego serialu Obsesja Eve współczesna Polska wygląda jak Bałkany z lat 90. – przez środek głównej ulicy w miasteczku spacerują gęsi, a chłopi poruszają się po nim furmanką.

Jeśli chcemy wyjść z tego upupiającego stereotypu, nie możemy się groteskowo obrażać. Musimy za to mieć do zaprezentowania światu żywą, krytyczną kulturę, która potrafi wejść w dialog z globalnymi problemami i umieścić w globalnej perspektywie nasze specyficzne doświadczenie. Taką kulturę pan Świrski i jego polityczni alianci na ogół oskarżają o „pedagogikę wstydu”.

Pomysł Reduty na budowanie polskiej soft power jest z kolei inny. Cytuję: „W naszej ocenie, jedyna droga do wpływu na platformy streamingowe, to nawiązanie relacji z ludźmi, którzy zarządzają w nich treściami. Jedynie osobiste kontakty, umożliwią większy niż do tej pory dostęp polskiej oferty programowej”. Znetworkowanym z panem Świrskim i jego kolegami decydentom Netflixa polska kinematografia przedstawi swoje historyczne superprodukcje, reprezentujące nasz punkt widzenia. Będzie więc o tym, jak wielka była AK, jak w Polsce nigdy nie było antysemityzmu, a cały naród pomagał Żydom przetrwać okupację niemiecką.

Szkoda nawet czasu na złośliwości pod adresem tak infantylnej wizji. Jedną czy drugą produkcją o Pileckim nie zagłuszymy doświadczeń ludzi, których polski antysemityzm wygnał do Izraela czy Stanów Zjednoczonych. A „hollywoodzkie produkcje” kręcone poza Hollywood zawsze będą marną kopią. Odrzuci je i polska, i światowa publiczność. Szansa mniejszych kinematografii, takich jak nasza, tkwi w tym, by myśleć inaczej niż Hollywood.

Majmurek o „Historii Roja”: Kino programowej bezmyślności

Ratuj, MaBeNo!

Nie wiem, czy nad „raportem” Reduty pracował najbardziej prominentny ideolog dobrej zmiany, Andrzej Zybertowicz, ale jego duch z pewnością unosi się nad rozważaniami organizacji pana Świrskiego. W celu ochrony rzekomo zagrożonego polskiego bezpieczeństwa kulturowego Zybertowicz zaproponował powołanie sieci instytucji składających się na MaBeNę – Maszynę Bezpieczeństwa Narracyjnego, chroniącego przed obcymi wpływami kulturowymi.

Wpychane Netlflixowi polskie superprodukcje mają, jak rozumiem, być częścią tej MaBeNy. W nowym medialnym ładzie kształtowanym przez hegemonię globalnych – co na ogół znaczy amerykańskich – platform streamingowych „raport” Reduty widzi zagrożenie dla polskiej tożsamości. „Od utraty polskiej tożsamości dzieli nas tylko jedno pokolenie – to właśnie, któremu tej tożsamości nie przekażemy. Platformy streamingowe są zatem, z jednej strony szansą rozprzestrzeniania polskich treści, a z drugiej – zagrożeniem”.

Kurz: „Dobra zmiana” dowartościowała kulturę – ale tylko jako „kulturę narodową”

Obawa o to, że silnie zglobalizowany i podporządkowany kilku amerykańskim platformom światowy rynek audiowizualny może stanowić problem dla dystrybucji wytworów mniejszych kinematografii, nie jest zupełnie nieuzasadniona. Choć na razie platformy inwestują w lokalną produkcję i dają jej szansę dotarcia do globalnej publiczności. Pan Świrski ten realny problem przedstawia w sposób proszący się wyłącznie o parodię.

Z polską kulturą nie jest tak źle, by ekspozycja jednego pokolenia na Netflixa miała nas wynarodowić. Kultura jest żywa wtedy, gdy przypomina rwącą rzekę: zmienia się, ekspanduje, fluktuuje, wchłania w siebie zewnętrzne wody, podlega ciągłej hybrydyzacji. Nie krzyczy „obce idzie, ratuj, MaBeNo!”. Kultura polska w wizji Reduty przypomina zatęchłą, stojącą kałużę, przerażoną, że zabrudzą ją obce wpływy. Naprawdę – mimo pięciu lat wytrwałej pracy sojuszników Świrskiego z rządu – nie jest jeszcze tak źle.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".