Kraj

Wolne krowy z Deszczna właśnie znalazły nowy dom

Potrzebne było wycofanie decyzji powiatowej lekarz weterynarii o zabiciu wszystkich zwierząt. Później należało stado przebadać i zakolczykować. Następnie naprawić błędny wyrok sądu, by móc formalnie zmienić właściciela, zarejestrować krowy i przetransportować je w nowe miejsce. Co z tej listy udało się zrobić? Wszystko. Pisze Marcin Gerwin.


Przypomnijmy: stado żyjące przez wiele lat bez opieki człowieka, przemierzając łąki i pola, rozrosło się do takich rozmiarów, że stało się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców. Krowy w większości nie były zarejestrowane, przez lata nie były też badane i z tego właśnie  powodu zapadła decyzja o „utylizacji” wszystkich zwierząt, czyli zabiciu ich i spaleniu ich ciał, gdyż, w ocenie inspekcji weterynaryjnej, mogły stanowić zagrożenie epidemiologiczne. Minister rolnictwa przeznaczył na ten cel 350 tysięcy złotych, chcąc zakończyć sprawę. I gdy już szykowano się do wywiezienia krów do rzeźni, ruszyła kampania – zapoczątkowana m.in. na łamach Krytyki Politycznej i OKO.press − aby to zatrzymać, krowy przebadać i znaleźć dla nich nowe miejsce do życia. Miejsce, gdzie krowy z tego stada nie będą rozmnażane ani też z którego nie trafią do konsumpcji.

Odzew był niezwykły. W ciągu kilku dni udało się znaleźć chętnych na przyjęcie ponad pół tysiąca krów, czyli więcej niż dwóch takich stad. Po rozważeniu różnych opcji, dziesiątkach telefonów, za najlepsze uznano gospodarstwo Rezerwat Czarnocin, w pobliżu Szczecina, gdzie mogłoby pojechać od razu całe stado. Inspekcja weterynaryjna oraz minister rolnictwa nadal jednak stali na stanowisku, że niezbędna jest utylizacja; powoływali się na przepisy unijne. Do tego jeszcze zagmatwana była sytuacja prawna, gdyż formalnie stado miało swojego właściciela, ten jednak miał zakaz hodowli bydła przez trzy lata, orzeczony przez sąd. W związku z tym, że jego sprawa dotyczyła znęcania się nad zwierzętami (poprzez zaniedbanie), sąd powinien był orzec przepadek zwierząt.

Nie zrobił tego jednak, choć zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt powinno to być automatyczne.

Koalicja w sprawie wolnych krów

Co było zatem do zrobienia? Potrzebne było wycofanie decyzji powiatowej lekarz weterynarii o zabiciu wszystkich zwierząt, co było tak na dobrą sprawę decyzją podejmowaną na najwyższych szczeblach politycznych w Warszawie.

Kolejna rzecz to przebadanie stada pod kątem trzech podstawowych chorób zakaźnych – gruźlicy, brucelozy oraz enzootycznej białaczki, aby móc wykazać, że te krowy nie stanowią zagrożenia dla innych zwierząt. Dalej, naprawienie błędnego wyroku sądu, aby móc formalnie zmienić właściciela zwierząt. Następnie zakolczykowanie ich, zarejestrowanie i przetransportowanie w nowe miejsce.

Co z tej listy udało się zrobić? Wszystko.

W sprawę wolnych krów zaangażowanych było wiele osób, zarówno z organizacji pozarządowych, jak i niezwiązanych z nimi. Karolina Kuszlewicz, społeczna rzeczniczka praw zwierząt przy Polskim Towarzystwie Etycznym, wraz z prof. Andrzejem Elżanowskim, również z PTE, prowadzili rozmowy z politykami w Warszawie − w efekcie minister rolnictwa ogłosił cofnięcie decyzji o zabiciu krów. W sprawę włączył się w pewnym momencie sam Jarosław Kaczyński, dając sygnał ministrowi rolnictwa, aby odpuścił.

Tu pojawia się pewien mało znany, acz istotny wątek. Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie wolnych krów po rozmowie z jednym z posłów PiS. Jego kontakt z prezesem nie był jednak przypadkowy. Z prośbą o interwencję u prezesa PiS zadzwoniła do niego Iza Kwiatkowska z Biura Ochrony Zwierząt. Po tej rozmowie ów poseł skontaktował się z Jarosławem Kaczyńskim, który z kolei sprawił, że minister rolnictwa zmienił zdanie w sprawie wolnych krów.

To było jeszcze w czerwcu ubiegłego roku. Media obiegła informacja, że negocjacje PTE z ministrem rolnictwa zakończyły się sukcesem i krowy nie zostaną zutylizowane. Podstawowa kwestia była jednak nadal otwarta − gdzie w takim razie trafią? Na łąkach w Zakolu Santockim, gdzie krowy przebywały tymczasowo, czuwał Obóz dla Krów. Minister rolnictwa ogłosił, że krowy zostaną wywiezione przez inspekcję weterynaryjną do bliżej nieokreślonego gospodarstwa, gdzieś w Polsce. Ten komunikat obudził nieufność.

I tu znów pojawia się Biuro Ochrony Zwierząt z Zielonej Góry. W związku z tym, że sąd orzekł wobec formalnego właściciela stada zakaz hodowli bydła przez trzy lata, wykonanie tego wyroku oznaczało przekazanie na ten okres zwierząt komuś innemu. Osobom współpracującym z BOZ udało się uzgodnić z właścicielem przekazanie stada pod ich opiekę. Oznaczało to w praktyce, że od tej chwili BOZ mogło podejmować decyzje dotyczące stada, gdyż weszło w jego posiadanie (ale nie własność, od strony prawnej jest to coś innego). Gdy zatem inspekcja weterynaryjna przygotowywała się do wywiezienia krów, wkroczyło BOZ, mówiąc, że stado jest w ich posiadaniu. Spowodowało to pewną konsternację, gdyż do tej pory stado było traktowane jako niczyje.

Tamtego wieczoru, gdy szykowano się do wywiezienia krów, kluczowe było, po czyjej stronie opowie się policja, która miała transport zabezpieczać między innymi przed osobami z Obozu dla Krów. I policja uznała, że BOZ ma prawo podejmowania decyzji odnośnie do losu stada. Przekreślało to wariant siłowy; teraz policja zabezpieczałaby krowy przed ich wywiezieniem. Transport został zatem wstrzymany.

Jak potoczyłby się los wolnych krów, gdyby zostały wówczas wywiezione? Można jedynie domniemywać, a możliwych scenariuszy jest wiele. Historia potoczyła się jednak tak, że krowy zostały na łąkach, na których żyły wcześniej. Jakiś czas później, dzięki staraniom Karoliny Kuszlewicz, wreszcie uregulowana została kwestia własności zwierząt. Po kolejnych tygodniach sąd w Gorzowie Wielkopolskim postanowił o przepadku zwierząt, naprawiając wcześniejszy błąd. W takiej sytuacji organizacje pozarządowe, które działają na rzecz zwierząt, mogą się zgłosić do wykonania przepadku i wskazać, dokąd zwierzę lub zwierzęta trafią. Zgłosiła się tylko jedna organizacja – Biuro Ochrony Zwierząt.

Zakładano wówczas, że krowy zostaną szybko poddane badaniom i trafią do Rezerwatu Czarnocin. Wtem gruchnęła informacja, że właściciel tego gospodarstwa się wycofał. Tuż przed badaniami krów, po których stado miało do niego jechać. W mediach można znaleźć informację, że na przyjęcie stada w tym miejscu nie zgadzał się powiatowy lekarz weterynarii. Co zatem dalej? Koszty utrzymania krów w miejscu, gdzie się znajdowały, były ogromne – 2160 zł dziennie. Tak wycenił to właściciel łąki. Kolejnego pomysłu, aby przewieźć krowy do Naczkowa w pobliżu Opola, nie udało się sfinalizować. A czas płynął.

