Kraj

Samobójcza hipokryzja

Choć w deklaracjach popieramy protesty medyków, to dla większości z nas kilkadziesiąt złotych w portfelu znaczy więcej niż zdrowie rodaków i naszych bliskich. Ta hipokryzja zbiera śmiertelne żniwo, bo ochrony zdrowia w Polsce nie da się naprawić bezkosztowo.

Według najnowszego sondażu przeprowadzonego dla „DGP” i RMF.fm ponad dwie trzecie Polek i Polaków popiera protest medyków. Niestety, zupełnie nie ma się z czego cieszyć, gdyż w połowie przypadków to rzekome poparcie jest jedynie czczą gadaniną. Na pytanie, czy respondenci byliby gotowi płacić wyższe podatki, by sfinansować podwyżki dla medyków, twierdząco odpowiada już nie dwie trzecie, a tylko jedna trzecia pytanych. Gdzie uciekła reszta popierających? Najwyraźniej jest przekonana, że ochronę zdrowia można dofinansować jakoś tak bezkosztowo, na przykład zwalniając mityczną połowę zbędnych urzędników albo oszczędzając na papierze do drukarek w urzędach.

Deklaratywnie popieramy protestujące pielęgniarki albo nauczycieli, ale gdy przychodzi co do czego, to rżniemy głupa i udajemy, że nie wiemy, skąd się biorą pieniądze na płace w budżetówce. Niezwykle popularne wśród Polaków hasła „nie ma darmowych obiadów” oraz „rząd nie ma własnych pieniędzy” schodzą na dalszy plan, gdy pojawia się problem dofinansowania kluczowych obszarów sektora publicznego. Ta hipokryzja Polaków w stosunku do publicznego systemu ochrony zdrowia, jak i całej domeny publicznej w ogóle, kosztuje nas co roku ogromną liczbę niepotrzebnych zgonów. Nawet kilkadziesiąt tysięcy.

Kraj niepotrzebnej śmierci

Utrzymując chory system podatkowo-składkowy w Polsce, w którym przeróżne grupy, zwykle najlepiej uposażone, mają zupełnie nieuzasadnione przywileje, godzimy się na powolną, nieustającą agonię publicznego systemu ochrony zdrowia. Nikt nam tej samobójczej polityki nie narzucił, żaden okupant nie każe nam utrzymywać finansowania publicznej ochrony zdrowia na poziomie ok. 5 proc. PKB, praktycznie niespotykanym w państwach cywilizowanych. Sami to sobie robimy, swoją hipokryzją i egoizmem, choć oficjalnie jest to rzekomo racjonalne podejście, bo nawet tymi lichymi pieniędzmi można podobno gospodarować lepiej i skuteczniej. Trudno powiedzieć, jak dokładnie to zrobić, bo wystarczy zerknąć na dane, żeby się przekonać, że w zakresie ochrony zdrowia notorycznie nalewamy z pustego.

Zakazać umierania

Jeśli ktoś szuka dowodów, niech spojrzy na sytuację z lekarzami. Każdy zainteresowany debatą publiczną oczywiście wie, że nad Wisłą jest ich koszmarnie mało. A to jest delikatnie powiedziane, gdyż mając 2,4 lekarza na tysiąc mieszkańców, utrzymujemy bardzo mocną ostatnią pozycję w UE. Przedostatnia Rumunia nam nie zagraża, bo na tysiąc osób ma 3,1 lekarza, więc dogonienie jej zajmie nam lata, o ile w ogóle zaczniemy to robić.

Gdzie się podziali wykształceni w Polsce lekarze? Po prostu wyjechali. W państwach należących do OECD, nie licząc Polski, pracuje aż 18,5 tysiąca lekarzy pochodzących z naszego kraju, z czego ponad 11 tysięcy wykształciło się na polskich uczelniach. Nie każdy jednak wie, że pod względem konsultacji lekarskich przypadających na jednego pacjenta wypadamy już całkiem nieźle. Rocznie udzielanych jest w Polsce 7,6 konsultacji lekarskich na osobę, przy średniej unijnej 6,7. Mając absolutnie najmniejszą liczbę lekarzy w UE, udziela się u nas bardzo przyzwoitą liczbę konsultacji lekarskich. Jak to możliwe?

Jak uniknąć apokalipsy, czyli wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o polskim zdrowiu, choć powinniście

Po prostu polski lekarz jest zupełnie bezkonkurencyjny pod względem ogarniania pacjentów. „Ogarnianie” to dobre określenie, bo o leczeniu w takim tempie trudno nawet mówić. Przeciętny lekarz w Polsce udziela 3,2 tysiąca konsultacji rocznie, co jest najwyższym wynikiem w UE. Średnia unijna to 1,9 tysiąca. Czyli polski lekarz ogarnia dwie trzecie więcej wizyt niż jego przeciętny europejski kolega. Jak miałoby wyglądać usprawnienie tego systemu według racjonalnych zwolenników bezkosztowego naprawiania ochrony zdrowia? Lekarz miałby udzielać 4 tysiące konsultacji rocznie?

Można też zakazać lekarzom umierania, bo robią to zdecydowanie za często. Na przykład pod koniec sierpnia zmarł 39-letni anestezjolog z Wałbrzycha, który pracował po 100 godzin tygodniowo. Czyli wyrabiał 2,5 etatu. Bez wątpienia swoim czynem wpędził szpital w nie lada kłopoty, mógł przecież poczekać z tym zgonem, albo chociaż uszanować okres wypowiedzenia. Tak się nie robi.

Z udarem najlepiej do Danii

Niedawno przekonaliśmy się też, jak wyglądają racjonalne i bezkosztowe usprawnienia w kontekście pielęgniarek. Deficyt pielęgniarek w Polsce również jest dobrze znany. Mamy ich 5,1 na tysiąc mieszkańców, przy średniej unijnej 8,2. Oczywiście, polskie pielęgniarki także istnieją, za granicą pracuje ich 70 tysięcy, a 23 tysiące z nich uzyskało wykształcenie w Polsce. Wyjechały, żeby móc zarabiać przyzwoite pieniądze na jednym etacie, a nie na dwóch. Kilka dni temu rzecznik Ministerstwa Zdrowia przekonywał, że polska pielęgniarka spokojnie może wyciągnąć 6,5 tysiąca zł brutto, co okazało się nawet prawdą, tylko że przy 300 godzinach pracy w miesiącu. To ponad półtora etatu. Za granicą zarobią więcej, i to zakładając różnice w sile nabywczej, a pracować będą na jednym etacie, jak przystało na XXI wiek.

Jakie są efekty braku pielęgniarek? Niedawno NIK opublikowała raport z kontroli skuteczności leczenia udarów w województwie podlaskim. Pacjenci po udarach wymagają intensywnej opieki, więc w styczniu 2019 roku wprowadzono zasadę, że na oddziałach udarowych powinno przypadać przynajmniej 0,6 pielęgniarki na jednego pacjenta. Początkowo zarządcy szpitali postanowili odpowiednio powiększyć kadry szpitalnych pielęgniarek, niestety chętnych do pracy nie znaleźli. Zamiast tego wprowadzili więc rozwiązanie bezkosztowe i bardzo ekonomiczne, jakim było… zmniejszenie liczby łóżek na oddziałach udarowych. Marszałek Grodzki oraz eksperci FOR bez wątpienia by to pochwalili, niestety ten sprytny ruch nie spowodował zmniejszenia liczby pacjentów, w związku z czym połowa mieszkańców województwa po udarach leży na innych oddziałach, które nie są przystosowane do ich leczenia.

Zapewne dzięki tej właśnie akrobatyce, którą trzeba uskuteczniać w polskich placówkach medycznych, szpitalna śmiertelność z powodu udarów w Polsce jest czwarta pod względem wysokości w UE. Według OECD w ciągu 30 dni od przyjęcia do szpitala umiera w Polsce 13 proc. pacjentów udarowych, podczas gdy unijna średnia wynosi 9,5 proc. Jak to wygląda w centrum cywilizacji śmierci? W bezbożnej Holandii w ciągu 30 dni od przyjęcia do szpitala umiera tylko 5,3 proc. pacjentów udarowych, a w Danii 4,2 proc. Trafiający do szpitala pacjent po udarze w Danii ma trzy razy większą szansę na przeżycie niż w Polsce. Dlaczego? To właśnie wyjaśniła Najwyższa Izba Kontroli.

Miód i cytryna

Można by też próbować zaoszczędzić na lekach. Lekarze bez opamiętania wydają recepty na leki częściowo refundowane, które potem zalegają ludziom w szufladach – przecież to czyste marnotrawstwo. Problem w tym, że już teraz poziom refundowania leków w Polsce jest koszmarnie niski. W 2018 roku zaledwie jedna trzecia wydatków na leki była finansowana ze środków publicznych. Prawie dwie trzecie wydatków na leki pochodzi z kieszeni Polek i Polaków – tylko w Bułgarii i na Cyprze społeczeństwo musi wydawać więcej prywatnych pieniędzy. W całej UE 56 proc. wydatków na leki jest refundowane z publicznej kasy, a w Niemczech aż 82 proc. Na lekach już niczego nie zaoszczędzimy, no chyba że chcemy zmusić najmniej zarabiających, żeby nie wykupywali recept i leczyli się miodem i cytryną. Co w sumie byłoby całkiem ekonomiczne, eksperci FOR by poparli.

Na operację zaćmy czeka się w Polsce 250 dni. W Holandii i Danii pięć razy krócej. To i tak jest potężny postęp, bo w 2014 roku polscy pacjenci czekali na tego typu operację aż 400 dni. Na operację kolana czekamy w Polsce niecałe 200 dni, tymczasem w Holandii i Danii cztery razy krócej. To właśnie efekt utrzymywania stanu permanentnego niedofinansowania polskiej ochrony zdrowia. Jej się już nie da naprawić bezkosztowo, ona jest napięta do granic możliwości. Hipokryci, którzy jednocześnie rzekomo wspierają postulaty medyków i oburzają się na próby podniesienia składki zdrowotnej, godzą się na to, że co roku umierają nad Wisłą tysiące osób, które mogłyby żyć, gdyby tylko miały szczęście mieszkać gdzieś na zachód od Polski.

Białe Miasteczko 2.0: nie chcemy, żeby ochrona zdrowia skonała

Co roku w Polsce na uleczalne choroby umiera 135 osób poniżej 75. roku życia w przeliczeniu na 100 tysięcy mieszkańców. Mówimy więc o 48 tysiącach niepotrzebnych zgonów rocznie. Jak widać, idee mają konsekwencje, ta hipokryzja zbiera śmiertelne żniwo. Choć usta mamy pełne frazesów, to dla większości z nas kilkadziesiąt lub kilkaset złotych w portfelu więcej jest ważniejsze niż bezpieczeństwo zdrowotne rodaków, albo nawet bliskich. I tak właśnie wygląda w praktyce cywilizacja śmierci, o którą zwykle oskarża się w Polsce tych, dla których życie jest zdecydowanie bardziej cenne niż dla nas.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij