Kraj

Czytasz, ale nie rozumiesz. Możliwe, że jesteś współczesnym analfabetą

Osoby dotknięte tym problemem potrafią czytać i pisać, mogą nawet mieć skończone studia, a i tak nie umieją powiedzieć, patrząc na rozkład jazdy, o której godzinie i z którego peronu odjeżdża pociąg – mówi nam Justyna Suchecka, dziennikarka i autorka tekstu o analfabetyzmie funkcjonalnym.

Paulina Januszewska: Czy można mieć tytuł magistra i być analfabetą?

Justyna Suchecka: Niestety tak. Wystarczy prześledzić posty w internecie, by przekonać się, że niektórzy nie rozumieją, co czytają i piszą. Ale pokazują to również badania, o których za chwilę. Może się wydawać, że człowiek, który skończył szkołę, nie powinien mieć problemu z tak prozaicznymi czynnościami jak np. zrozumienie treści ulotki medycznej…

…ale?

Okazuje się, że im więcej czasu mija od odebrania dyplomu, tym gorzej absolwent radzi sobie z przyswajaniem podstawowych treści. A skoro w Polsce magistrów wyprodukowaliśmy w ostatnich 20 latach bardzo wielu, to niestety i wśród nich analfabetyzm funkcjonalny – bo o nim mowa – się zdarza.

A czym właściwie jest analfabetyzm funkcjonalny, bo chyba nie tym „zwykłym” analfabetyzmem, który znamy z podręczników historii?

Zgadza się. PRL-owskie władze otrąbiły sukces w 1953 roku, ogłaszając, że uporały się z analfabetyzmem. I rzeczywiście, od tamtej pory odsetek osób całkowicie niepiśmiennych i nieumiejących czytać jest bliski zeru. Ale analfabetyzm funkcjonalny to coś zupełnie innego. Nie można mylić go też z analfabetyzmem wtórnym, czyli zanikiem posiadanych kiedyś umiejętności czytania i pisania, oraz cyfrowym – związanym z korzystaniem m.in. z komputera i internetu.

Analfabeta funkcjonalny potrafi złożyć litery w słowa, a słowa w zdania. Jest w stanie na podstawowym poziomie odkodować przekaz pisany, jednak ma problem z jego interpretacją i zrozumieniem.

Szkoły w tym kształcie nie ma sensu ratować

Dotyczy to tylko form pisanych czy czegoś jeszcze?

O analfabetyzmie mówimy nie tylko w przypadku kontaktu z książkami, artykułami prasowymi czy tekstami użytkowymi, jak wspomniane ulotki, instrukcje obsługi, formularze i pisma urzędowe, ale generalnie – z wszelkimi informacjami. Osoby dotknięte tym problemem nie potrafią odczytać rozkładu jazdy autobusu, infografiki, mapy pogodowej, schematu, wykresu. Nie wiedzą, jak szukać informacji ani jak zrobić z nich użytek.

To musi bardzo przeszkadzać w życiu.

Owszem. Analfabetyzm istotnie wpływa na tzw. prozaiczną codzienność. Możemy się po prostu gdzieś zgubić, nie trafić na odpowiedni peron i spóźnić się na pociąg. Ale też powoduje poważniejsze trudności w funkcjonowaniu społecznym, jak skuteczna komunikacja z innymi ludźmi. To wciąż nie wszystko.

A co jeszcze?

Dr Kinga Białek, wykładowczyni dydaktyki języka polskiego ze Szkoły Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego, która pojawia się w moim tekście, powiedziała mi coś bardzo zaskakującego. Otóż osoby będące analfabetami funkcjonalnymi nie potrafią nazywać emocji, które przeżywają.

Dlaczego?

Bo mają ograniczony zasób słownictwa i słabą znajomość abstrakcyjnych pojęć. A skoro nie potrafią czegoś nazwać, nie odróżniają frustracji od przygnębienia, to trudniej im sobie z tym poradzić. Mówimy więc o poważnym braku, który wprawdzie nie wynika bezpośrednio z nieposiadania kompetencji czytania ze zrozumieniem, ale się z nim wiąże.

Skąd w takim razie bierze się taki analfabetyzm? Z zaniedbań czy może braków, z którymi wychodzimy ze szkoły?

Powiedziałabym raczej, że mamy do czynienia z systemem naczyń połączonych. Z jednej strony rzeczywiście problemem może być szkoła, w której nie zawsze rozwija się takie umiejętności jak np. odróżnianie faktów od opinii, analizowanie danych, znajdowanie informacji w tekście i ich interpretacja. Niby są w programie, niby się ich uczymy, ale często okazuje się, że niewystarczająco skutecznie. Problem pogłębia się jednak po zakończeniu edukacji, bo całkowicie przestajemy czytać albo robimy to bardzo rzadko.