Nowe łąki w Lipkach Wielkich

Całe stado zostało przebadane jeszcze w sierpniu i pierwsza seria badań pokazała, że z krowami jest wszystko w porządku. Choć niektóre zwierzęta wymagają opieki weterynaryjnej, to nie w związku z chorobami zakaźnymi, które są zwalczane z urzędu, co budziło największe obawy inspekcji weterynaryjnej. Krowy można więc było przetransportować w nowe miejsce. Tylko dokąd?

Wreszcie informacja o tym, że zbliża się zima, a wolne krowy nadal nie mają domu, trafiła do Mariusza Myszkowskiego z miejscowości Lipki Wielkie, nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego. Zaproponował, że wraz z żoną przyjmą do siebie całe stado i Iza Kwiatkowska z BOZ zgodziła się na to.

Nieco ponad tydzień temu zakończył się transport krów do Lipek Wielkich. Gospodarstwo, w którym się znalazły wolne krowy, zajmuje się produkcją siana i sianokiszonek. Formalnie właścicielką stada ma zostać Monika Pietrzak, żona Mariusza Myszkowskiego. Krowy będą pełniły tam rolę „żywych kosiarek”, wyjadając trawę na łąkach. Do dyspozycji będą miały latem teren wielkości 60 hektarów, czyli mniej więcej tyle, co 60 boisk do piłki nożnej.

− Nasze gospodarstwo specjalizuje się w produkcji tego, co krowom jest potrzebne do życia – mówi Monika Pietrzak. − Posiadamy odpowiedni park maszynowy i duże tereny, jak również doświadczenie w chowie bydła i koni. Latem będzie można wypuścić stado na pastwiska, których krajobraz przypomina łąki, gdzie żyły do tej pory. Są położone w pobliżu rzeki, mają walory przyrodnicze, są z dala od ludzi i innych zwierząt. Byki są obecnie oddzielone od krów. Całe stado może zostać połączone, ale pod warunkiem, że nie będzie się dalej rozmnażało. Fajnie by było, gdyby całe stado połączyć i obserwować role społeczne, które się u nich wykształciły, ale potrzebujemy znaleźć sposób, jak to zrobić, a opinie weterynarzy są podzielone.

Szczegóły umowy o przekazaniu stada są obecnie dopinane. Ma zostać podpisana w najbliższych dniach. Zgodnie z umową żadnej krowy z tego stada nie będzie można sprzedać ani przekazać do rzeźni. Krowy nie będą mogły być zacielane ani dojone i wszystkie mają mieć możliwość życia aż do kresu swoich dni.

− Myśmy znali to stado wcześniej, zanim stało się sławne – mówi Monika Pietrzak – Przejeżdżając przez Santok, widzieliśmy te krowy po drugiej stronie rzeki, czasem codziennie. Nie wiedzieliśmy jednak, że jest to stado „bezpańskie”. Chcemy zagwarantować im dobre warunki i utrzymanie. Gdy pojawił się apel, że zbliża się zima, a dla krów nadal nie ma domu, mąż zadzwonił po raz drugi, bo dzwonił już na samym początku, jednak wówczas stado miało trafić do Rezerwatu Czarnocin. Ponownie zadeklarował, że możemy stado przyjąć. Teraz krowy są blisko nas, mają stałe karmienie. Można zapewnić im opiekę weterynaryjną, a do zrobienia przy stadzie jest jeszcze wiele, między innymi odrobaczenie.

Dla stada wolnych krów rozpoczyna się teraz nowy rozdział życia. Będą nadal żyły na powietrzu, będą mogły chodzić swobodnie, a opieka człowieka oznacza, że będą miały pod dostatkiem żywności zimą oraz pomoc w kwestiach zdrowotnych. I oby na nowych pastwiskach w Lipkach Wielkich żyło się im dobrze.

**
Krowy sfotografowała Ela Radzikowska.
Zdjęcia wolnych krów zamieszczone w tym artykule zostały zrobione w nowym miejscu, w Lipkach Wielkich. Brązowy cielak miał wówczas jeden dzień.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.