Kraj

Dulkiewicz: Jestem panią prezydent

Wolę władzę i równe płace niż język. Niestety, pewne symbole i gesty mogą odwracać uwagę opinii publicznej od sedna tematu i czuję, że tak jest z żeńskimi końcówkami – mówi prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz w rozmowie z Pauliną Siegień.


Paulina Siegień: Samorządowcy w całej Polsce grzmią, że idzie bieda. Cięcia dotkną edukacji, transportu, programów socjalnych. Jak wygląda budżet Gdańska na przyszły rok?

Aleksandra Dulkiewicz: Największy deficyt w historii. Powiem przewrotnie, że mogłabym postąpić jak burmistrz Tomaszowa Lubelskiego, członek Prawa i Sprawiedliwości, który zapowiedział, że zmniejszy wymiar etatu do trzech czwartych urzędnikom, pracownikom przedszkoli i instytucji kultury, bo po podniesieniu płacy minimalnej urząd nie będzie w stanie opłacić pełnych etatów.

Podwyżki cen energii, podwyżki płacy minimalnej, obniżenie stawek PIT, wzrost wydatków na edukację, wzrost wynagrodzeń nauczycieli – to wszystko konsekwencje decyzji, które zapadają na górze, nie są konsultowane z samorządami. Co do podwyżek dla nauczycieli, w pełni się zgadzam, że się im należą – tylko dlaczego z kasy samorządu?

Zdanowska: Jesteśmy w trakcie wojny domowej

czytaj także

Efekt jest taki, że deficyt pokrywa się kredytem, ale przecież każde miasto – tym Gdańsk nie różni się od innych – chce się rozwijać. A żeby się rozwijać, trzeba inwestować. Dzisiaj może mniej skupiamy się na twardych inwestycjach, ale nie jest tak, że jesteśmy miastem ukończonym i wszystkie potrzeby wodno-kanalizacyjne, drogowe czy mostowe są załatwione. Europejskie miasta, które nie zaznały komuny, też przecież muszą się rozwijać i inwestować.

Poza tym cięcia dotkną inwestycji, nazwijmy je, ludzkich. Chodzi mi o to, co jest bliskie człowiekowi na co dzień, np. przedszkola czy politykę senioralną, która jest obszarem na razie w ogóle niedostrzeganym przez państwo. Jesteśmy szybko starzejącym się społeczeństwem, a opieka społeczna należy do zadań gmin. To my musimy się zastanawiać, gdzie umieścić osoby starsze, zależne czy niesamodzielne, jak zorganizować dla nich usługi opiekuńcze.

Decentralizacyjny coming out

Można to rozwiązywać na poziomie samorządów, ale nie można udawać, że tych wyzwań nie ma w całej Polsce. Dlatego potrzebne są rozwiązania systemowe i środki na ich realizację.

Jak mieszkańcy odczują te cięcia w praktyce?

Mieszkańcy na pewno od razu odczują to, o czym przedstawiciele dużych miast mówią od miesięcy, czyli podwyżki cen za zagospodarowanie odpadów. Sytuacja, która ma miejsce w całej Polsce, jest prostą konsekwencją zmian przepisów, które przeszły przez Sejm latem. Te podwyżki – na pewno dotkliwe – nie będą wynikały, jak próbuje się czasem wmawiać mieszkańcom, z jakichś prób łatania przez nas dziur budżetowych. One będą wynikały z wyjęcia z obszaru zagospodarowania odpadów całych obszarów komercyjnych, np. takich jak biurowce czy sklepy, gdzie produkuje się bardzo dużo śmieci.

Czy w ogóle potrzebujemy prezydentów miast?

Te obszary będą miały możliwość zawierania umów na wywóz odpadów z dowolnymi podmiotami, a to oznacza, że śmieci z tego całego segmentu będą krążyły gdzieś poza kontrolą samorządu. Nie będziemy wiedzieli, gdzie te odpady trafiają, jak i czy w ogóle są utylizowane. A w mieście pozostaje obowiązek zorganizowania i utrzymania systemu odbioru śmieci od mieszkańców, więc podwyżki są nieuniknione.

Oprócz tego gdańszczan czeka podwyżka cen biletów w komunikacji publicznej. Przez wiele lat świadomie nie podnosiliśmy cen abonamentów okresowych, bo chcieliśmy zachęcać do korzystania z transportu zbiorowego. Teraz ta cena na pewno wzrośnie. Będzie też mniej pieniędzy np. na utrzymanie czystości w mieście.