Ale zaraz, zaraz. Czytamy przecież mnóstwo tekstów w mediach społecznościowych, SMS-y, maile. Bez przerwy komunikujemy się ze sobą na piśmie.

To nie są jednak przekazy wymagające przeprowadzenia pogłębionej czy jakiejkolwiek analizy. Nie stanowią one żadnego wyzwania intelektualnego. Posługujemy się komunikatami na takim poziomie, jaki sami reprezentujemy, lub niższym. W połączeniu z bańkowością sieci i rozleniwieniem spowodowanym przez wyręczające nas w myśleniu aplikacje daje to fatalny efekt.

To znaczy?

Obcujemy tylko z takimi treściami, z którymi się zgadzamy i które potrafimy przyswoić. Nie podważamy ich, nie weryfikujemy, nie stawiamy sobie wyżej poprzeczek. To sprawia, że całkowicie zaczynamy tracić zdolność krytycznego myślenia, a także rozumienia wszystkiego, co nie jest zgodne z naszymi przekonaniami i przyzwyczajeniami.

Przyzwyczajeniami? Co dokładnie masz na myśli?

Posłużę się przykładem. Niedawna scena z dworca we Włocławku: trwa remont, w związku z czym nie działają tablice elektroniczne z rozkładem jazdy. Na peronach znajdują się jednak harmonogramy w wersji papierowej. I co się okazało? Bardzo wiele osób nie potrafi na ich podstawie odczytać, o której i gdzie powinny się stawić, żeby zdążyć na pociąg. Muszą pytać pracowników PKP albo innych podróżujących.

Może chciały się upewnić?

Prawdopodobnie część z nich tak, ale to też pokazuje, jak dużą niepewność odczuwamy, gdy to nie komputer, telefon czy inny elektroniczny gadżet mówi nam wprost, co mamy robić.

Czytanie jako praktyka społeczna [rozmowa o badaniach czytelnictwa]

Czyli lamenty nad tym, że za mało czytamy, nie są przesadzone?

O ile nie wynikają z klasizmu, to nie są. Musimy przyjąć do wiadomości, że kryzys czytelnictwa w Polsce istnieje i ma się dobrze. Pomimo nieznacznych pozytywnych zmian w trakcie pandemii, gdy zamknięci w domach sięgnęliśmy po lektury, odsetek czytających Polaków wciąż jest dużo niższy niż w innych krajach, np. w Skandynawii, gdzie czyta się bardzo dużo, a umiejętności, o których rozmawiamy, są na zdecydowanie wyższym poziomie.

Odpowiedzialność za to w pewnym stopniu ponosi szkoła, która nie rozwija zapału do czytania i umiejętności rozumienia tekstu, ale może większe znaczenie mają kwestie klasowe? W twoim tekście pada teza, że kapitał kulturowy wyniesiony z domu, a nawet liczba książek w domowej bibliotece w dużej mierze wpływają na to, jak często sięgamy po książki i ile z nich wynosimy.

Zacznę od innego wątku. Dzwonkiem alarmowym powinno być dla nas ostatnie Międzynarodowe Badanie Kompetencji Osób Dorosłych (PIAAC), które wskazało, że 15 proc. ludzi w wieku od 16 do 65 lat nie jest w stanie zrozumieć łatwego tekstu ani go zweryfikować. Badacze, z którymi rozmawiam o edukacji, przewidują jednak, że w następnym takim badaniu Polacy wypadną lepiej.

Skąd to przypuszczenie?

Ostatnie jak dotąd dane dla Polski pochodzą z 2013 roku. To badanie nie uwzględniało w dużym stopniu osób, które kończyły gimnazja. A właśnie ten etap edukacji – i potem licea – były bardziej niż system ośmioklasowy nastawione na rozwijanie umiejętności czytania ze zrozumieniem, testowanej głównie na egzaminach końcowych. Dlatego matura to już nie lanie wody w 7-stronicowych wypracowaniach, lecz zbiór zadań polegających na realnym zmierzeniu się z analizą i interpretacją tekstu.

A jaki to ma związek z kapitałem kulturowym, o który pytałam?

Pokazuje, że szkoła wykonuje jakąś pracę w stronę rozwijania tych kompetencji, a być może w czasie, gdy funkcjonowały gimnazja, robiła to nieco lepiej niż poprzednio. Z drugiej strony inne badanie, PISA – wykonywane wśród nastolatków i opublikowane w 2018 roku – podaje, że nadal co siódmy 15-latek nie ma wystarczających umiejętności czytelniczych, potrafi jedynie odkodować tekst. To tysiące uczniów i uczennic w każdym roczniku. Tutaj rzeczywiście wchodzi w grę kapitał kulturowy. Wiele dzieci już od pierwszych lat w szkole znajduje się na straconej pozycji.

Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że szanse edukacyjne najłatwiej wyrównuje się w przedszkolu, ale polskie prawo pozwala na to, by dziecko trafiło do systemu edukacji dopiero w wieku lat sześciu i rok później poszło do szkoły. Tymczasem każdy rok przedszkola ma kolosalne znaczenie dla tego, co wydarzy się później. Jeśli pochodzisz z rodziny o wysokim kapitale kulturowym i omijasz etap przedszkolny, niczego nie tracisz, bo prawdopodobnie rodzice czy nianie czytają z tobą w domu i masz dostęp do mnóstwa książek. Natomiast osoba pozbawiona takiej szansy rozpoczyna szkołę z ciężkim bagażem zaległości, które trudno potem nadrobić. Niestety nie ma zbyt wielu pomysłów, jak systemowo sobie z tym poradzić.

Nauczyciele nie próbują?

Są tacy, którzy podchodzą z uważnością do każdego dziecka i chcą niwelować nierówności, pracując w tych obszarach z dziećmi. Ale znacznie częściej można spotkać takich, którzy na starcie oceniają talenty uczniów po czymś, co jest zależne nie od ich zdolności, lecz przywileju. Ktoś, kto z rodzicami czytał książki i chodził przez trzy lata do przedszkola, będzie się wydawał bystrzejszy niż ten, który naukę zaczął w zerówce. Zmiana tych warunków to trudna praca, a w naszym systemie nie ma zachęt do jej podejmowania.

Krótki tekst o nieczytaniu

Jakie jeszcze ważne wnioski powinniśmy wyciągnąć z badań, które przywołujesz w swoim artykule, czyli PISA i PIAAC?

Po pierwsze – oba badania pokazują, że co najmniej kilkanaście procent społeczeństwa nie radzi sobie z codziennym funkcjonowaniem i że niekoniecznie musi to iść w parze z niskim poziomem wykształcenia. Po drugie – udowadniają, jak ważne jest ćwiczenie kompetencji czytania ze zrozumieniem. Politycy i komentatorzy publiczni przyzwyczaili nas do narzekania na to, że młodzież naucza się „pod testy”.

A tak nie jest?

Powinniśmy się raczej zastanowić, czy zawartość testów zasługuje na krytykę. Wiele osób w ogóle do nich nie zagląda. Tymczasem na egzaminach i w badaniu PISA rozwiązuje się zadania typowo użytkowe, które sprawdzają, czy uczeń potrafi np. zrozumieć treść ulotki medycznej, określić skalę ryzyka powikłań, połączyć informacje o skutkach ubocznych z faktycznym prawdopodobieństwem ich wystąpienia. Osoba, która to potrafi, nie będzie raczej stwarzać i powielać fake newsów o szkodliwości szczepionek itp.

O ile jednak w badaniu PISA wypadamy nieźle, o tyle w PIAAC – znacznie gorzej, co tylko potwierdza fakt, że nie mamy dobrych wyników w kształceniu dorosłych i że kompetencje wyniesione ze szkoły mogą zanikać. Ale czy to znaczy, że społeczeństwo, z którym nie potrafimy się porozumieć, które nie radzi sobie w codziennym życiu, mamy spisać na straty?

Ruch antyszczepionkowy jest dowodem na to, że tak właśnie się dzieje.

Otóż to. Nie mamy tym ludziom nic do zaoferowania. Albo się na nich obrażamy, albo obrażamy ich. Nikt nie prowadzi skierowanej do nich kampanii informacyjnej. Nikt z nimi nie rozmawia, a przecież to nie jest kwestia tego, czy się zaszczepią, ale obowiązku edukowania społeczeństwa obywatelskiego.

Jakie jeszcze konsekwencje ogólnospołeczne niesie ze sobą analfabetyzm funkcjonalny?

Myślę, że to coś, co znacząco pogłębia polaryzację. Umiejętności czytelnicze, ale też odróżnianie faktu od opinii, mają istotne znaczenie w debacie na każdy, zwłaszcza drażliwy politycznie temat. Jeśli nie jesteśmy w stanie zrozumieć przekazu czy intencji naszego rozmówcy, zaczynamy jeszcze bardziej zamykać się w bańkach i to jest bardzo niepokojące. Często nie bierzemy pod uwagę prawdopodobieństwa, że osoby, z którymi próbujemy dyskutować, np. na Facebooku, mogą po prostu nie rozumieć, co do nich piszemy. Nie chodzi o to, że są głupsze czy nieoduczone, tylko że nie są w stanie odczytać naszych intencji lub przypisują niewłaściwe.

Będzie nam coraz trudniej znaleźć wspólny język?

