Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Kraj

Wakacje nad polskim morzem: beton, deweloperka i rzygi

Plaża w Sopocie

Każdy ma prawo do dachu nad głową? Mieszkanie to nie towar? Może i tak, ale na pewno nie nad tak zwanym polskim morzem. Tutaj mieszkania to maszynki do zarabiania pieniędzy. Ale kiedy roztopi się lodowiec i zaleje te wszystkie hotele, aparthotele, condohotele i atrakcyjne apartamenty w centrum lub z widokiem, turyści odwrócą się na pięcie.

 

Znajoma znalazła na wynajem malutkie dwupokojowe mieszkanie w centrum Gdańska. Cena była w porządku, wszędzie, gdzie potrzebowała, miała blisko, ale był jeden warunek – tylko do lata. Jesienią wydawało się, że to jeszcze długo i martwić się będzie potem. Ale właścicielka odezwała się w kwietniu i poprosiła, by wyprowadzić się przed weekendem majowym. W porządku, znajoma zebrała rzeczy i… nie była w stanie do września znaleźć mieszkania. Oczywiście, mieszkania na rynku były, ale dużo droższe. A na wyprowadzkę na obrzeża lub pod Gdańsk nie mogła sobie pozwolić. Kilka miesięcy spała u mnie na kanapie.

„Cheap Eastern European girls”, czyli tajlandyzacja magicznego Krakowa

Na początku czerwca poszłam do salonu fryzjerskiego w jednym z centrów handlowych. Dziewczyna, która mnie obsługiwała, opowiadała, że przeprowadziła się do Trójmiasta z Warszawy. Firma, w której pracowała, otwierała salon w Gdańsku, potrzebni byli sprawdzeni ludzie. Od razu się zgłosiła. Bo morze, plaża, bryza. Minęło parę lat i teraz wraca do Warszawy, bo nie może znaleźć samodzielnego mieszkania, a ma już dość dzielenia i dyskusji o kolejności mycia łazienki. Wynajęcie kawalerki w Gdańsku przekracza jej możliwości finansowe i sprawdziła, że w Warszawie wyjdzie taniej.

Krótko po tym wiózł mnie kierowca Ubera – młody chłopak z Ciechanowa. Przyjechał do Gdańska, bo miało być morze, wakacje, dużo ludzi i dużo kursów. I niby jest, ale „wie pani, w Warszawie ojciec załatwi mi robotę, a mieszkania tam są tańsze niż tu”.

Dlaczego należy poprzeć strajk taksówkarzy, a Ubera odinstalować

W Gdańsku trwa boom na rynku nieruchomości. Nakręcany nie tylko przez dobrą koniunkturę gospodarczą, rozwijający się port i rosnące na granicy z Sopotem kurniki, szumnie zwane centrami biznesowym. Jeśli chodzi o wzrost cen mieszkań, to przed Gdańskiem jest tylko Warszawa, inne duże miasta Gdańsk zostawił w tyle. Czemu? Bo jest nad morzem.

Z roku na rok rośnie w Gdańsku ruch turystyczny. Gdańska Organizacja Turystyczna ogłasza wyniki swoich badań i zawsze pada rekord. W 2018 roku 17% więcej turystów niż w 2017. Brzmi, jakbyśmy wygrali los na loterii. A w przeglądzie statystyk z kilku lat widać niebezpieczny trend. Procent turystów, którzy podczas pobytu w Gdańsku korzystali z mieszkań i apartamentów na wynajem: 2016 – 4, 2017 – ok. 10, w 2018 – prawie 19.

„Tourists go home”! Hiszpania ma dość turystów

Regulacją rynku najmu krótkoterminowego zaczęły zajmować się turystyczne mekki Europy – Barcelona, Berlin, Wiedeń, Paryż, Madryt. Tam już wiedzą, że jest taki moment, kiedy turystyka przestaje być źródłem zysku, a zaczyna być jak rak, który pożera miasto. W Gdańsku o zagrożeniach mówi się nieśmiało. Władze cieszą się z rosnącej liczby turystów, powtarzając jak zaklęcie: „efekt Euro 2012”.

W 2017 roku w trójmiejskiej Wyborczej ukazał się pierwszy alarmujący tekst o problemie z apartamentami na wynajem. Na Głównym Mieście, nad Motławą powstało wtedy kilka luksusowych apartamentowców. Naiwni kupili w nich mieszkania, żeby zamieszkać tam z rodziną. Szybko zorientowali się, że żyją w czymś, co jest skrzyżowaniem hotelu, burdelu i klubu muzycznego. Głośne imprezy, śmieci na korytarzach, wizyty nieproszonych gości w środku nocy (bo pomylili piętra), zużyte prezerwatywy przed wejściem i patrol policji, która spisuje zeznania w sprawie gwałtu. Raczej nie jest to miejsce, w którym chcesz wychowywać dzieci.

Średnia cena transakcji na rynku nieruchomości w Gdańsku jest niższa od warszawskiej, ale to tylko pozory. Są dwa Gdański. To tak zwany Dolny i Górny Taras. Dolny to Śródmieście, Wrzeszcz, Oliwa, Przymorze. Dzielnice z lepszą infrastrukturą, z dobrą komunikacją – przejeżdża przez nie SKM. I tak się składa, że te dzielnice są atrakcyjniejsze turystycznie ze względu na historyczną zabudowę i bliskość morza. Tam ceny za metr kawalerek i mieszkań dwupokojowych (takie mieszkania cieszą się największym popytem) zazwyczaj przekraczają 10 tys. złotych. Nikogo nie dziwi już nawet 12–15 tys. za metr.

A przecież dobrze wiemy, że większość z nas zarabia mniej niż wynosi średnia krajowa. Ci, którzy w Gdańsku chcą żyć i pracować, mają problem, by znaleźć mieszkanie, na które ich stać. Najem krótkoterminowy wyśrubował ceny nieruchomości i ograniczył liczbę mieszkań na rynku wynajmu długoterminowego. Na tym pierwszym właściciele zarabiają kilkukrotnie więcej niż na stabilnych lokatorach. Mieszkańcy są wypychani na obrzeża, na przykład na tak zwany Gdańsk-Południe, czyli konglomerat chaotycznie budowanych osiedli deweloperskich, pozbawionych infrastruktury, z tragicznym dojazdem. Dla dużej części jedyną opcją jest wyprowadzka za obwodnicę.

Gdańskie Główne Miasto, czyli to, co turyści nazywają starówką, w ciągu kilku lat stało się Disneylandem, z którego uciekło życie miejskie. Usługi i ceny nastawione są tutaj na turystę. Mieszkańcy nie mają co tu robić. Instytucje i firmy też przenoszą się w inne lokalizacje, zwalniają miejsce branży hotelowej. W 2016 roku rozebrano budynki kina Neptun przy Długiej. Za tą samą fasadą powstał hotel jednej z globalnych sieci. Umowa z miastem była jednak taka, że kino miało wrócić. Deweloper się wywiązał, ale wejście do kina nie jest już od Długiej, która jest osią Głównego Miasta, a od podwórka. By widzowie trafili, na stronie internetowej umieszczono zdjęcie ze strzałką. Od wejścia do hotelu trzeba iść w prawo, za rogiem, koło śmietników schodki w dół. To tam, jakbyście szukali.

PiS spełnia marzenia deweloperów i kamieniczników

Jeśli należysz do tych, którzy chcą w Gdańsku kupić mieszkanie, musisz się spieszyć. Wszystko sprzedaje się na pniu, a jeśli jesteś luzerem, który nie ma walizki pieniędzy na kolejny apartament na wynajem i po prostu chcesz mieszkać w swoim własnym mieszkaniu, czeka cię bieg z przeszkodami. Na rynku pierwotnym mieszkania wyprzedają się jeszcze zanim deweloper uzyska zgodę na budowę. W praktyce ludzie kupują rysunki na kartkach. Jeśli szybko nie podejmą decyzji, nie będzie w czym wybierać. Na rynku mieszkań wtórnych działają wyspecjalizowane firmy, czasem rodzinne biznesy – kupują atrakcyjne lokale, remontują i wynajmują turystom. Trudno z nimi konkurować, jeśli musisz czekać na decyzję kredytową.

Gdańskie Główne Miasto, czyli to, co turyści nazywają starówką, w ciągu kilku lat stało się Disneylandem, z którego uciekło życie miejskie.

Co robią z tym władze w „mieście wolności i solidarności”?

– Miasto podchodzi do tego biznesowo – mówi Tomasz Janiszewski, radny dzielnicy Wrzeszcz Dolny i działacz Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej. – Władze Gdańska na razie jeszcze wierzą w liberalny mit, że każdy zysk to dobrze. Im więcej turystów, tym większy zysk. A jesteśmy w sytuacji, kiedy ceny mieszkań w Gdańsku są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zarobków. Za jakiś czas cena mieszkania w Gdańsku – czy własnego, czy wynajmowanego – stanie się czynnikiem, który zatrzyma migrację nowych mieszkańców.

Do tej pory Gdańsk mógł się pochwalić, że mieszkańców mu przybywa, podczas kiedy inne duże miasta tracą – dodaje Tomasz Janiszewski. – Ale w końcu ludzie, kalkulując swój dochód i koszty życia, będą wybierać na przykład Warszawę. Magistrat w żaden sposób nie reguluje rynku nieruchomości. W latach 90. Gdańsk pozbył się miejskich lokali – cóż, takie były czasy. Dlatego dzisiaj nie ma zbyt wielu instrumentów prowadzenia polityki komunalnej. A na koszty zrzucamy się my wszyscy, mieszkańcy. W atrakcyjnych dzielnicach nocują turyści, dla mieszkańców deweloperzy budują tańsze mieszkania w polu. Miasto musi tam zbudować drogę, szkołę, zorganizować transport. A od kolegów architektów słyszę, że deweloperzy na nowych osiedlach projektują bagażownie zamiast miejsc na przechowywanie wózków czy komórek lokatorskich.

Podatek katastralny nie spowoduje fali eksmisji 

W tym przypadku prawo jest po stronie tych, którzy mają pieniądze. Na razie sądy wydają różne, czasem sprzeczne wyroki w sprawie najmu krótkoterminowego, jego legalności i sposobu opodatkowania, ale zasadniczo stoją na straży swobody dysponowania własnością prywatną. Władze miasta najchętniej zepchnęłyby problem – na przykład na wspólnoty mieszkaniowe. Tyle że w Gdańsku jest wiele budynków, w których większość właścicieli lokali to inwestorzy. Prawdziwi mieszkańcy stanowią wtedy bezradną mniejszość.

Polski rząd dopiero zaczyna śnić sen o potędze, która już ziściła się w Gdańsku.

– Polska musi być potęgą uzdrowiskową i turystyczną. Nie wyobrażam sobie, aby państwo nie pomagało w odbudowie tego potencjału leczniczego – mówił w zeszłym tygodniu Mateusz Morawiecki, goszcząc w Szczawnie-Zdroju.

Czy da się zbudować w Warszawie 50 tysięcy mieszkań?

Premier, podobnie zresztą jak samorządy sanatoryjnych miejscowości, zdaje się nie dostrzegać, że turystyka i leczenie nie idą ze sobą w parze. Jeśli nie wierzy, może sprawdzić w Sopocie. Kilka lat temu mało brakowało, by Sopot utracił status uzdrowiska – wtedy chodziło o jakość powietrza. Ale tak naprawdę Sopot już dawno nie jest kurortem, a dyskoteką, która w barze ma używki wszystkie kolorów i smaków. Zresztą, może to też forma terapii.

Mieszkańcy Sopotu chyba już się z tym pogodzili. Zmianę wizerunku miasta wzięli na warsztat artyści – to niewątpliwy znak, że proces oswojenia nowej rzeczywistości jest zaawansowany. Absolwent gdańskiej ASP z kolegą programistą stworzyli retrogrę komputerową Monciaki Gniewu. Wkurzony nieustających hałasem emeryt Olaf idzie w nocy na Monciak robić porządki pięściami i laską.

Mieszkanie za seks

czytaj także

Mieszkanie za seks

Adéla Jurečková

Uzdrowiska nad pełnym morzem czeka podobny los, bo rosną w nich betonowe potwory wypełnione produktami inwestycyjnymi, czyli wszelakie condo i aparthotele. Zazwyczaj to po prostu bloki o rozmiarach przytłaczających otoczenie. Symbolem pożegnania z dziką przyrodą polskiego wybrzeża staje się rosnący we wszystkich kierunkach hotel Gołębiewski. Będzie w nim dwa albo nawet i trzy razy więcej miejsc noclegowych niż mieszkańców w Pobierowie, miejscowości w gminie Rewal, gdzie powstaje obiekt. A to tylko jeden z dziesiątków gargameli budowanych w tej chwili w nadmorskich gminach.

A co jeśli spełnią się najczarniejsze prognozy klimatyczne? Jeśli będą topić się lodowce i wzrośnie poziom mórz i oceanów? Co jeśli animowane mapy, pokazujące, jak woda podgryza po kawałku Międzyzdroje, Kołobrzeg, Koszalin, Gdańsk, Krynicę Morską i wszystko między nimi będą odtwarzały się w rzeczywistości? Wielkie betonowanie wybrzeża, które trwa dzisiaj od granicy z Niemcami po granicę z Rosją, tylko przyspieszy ten proces. I tak właśnie pęknie bańka na rynku nieruchomości. Przynajmniej na polskim wybrzeżu.

Przyłączyć Polskę do Wolnego Miasta

***

Paulina Siegień – dziennikarka współpracująca z Gazetą Wyborczą i New Eastern Europe. Mieszka w Gdańsku, kocha Kaliningrad, wakacje woli spędzać na Podlasiu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.