Maciejewska: Głos mają dzieci i ryby, a nie lobby węglowe

Na pewno nie będzie jednak mojej zgody, by ciąć wydatki w takich obszarach jak ochrona zdrowia psychicznego – a to jest teraz jedno z naszych największych wyzwań – lub na politykę integracyjną związaną z niwelowaniem nierówności społecznych, zarówno ekonomicznych, jak i związanych z pochodzeniem czy płcią.

Czy mieszkańcy to zrozumieją? Może za kilka lat, kiedy przyjdą wybory, uznają, że to pani wina?

Nie wiem. To się okaże za cztery lata. Staramy się to wszystko tłumaczyć bardzo jasno, chociaż to jest zawiła materia. Myślę, że to wynika także z tego, że my jako społeczeństwo mamy dosyć niski poziom rozeznania, co jest zadaniem rządu, a co samorządu, nie mówiąc już o podziale obowiązków poszczególnych szczebli – za co odpowiadają gminy, za co powiaty, a za co samorząd wojewódzki. W sumie to okej, bo czemu mieszkańcy mieliby się w to wgłębiać? Tyle że dzisiaj mamy do czynienia z perfidną grą najbardziej antysamorządowego rządu, jaki mieliśmy po 1989 roku. Nic nie wskazuje na to, że nowy rząd z tej gry zrezygnuje.

Bendyk: Państwo uczy się wolniej niż miasta

Z drugiej strony liderzy lokalni są szanowani przez ludzi. Widać to na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, a już zwłaszcza od kiedy wprowadzono w 1998 roku bezpośrednie wybory na wójtów, burmistrzów i prezydentów. To wykreowało w Polsce bardzo dużą grupę silnych, profesjonalnych samorządowców – dobrych gospodarzy, społecznych liderów. Widzimy, jak nasze miasta i regiony zmieniają się w ostatnich latach – to się dzieje przede wszystkim dzięki samorządom. A dzisiaj mamy do czynienia z duszeniem samorządów, obcinaniem im finansów i dokładaniem obowiązków.

Jako liderka samorządu angażuje się pani w politykę na szczeblu ogólnopolskim, choćby uczestnicząc w kampaniach wyborczych polityków KO. Może zadaniem samorządu nie powinna być jednak krytyka działań rządu, a znalezienie takiego modelu współpracy z władzą centralną, który będzie najbardziej korzystny dla mieszkańców?

Ależ tak! Uważam, że właśnie tak być powinno. Jestem członkiem zarządu jednej z korporacji samorządowych – Unii Metropolii Polskich, która zrzesza dwanaście największych miast. To tylko jedna z kilku korporacji samorządowych, które działają w Polsce. Delegują one swoich przedstawicieli do komisji wspólnej rządu i samorządu, która jest właśnie tym miejscem ustawowo przewidzianym do ucierania się polityki centralnej i lokalnej.

Powiedziałam, że to jest najbardziej antysamorządowy rząd, ale nie jest tak, że wszystkie poprzednie rządy kochały samorząd. To ucieranie się – powiedziałabym: przeciąganie kołdry między rządem i samorządem – jest naturalne. Ale komisja jest bezradna, bo rząd PiS ją kompletnie ignoruje. Premier Morawiecki nie spotkał się z żadną korporacją samorządową przez cały okres sprawowania urzędu. Ze mną spotkał się tylko dlatego, że podobno mnie nie zauważył 4 czerwca pod Europejskim Centrum Solidarności. Więc współpraca – jak najbardziej, ale na partnerskich zasadach.

A rząd musi się zdecydować: albo samorząd jest istotny w naszym państwie, albo nie. Na razie z różnych kieszeni, także samorządowych, rząd PiS wyciąga pieniądze – wiem, że może nie powinnam tego tak nazywać – na politykę rozdawnictwa. Bo powinniśmy się zastanowić, jak kształtować politykę społeczną w naszym państwie. Ale to, co robi rząd, nie jest budowaniem długofalowej i efektywnej polityki społecznej. Wyciągać od jednych, by dać drugim – to potrafi każdy.

Zaczyna się nowa kadencja rządów PiS. Co przyniesie samorządom?

Bardzo bym chciała, żeby niektóre reformy mogły być zatrzymane czy zmienione. Dzisiaj jest tak, że kwestie związane z edukacją stawiają mniejsze samorządy na skraju bankructwa. Myślę, że plan Prawa i Sprawiedliwości jest mniej więcej taki, żeby doprowadzić do tego, żeby wójt, burmistrz czy prezydent przychodził do urzędu, włączał światło, podpisywał trzy dokumenty i wychodził, bo nic więcej nie będzie mógł zrobić.