Obawiam się, że tak. Ten proces będzie się pogłębiać i będzie nam coraz trudniej w ogóle dyskutować. Musimy się też wspólnie zastanowić, czy to jest okej, żeby część ludzi w ogóle nie czytała.

To znaczy?

Czy to jest w porządku, że pozwalamy mówić ludziom: nie muszę czytać, skoro nie chcę. Niektórzy moi znajomi są dumni z tego, że nie mają w domu ani jednej książki, bo przecież jeśli chcą coś przeczytać, mogą to zrobić w internecie. Czy faktycznie czytają? Nie jestem tego taka pewna. Nie chodzi jednak o to, by książkę traktować jak gadżet, powód do dumy czy wstydu, ale źródło informacji, rozwoju, a także rozrywki, i zapewniać do niej jak najszerszy dostęp.

Jak bardzo analfabetyzm funkcjonalny oddziałuje na kształt polityki? Może być wykorzystany populistycznie?

Owszem. Według badań z 2017 roku 21 proc. Polaków uważa na przykład, że nie płaci podatków. Jeszcze więcej – że nie płaci VAT-u. Istnieje grupa ludzi, którzy nie wiedzą, jak funkcjonuje państwo, więc są dużo bardziej podatni na tanie, populistyczne i emocjonalne przekazy, zwłaszcza te dotyczące gospodarki.

Inne badania pokazują, że partiom politycznym w Polsce bardziej opłaca się pokazywać negatywny przekaz, krytykować inne ugrupowania niż mówić o tym, co im samym się udaje, co robią, jaki mają program. Jeszcze parę lat temu śmieszyło mnie powtarzanie przez PiS jak mantry, że przez osiem ostatnich lat Polki i Polacy cierpieli za rządów PO-PSL, ale minęło sześć lat i ta narracja nadal się sprawdza.

Postprawda: odporna na fakty

czytaj także

Czyli analfabetyzm funkcjonalny polega też na tym, że dajemy nabierać się na retoryczne chwyty?

Tak. Jeśli nie mamy skłonności do analizowania przekazu, sprawdzania, co się za nim tak naprawdę kryje, możemy łatwo paść ofiarami manipulacji. Przykłady dotyczące finansów publicznych są tu szczególnie warte przywołania, ale ja posłużę się związanymi z moją działką, czyli edukacją. Trwa obecnie dyskusja na temat tego, że minister Czarnek boi się wypowiedzieć zdanie: podniosę pensum nauczycieli. Zamiast tego mówi, że podniesie pensje. Zgoda, ale przy okazji też dojdzie do zwolnień, a pozostali będą zarabiać nieco więcej, ale i więcej będą pracować. Ktoś, kto nie odróżnia tych dwóch pojęć, nie rozumie tych konsekwencji. Trafi więc do niego uproszczony przekaz, którego nie analizuje dalej. I nie, nie dotyczy to wyłącznie wyborców partii rządzącej.

Minister Czarnek zmienia też listę lektur szkolnych, dodając jeszcze więcej bogoojczyźnianej literatury. To – twoim zdaniem – całkowicie zniechęci uczniów do czytania czy może sprawi, że zaczną chętniej sięgać po tytuły spoza kanonu?

Z lekturami szkolnymi w Polsce dostrzegam problemy znacznie większe i trwające dłużej niż kariera ministra Czarnka w resorcie edukacji. Ciekawe jest też to, że mimo niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce wszyscy mają coś do powiedzenia o lekturach i wiedzą, co powinno się znaleźć w kanonie.

Tymczasem zapominamy, że nie nauczymy się czytać ze zrozumieniem, jeżeli jednocześnie nie przekonamy się, że poza pełnieniem funkcji poznawczej czytanie może dawać przyjemność i nie musi być przykrym obowiązkiem. Niestety, minister Czarnek i jego poprzednicy robili i robią wszystko, by w szkole uczniowie tej przyjemności nie znaleźli.

W czasie lekcji dzieci się nudzą [rozmowa]

Więc będą szukać poza nią?

Mam taką nadzieję. Szkoła działa tak, że jeśli coś się w niej na nas wymusza, to czujemy pokusę, by robić odwrotnie. Moim zdaniem dość dobrze podsumowuje to reakcja Marcina Świetlickiego na usunięcie jego wierszy z listy lektur. Napisał: „Kocham Pana, Panie Czarnek”, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że ma szansę być bardziej lubianym autorem wtedy, gdy jego wiersze nie będą czytane pod przymusem.

**
Justyna Suchecka – dziennikarka portalu TVN24.pl, a wcześniej „Gazety Wyborczej”, specjalizująca się w edukacji, laureatka nagrody Grand Press 2020 w kategorii Dziennikarstwo specjalistyczne, autorka książki Young Power.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij