Gospodarka

Nie będzie duńskiego dobrobytu bez duńskich podatków

Zważywszy na te niezbyt imponujące środki, które wkładamy w usługi publiczne, nie powinniśmy zgłaszać większych pretensji z powodu ich jakości. Z tych pieniędzy, które są, wycisnąć więcej byłoby niezwykle trudno.

„Polacy nie chcą płacić wyższych podatków, bo widzą, że mają państwo jak w Polsce, a nie jak w Danii” – stwierdził na Twitterze Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny pisma „Liberté!”, czym zdobył sobie uznanie sporej grupy użytkowników tej platformy (ponad 1,2 tys. polubień). Taki argument łatwo trafia do liberalnych serc, gdyż dzięki niemu można udawać zwolenników zachodniego modelu państwa dobrobytu, a jednocześnie sprzeciwiać się próbom wdrożenia czegoś podobnego w Polsce. W 2022 roku w kręgach intelektualnych nie wypada już bowiem być jawnym zwolennikiem państwa minimalnego, bo to się kojarzy z Konfederacją, korwinistami i z innymi środowiskami uchodzącymi za niezbyt cywilizowane.

W dobrym tonie jest więc przyznać, że sam model welfare state jest nawet w porządku, tylko że nad Wisłą nie wypali. I dlatego też nie ma sensu marnować pieniędzy na coś, co się z założenia udać nie może. I w ten magiczny sposób człowiek mający paleoliberalne poglądy nagle zaczyna uchodzić za nowoczesnego, zachowując przy tym swoje… paleoliberalne poglądy. Inaczej mówiąc, Jażdżewski zjadł ciastko i ciągle ma ciastko. Nic więc dziwnego, że jego tweet spotkał się z tak pozytywnym odbiorem. Zapewnił dobre samopoczucie niemałej grupie osób, która już miała dosyć oskarżeń o egoizm i brak poczucia solidarności. Ależ oni chcieliby być solidarni, tylko że w Polsce niestety się nie da.

Polskie patologie podatkowe

czytaj także

Polskie patologie podatkowe

Hubert Walczyński

Poproszę obiad za półdarmo

W rzeczywistości argument w stylu „płaciłbym podatki jak w Danii, ale najpierw chciałbym mieć tę Danię”  jest kuriozalny. Rzekomo świetnie wyedukowani ekonomicznie przedstawiciele centrolibu najpierw bowiem oczekują efektów, a dopiero później – być może – zdecydują się za nie zapłacić. Inaczej mówiąc, chcieliby zachodnich standardów, ale za polskie pieniądze. Trudno powiedzieć, w jaki sposób mielibyśmy je osiągnąć, skoro przepaść finansowa między polskim a zachodnim sektorem publicznym jest potężna.

Same wydatki publiczne w relacji do PKB tej przepaści nie odzwierciedlają. Wydatki rządowe w Polsce w 2019 roku wyniosły bowiem 42 proc. PKB, w Niemczech zaś 45 proc., a w Danii 49 proc. 3 lub 7 pkt proc. może się wydawać na pierwszy rzut oka niewielką różnicą. Tyle że w liczbach nominalnych to niebo a ziemia. Według Eurostatu wszystkie polskie wydatki sektora publicznego wyniosły bowiem w tamtym roku 223 mld euro. Dwukrotnie większe Niemcy wydały w tym czasie aż 1558 mld euro (1,59 bln) – a więc siedem razy więcej. Wydatki publiczne 6-milionowej Danii wyniosły zaś 154 mld euro, a więc były ledwie o niecałą jedną trzecią niższe od polskich, chociaż Dania jest 6,5 razy mniejsza.

Przeliczmy te wydatki na liczbę mieszkańców. Niemieckie wydatki publiczne to niecałe 19 tys. euro na osobę. W Danii sektor publiczny wydaje 26,5 tys. euro na głowę, natomiast w Polsce – niecałe 6 tys. euro. Krótko mówiąc, polskie państwo wydaje na mieszkańca trzy razy mniej niż niemieckie i ponad cztery razy mniej niż duńskie. W jaki sposób nasza domena publiczna miałaby mieć już teraz wykazywać duńskie lub niemieckie standardy za cenę 3–4-krotnie niższą? Co to za ekonomiczne czary-mary?