A w tych warunkach jaki ma pani pomysł na Gdańsk? Bo że to miasto wolności i solidarności – to już wiemy.

Bardzo się cieszę, że w ubiegłym roku wprowadziliśmy do gdańskiej rady miasta z niemal dwudziestoprocentowym wynikiem nową formację Wszystko dla Gdańska. Formacja ta ma określony program, którego czuję się kontynuatorką. Ważne jest dla mnie hasło, które widniało na mojej pierwszej ulotce wyborczej w 2010 roku: „Budujmy przyjazny Gdańsk”. Przyjazne miasto dla każdego to moje marzenie – nawet jeśli to brzmi naiwnie.

Przyłączyć Polskę do Wolnego Miasta

Hasło to staramy się realizować w najróżniejszych naszych działaniach strategicznych i programach operacyjnych – wiem, te nazwy są straszne. Czyli z jednej strony przyjazna infrastruktura, a z drugiej – taki klimat społeczny, w którym nikt nie czuje się wykluczony i każdy czuje się mile widziany.

Był taki czas – na fali przygotowań do głosowania na Europejską Stolicę Kultury – że Wrocław dorobił się fantastycznego PR. Był postrzegany jako miasto otwarte, rozwijające się, przyciągające inwestycje, atrakcyjne dla nowych mieszkańców i turystów, inwestujące w kulturę i tak dalej. Dzisiaj okazuje się, że Wrocław ma drugi marsz narodowców na 11 listopada, że silne są tam ugrupowania neofaszystowskie, a w centrum miasta można zostać pobitym za „lewactwo”. Nie obawia się pani czasem, że jest jeden Gdańsk, który żyje w narracji o wolności i solidarności, i drugi, który jest jego przeciwieństwem?

Na pewno istnieje wiele Gdańsków – nie mam co do tego wątpliwości. W przedterminowych wyborach prezydenckich Grzegorz Braun zdobył prawie dwanaście procent głosów. Odczytuję to jako zadanie permanentnej edukacji obywatelskiej, które ciągle bez ustanku trzeba realizować. Nie ma chyba na to innego sposobu niż bezpośrednie doświadczenie Innego.

„Ty uczyłeś otwartości, miłości, empatii”

Nie można udawać, że nie ma ludzi myślących inaczej, bo wszędzie są. Trzeba jednak stawiać jasną granicę myśleniu i ideom prowadzącym do takiej nienawiści, jakiej jesteśmy ostatnio świadkami. Jej ofiarą pośrednio został prezydent Adamowicz, ale też wiele innych ludzi, których dotykają pełne nienawiści słowa i gesty. Nie ma innej drogi niż twarda, świadoma postawa liderów społecznych.

Powiedziała pani wcześniej, że Gdańsk nie jest miastem ukończonym. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ten skokowy rozwój na przestrzeni ostatnich lat może okazać się nietrafiony. Wiele dzisiejszych rozwiązań może okazać się anachronicznymi, a ambicje miasta bywają przeszacowane, czego efektem jest na przykład spektakularna porażka roweru miejskiego Mevo.

Ale nie poddajemy się i walczymy o miejskie rowery.

Klimatyczne panele obywatelskie: czas start!

Mieszkańcy narzekają na niewydolną komunikację, a w tym samym czasie miasto realizuje wielkie inwestycje drogowe. Mówi się o budowie parkingów podziemnych i kubaturowych na terenie Głównego Miasta. Umowę z inwestorem miasto zawarło kilkanaście lat temu, wykonanie się przeciągało, ale dzisiaj pomysł parkingu w centrum brzmi absurdalnie…

Taka była potrzeba chwili. Na tym też polega zarządzanie, że trzeba wykorzystywać te okazje, które się pojawiają. Nie jestem, na przykład, w pełni zadowolona z tego, jak wygląda aleja Havla [nowa wielopasmowa droga w Gdańsku – przyp. red.], ale ten projekt przygotowywano z pewnym wyprzedzeniem, by był gotowy do położenia na stole, kiedy pojawią się środki unijne. I kiedy one się pojawiają, trzeba zdecydować: nie budujemy wcale, albo budujemy tak, jak było w projekcie.

Wakacje nad polskim morzem: beton, deweloperka i rzygi

Ale widzimy tę potrzebę zmian. W tej chwili pracujemy nad nowym standardem ulicy miejskiej. Zajmują się tym miejscy planiści we współpracy z różnymi projektantami, a potem te pomysły będą jeszcze konsultowane. A co do parkingów: tylko jeden z nich  – na Długich Ogrodach – ma być kubaturowy, reszta to parkingi podziemne i trzeba sobie zadać pytanie, gdzie je wybudować.

A trzeba je w ogóle budować? Wszystkie badania urbanistyczne i doświadczenie miast na całym świecie pokazują, że nie ma takiej infrastruktury samochodowej, która rozładowałaby problem natężenia ruchu i braku miejsc postojowych. Poszerzanie dróg i budowa parkingów tylko potęgują problem. Miasta zachodniej Europy to zrozumiały już jakiś czas temu.

To, co robi rząd, nie jest budowaniem długofalowej polityki społecznej.

Tylko że w Gdańsku – w Śródmieściu lub w okolicy Śródmieścia – nie ma w ogóle żadnego dużego parkingu. Gdańsk nie załapał się wcześniej na ten trend. A na Zachodzie miasta takie parkingi mają. Bez względu na to, jak dobrze będzie funkcjonowała komunikacja publiczna, zawsze będzie pewna część osób, które wybiorą samochód.

Koło ECS jest parking zbudowany w ramach inwestycji biurowej Tryton. To jest Śródmieście, a mimo to parking stoi pusty. Może dlatego, że jest za drogi, bo tuż obok niego, na miejscach bezpłatnych, piętrzą się samochody. Są też płatne parkingi w centrach handlowych. Dlaczego osoby, które mają sprawy do załatwienia w Śródmieściu i muszą przyjechać samochodem, nie mogą skorzystać z istniejącej infrastruktury?

Na razie sytuacja z parkingami wygląda tak, że inwestor dyskutuje z konserwatorem zabytków. Zobaczymy, jak ta dyskusja się potoczy i czy w ogóle do tej inwestycji dojdzie.

Nagroda Równości im. Pawła Adamowicza dla Eli Rutkowskiej z trójmiejskiej Świetlicy KP!

Coraz mocniej mieszkańcom dokuczają turyści. Miasto wciąż się cieszy i dane o zwiększaniu się ruchu turystycznego ogłasza jak wielki sukces. Tymczasem miasta europejskie, które stały się turystycznymi mekkami, próbują tę falę zawrócić. Nie ma pani wrażenia, że dzisiaj centrum Gdańska jest przyjazne, ale tylko dla turystów?

Jestem najlepszym adresatem tego pytania, bo mieszkam w sercu Gdańska. Ale to, o czym pani mówi, to jest zadanie dla parlamentarzystów, bo my w mieście nie mamy żadnych do tego narzędzi. Urząd Miasta nie może nic w tej kwestii zrobić, bo obowiązuje prawo własności i tylko odgórne regulacje mogą ten rynek ucywilizować. Planujemy spotkanie z parlamentarzystami: chcemy poruszyć przede wszystkim kwestię wynajmu krótkoterminowego. Staramy się również promować dobre zwyczaje, zarówno wśród gości, jak i wśród gospodarzy, czyli gdańszczan.

„Tourists go home”! Hiszpania ma dość turystów

Osobiście uważam, że turystyka jest dobra dla miasta – przynosi w postaci podatków dochody dla mieszkańców i mieszkanek Gdańska. Cieszę się z tego, że nasze miasto jest tak często odwiedzane i cieszę się z tego, o czym mówi się rzadko, że większość turystów w Gdańsku to Polacy.

Ale jednocześnie zgadzam się, że trzeba rozwiązać najbardziej dokuczliwe problemy, czyli np. wzrost cen mieszkań spowodowany boomem na wynajmy krótkoterminowe, czy uregulować kwestie związane z tak zwaną ciszą nocną, która jest w Polsce martwym przepisem. Tutaj trzeba znaleźć złoty środek.

A pani turyści przeszkadzają spać w nocy?

Zdarza się.

„Cheap Eastern European girls”, czyli tajlandyzacja magicznego Krakowa

Co pani wtedy robi?

Dzwonię na policję. Mam takie same możliwości jak każdy obywatel.

Nie mogę nie zapytać o królewską waginę. Oburzył panią ten performans i oświadczyła pani, że czuje się oszukana przez organizatorów marszu. Od osób o lewicowych poglądach słyszę, że to przecież lewicowe środowiska przyczyniły się do stworzenia tego obrazu Gdańska jako miasta otwartego, bo brały udział w tworzeniu Modelu na rzecz Równego Traktowania i Modelu Integracji Imigrantów. A pani się od nich zdystansowała.

To jest bardzo krzywdząca i nieprawdziwa opinia. Ja też dużo rozmawiam z ludźmi ze środowisk równościowych i widzę, że to środowisko także zostało pokrzywdzone tym performansem sześciu osób. Ich praca została podważona jednym gestem i nikt dzisiaj już nie mówi o gdańskim Marszu Równości, o polityce równościowej, o sukcesach w tej materii, tylko o… Pani to nazwie królewską waginą, a ktoś inny – bezczeszczeniem najświętszego sakramentu.

Paweł Adamowicz jeszcze wiele lat mógł zasilać energią nie tylko Gdańsk

Nie można udawać, że moje prawo jest ważniejsze od czyjegoś innego prawa. Jeśli wszyscy mówimy o równości, to działa to w obie strony. Chyba nawet widzi pani moje poruszenie, kiedy o tym mówię, bo dla mnie ten performans był wyrazem skrajnej nieodpowiedzialności. Jestem w stanie zrozumieć, co jego autorki chciały wyrazić, po tym jak zapoznałam się z ich interpretacją. Ale rezultat jest taki, że ten performans narobił więcej szkód niż pożytku.

Dzisiaj nikt nie mówi, że gdański Marsz Równości jest wydarzeniem przyjaznym, w którym bierze udział bardzo wiele rodzin. Byłam naprawdę szczęśliwa, widząc, że przyszło tyle rodzin, ludzi z różnych pokoleń. A tu coś takiego. Coś, czego nawet sama nie zauważyłam na marszu, bo dopiero wieczorem przysłano mi zdjęcia. Jeśli będzie taka możliwość, to chętnie wyrażę moje stanowisko w cztery oczy twórcom tego performansu.

Nie można udawać, że nie ma ludzi myślących inaczej, bo wszędzie są.

Przyznam, że odczuwam teraz dysonans. Była pani przecież na koncercie Pussy Riot, który odbył się w ramach festiwalu Solidarity of Arts. Ten występ z punktu widzenia osób prawosławnych musiał być odebrany jako zbezczeszczenie świątyni. Nawet jeśli niektórzy zgodzili się, że kara więzienia była przesadą, to mogli poczuć się urażeni.

Bardzo świadomie wybrałam się na ten koncert. Przyznam, że sama byłam takim myśleniem o Pussy Riot, jakie pani przytacza, przesiąknięta, bo taki był przekaz, który przebijał się do opinii publicznej. Podobnie jak teraz na gdański Marsz Równości w Gdańsku patrzymy przez pryzmat waginy, tak samo na Pussy Riot patrzono przez zdjęcia występu w cerkwi. Chciałabym, żeby było w Polsce więcej artystów, którzy, tak jak Pussy Riot, tłumaczą to, co robią i dlaczego to robią.

Przecież autorki królewskiej waginy wytłumaczyły, co robią i dlaczego!

Tak, tylko że ja nie odnoszę się do tego, co wydarzyło się w cerkwi, a do koncertu, na którym zespół pokazał całe zniewolenie i przemoc Putinowskiej Rosji, sojusz reżimu i Cerkwi prawosławnej – czyli wyjaśnił swoje pobudki. Ten przekaz był dla mnie jasny. I jednak porównywanie sześciu osób z Gdańska z osobami, które przeszły przez katorżnicze rosyjskie więzienia, jest w mojej ocenie nieuprawnione.

Pussy Riot: Jeśli zechcą, to dorwą cię wszędzie. Nie wyjeżdżam z Rosji

Przyznaję, że znając przekazy medialne na temat Pussy Riot, spodziewałam się, ten koncert może okazać się skandalem, a wyszłam z niego bardzo poruszona. To nie była pusta sensacja, a głęboka refleksja o społeczeństwie i jego wartościach.

Jest pani prezydentką czy prezydentem?

Panią prezydent.

Przeszkadza pani, kiedy określają panią jako prezydentkę?

Przyzwyczaiłam się. Nie zwracam na to szczególnie uwagi. Mam wrażenie, że debata wokół końcówek robi krzywdę ważnym tematom równościowym, bo się skupiamy na błahostkach zamiast na ważnych tematach – na przykład na równości płac.

Ale kwestia języka to kwestia władzy, więc – podobnie jak w przypadku płac – to pochodna dyskusji o równości.

Wolę władzę i równe płace niż język. Niestety pewne symbole i gesty mogą odwracać uwagę opinii publicznej od sedna tematu i czuję, że tak jest z żeńskimi końcówkami.

Ktoś mi podrzucił ostatnio określenie na panią: konserwatywna feministka.

Konserwatywna na pewno. Czy feministka… Szczerze powiem, że nie wiem, czy ja do końca rozumiem feminizm, czy mam to w sobie przerobione. Wielokrotnie mówiłam, że dla mnie nigdy – w całym moim życiu publicznym i zawodowym – kwestia płci nie była ani przeszkodą, ani zaletą. Ale może po prostu jest tak, jak mówią moje koleżanki feministki: „Dulkiewicz, miałaś szczęście”.

Chyba tak…

Kiedy rok temu przygotowywaliśmy w Gdańsku obchody stulecia praw wyborczych kobiet, bliżej poznałam różne środowiska feministyczne i myślę, że nie pogniewałabym się za takie określenie: konserwatywna feministka. Ale tak w ogóle to nie lubię etykietek.

Żeńskie końcówki to kwestia życia i śmierci

W czerwcu, kiedy w ECS trwały obchody rocznicy pierwszych częściowo wolnych wyborów, wszyscy powtarzali jak zaklęcie, że wtedy zaczęło się w Gdańsku, to i teraz się zacznie. Ale jeśli spojrzeć na mapy wyborcze w rozkładzie na gminy, to widać, że Gdańsk trzyma się co prawda jako bastion liberałów, ale nic się nie zaczęło. Nie rozlewa się po Polsce jak strajki w 1980 roku, tylko raczej podpełza pod Gdańsk. W większości gmin na Pomorzu wygrał PiS. Gdańsk to oblężona twierdza?

Bardzo bym nie chciała, by to poszło w tym kierunku. Jestem szefem obszaru metropolitalnego, który składa się z około 50 podmiotów; z dużych miast jest nasza trójka – Gdańsk, Gdynia i Sopot. Pozostałe to okoliczne pomorskie gminy. Wiem, że praca, która nas wszystkich czeka, dotyczy nie tylko Gdańska, ale metropolii i całego regionu pomorskiego: rozmawiamy o tym z marszałkiem Strukiem.

Gdańskie laboratorium opozycji

czytaj także

Gdańskie laboratorium opozycji

Jędrzej Włodarczyk

Może po prostu coś jest nie tak z tym przekazem?

Jaki przekaz ma pani na myśli?

Wolność, solidarność, demokracja, konstytucja.

Za słowami muszą iść konkretne gesty i konkretne działania, konkretne spotkanie człowieka z człowiekiem. Wielkimi hasłami nie zdobywa się świata. Znam Kaszuby i wydaje mi się, że z miejscowościami wokół Gdańska mamy trwały sojusz, wspieramy się w różnych działaniach. Nie mam ambicji zdobycia władzy politycznej nie wiadomo gdzie, ale mam ambicję, by nie tylko Gdańsk, ale cała Polska, każda gmina i każde miasteczko były miejscami przyjaznymi.

To może jednak powinna pani mieć ogólnopolskie ambicje polityczne?

Na razie nigdzie się nie wybieram.

Drodzy liberalni rodzice, wasza nostalgia już nigdy nie wygra z PiS

**
Aleksandra Dulkiewicz (1979) – prezydentka Gdańska, prawniczka. Dwukrotna radna Gdańska z list Platformy Obywatelskiej. W marcu 2017 roku ówczesny prezydent Gdańska Paweł Adamowicz powierzył jej stanowisko swojego zastępcy ds. polityki gospodarczej. Podczas wyborów samorządowych w 2018 roku była szefową sztabu wyborczego Adamowicza, startującego z poparcia powołanego przez siebie stowarzyszenia „Wszystko dla Gdańska”. Zawiesiła wówczas członkostwo w PO. W wyborach ponownie została wybrana do rady miasta i ponownie objęła stanowisko zastępcy prezydenta. Po zabójstwie prezydenta Adamowicza w styczniu 2019 roku przyjęła obowiązki pełniącej funkcję prezydenta Gdańska. W przedterminowych wyborach została wybrana prezydentką miasta.

Paulina Siegień – dziennikarka współpracująca z „Gazetą Wyborczą” i „New Eastern Europe”. Mieszka w Gdańsku, kocha Kaliningrad, wakacje woli spędzać na Podlasiu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.