Dlaczego centrolib, tak lubujący się w różnych wolnorynkowych bon motach od Friedmana, Reagana i Thatcher, oczekuje od polskiej domeny publicznej obiadu za półdarmo? Skoro nasze państwo wydaje proporcjonalnie 3–4 razy mniej niż Dania i Niemcy, to i nasze usługi publiczne są odpowiednio gorsze. A jeśli chcemy lepszych, to najpierw wypadałoby za nie odpowiednio więcej zapłacić.

Piątka z czytania i liczenia

Tym bardziej że polski sektor publiczny, jak na te marne pieniądze, które na niego łożymy, wypada w miarę przyzwoicie. A w każdym razie lepiej, niż wynikałoby to z samych czynników finansowych. Przykładowo, według Banku Światowego pod względem wskaźnika public sector performance w 2018 roku znaleźliśmy się na 33. miejscu na świecie. Z państw, które dołączyły do UE w 2004 roku lub później, jedynie Estonia (21. miejsce) i Słowenia (31. miejsce) zostały ocenione wyżej. Niżej wypadła między innymi Hiszpania (38. miejsce), chociaż jej wydatki publiczne to aż 523 mld euro, a więc ponad dwa razy więcej niż nad Wisłą. Dopiero na 47. miejscu wypadły zaś Włochy z wydatkami rządowymi wynoszącymi aż 871 mld euro – przypominam, że w Polsce to 223 mld.

Czytasz, ale nie rozumiesz. Możliwe, że jesteś współczesnym analfabetą

W niektórych obszarach wyniki polskiej domeny publicznej są wręcz zaskakująco dobre. Najlepszym przykładem jest edukacja. Akurat na nią polskie wydatki są przyzwoite – łożymy na edukację 5 proc. PKB, czyli nawet nieco więcej niż wynosi średnia unijna (4,7 proc.). Jednak w liczbach nominalnych nasze wydatki bledną. Wynoszą niecałe 27 mld euro, czyli niewiele więcej niż w sześciokrotnie mniejszej Danii (niecałe 20 mld). Dla porównania, Niemcy wydają na edukację 149 mld euro, Hiszpanie 50 mld, a Włosi 70 mld.

Tymczasem w badaniach PISA polscy uczniowie i uczennice nie ustępują duńskim i niemieckim, a Włochów i Hiszpanów znacznie wyprzedzamy. W 2018 roku średni wynik z matematyki w Polsce wyniósł 516 punktów, w Danii 509, a w Niemczech 500. Z kolei Hiszpania i Włochy znalazły się daleko z tyłu, z wynikiem znacznie poniżej 500. Pod względem umiejętności czytania polscy uczniowie i uczennice znaleźli się również wyraźnie przed Niemcami i Duńczykami, za to Włosi znów znaleźli się daleko w tyle.

Bezpieczniej niż w Danii

Na bezpieczeństwo wewnętrzne i porządek publiczny wydajemy akurat dość sporo. Dokładnie 2,1 proc. PKB, czyli o jedną czwartą więcej niż wynosi średnia UE. Niemcy wydają 1,6 proc. PKB, a Duńczycy 1 proc., zaś Włosi i Hiszpanie po 1,8 proc. PKB. Według ekonomicznych liberałów utrzymywanie porządku publicznego jest głównym zadaniem państwa, więc do tych 2 proc. chyba nie powinni mieć zastrzeżeń. Tym bardziej że z tego zadania polskie państwo również wywiązuje się należycie.

Jesteśmy jednym z najbezpieczniejszych państw UE, co wcale nie jest typowe dla kraju postkomunistycznego. Przez lata przestępczość panoszyła się nad Wisłą bez większych przeszkód, ale udało się ją zdławić. W przeciwieństwie do krajów bałtyckich, w których wskaźnik zabójstw jest zdecydowanie najwyższy w UE – w Polsce jest trzeci od końca. Dokonuje się ich wielokrotnie mniej niż w państwach bałtyckich, a także prawie dwa razy mniej niż w Danii. Pod względem napadów rabunkowych Polska również jest relatywnie bezpieczna. Notuje się u nas 19 napadów na 100 tys. mieszkańców rocznie, czyli 7 razy mniej niż w Hiszpanii, 2,5 razy mniej niż w Niemczech i prawie 2 razy mniej niż w Danii.

PiS znów o krok bliżej Turcji. Policja będzie bogatsza, urzędnicy zbiednieją

Trudno powiedzieć, czego jeszcze centrolib oczekiwałby od polskiego sektora publicznego, żeby łaskawie zgodzić się na uszczknięcie choć trochę więcej ze swojego portfela. Może chciałby mieć do dyspozycji super sprawną administrację, która załatwiałaby sprawy od ręki i z uśmiechem na ustach, oczywiście zawsze zgodnie z interesem ich strony? Tylko że ta polska wcale nie jest najgorsza. Według raportu Komisji Europejskiej porównującego jakość administracji w państwach członkowskich polska administracja została oceniona mniej więcej w środku stawki – na równi z hiszpańską i lepiej niż włoska. W tym przypadku faktycznie duńska administracja została uznana najlepszą w UE. Tylko że my na administrowanie państwem wydajemy 4,2 proc. polskiego PKB, a Duńczycy – 6 proc. duńskiego PKB.

Więcej wycisnąć się nie da

Sztandarowym przykładem nieudolności polskiego systemu usług publicznych jest jakość ochrony zdrowia. W tym zakresie faktycznie wypadamy po prostu źle, czego dowiodła pandemia, w której zanotowaliśmy drugi najwyższy – po Bułgarii – wskaźnik nadmiarowych zgonów w Europie oraz jeden z najwyższych spadków średniej długości trwania życia wśród krajów rozwiniętych. A ta ostatnia już przed pandemią nie była imponująca. Tego jednak można się było spodziewać.

Już od lat przeróżne środowiska alarmowały, że poziom finansowania zdrowia publicznego w Polsce jest tak niski, że doprowadzi to do tragedii. W 2020 roku wydatki publiczne na zdrowie w Polsce wyniosły 1868 dolarów na głowę. W Hiszpanii to 2542 dolary, a we Włoszech 2914 dolarów. Duńczycy wydają w przeliczeniu na pacjenta 2,6 razy więcej (4903 dolary), a Niemcy ponad 3 razy więcej (5729 dolarów). A trzeba pamiętać, że w ubiegłym roku, w związku z pandemią, publiczne wydatki na zdrowie w Polsce i tak bardzo wyraźnie wzrosły – z 4,6 do 5,2 proc. PKB.

Samobójcza hipokryzja

Przez lata te różnice między nami a zamożnymi krajami UE były jeszcze większe, co prowadziło do nawarstwiających się problemów (takich jak brak personelu) oraz ich negatywnych konsekwencji. Mimo tak potężnych dysproporcji polska ochrona zdrowia i tak w niektórych obszarach wypada nie najgorzej. Przykładowo, pod względem śmiertelności niemowląt wśród krajów OECD plasujemy się między Wielką Brytanią a Kanadą.

Reasumując, zważywszy na te niezbyt imponujące środki, które wkładamy w usługi publiczne, nie powinniśmy zgłaszać większych pretensji z powodu ich jakości. Z tych pieniędzy, które są, wycisnąć więcej byłoby niezwykle trudno, a i efekty takich usprawnień nie byłyby spektakularne. To oczywiście nie oznacza, że nie należy dokonywać usprawnień czy przesunięć w obecnym systemie. W aktualnej sytuacji każda poprawa efektywności domeny publicznej byłaby nie do przecenienia. Obecne ramy finansowe nie pozwolą jednak wykonać skoku cywilizacyjnego, którego oczekuje chyba większość mieszkańców Polski.

Wielka klęska państwa minimalnego

czytaj także

Wielka klęska państwa minimalnego

Mariana Mazzucato, Giulio Quaggiotto

Tak więc jeśli ktoś przekonuje, że chętnie zapłaciłby wyższe podatki, lecz najpierw musiałby zobaczyć działanie systemu jak w Danii albo Niemczech, to w rzeczywistości zwyczajnie nie chce zapłacić wyższych podatków. A Dania i Niemcy występują w jego wypowiedzi jedynie jako alibi. No i w porządku, dla przeciwników wyższych podatków też powinno być miejsce w debacie publicznej. Tylko może niech już nie udają zatroskanych, lecz wprost przyznają, że solidarność społeczna jest według nich nieciekawą ideą.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij