Gospodarka, Kraj

Poglądy ekonomiczne Tuska, czyli noc żywych liberalnych trupów

Jeśli ktoś myślał, że w 2021 roku objawi nam się Tusk 2.0 – progresywny europejski socjoliberał z przekonującą wizją nowoczesnej reformy państwa – to musiał się srogo zawieść. Ostatnia nadzieja liberalnej opozycji w Polsce nie sięga do danych lub najnowszych publikacji ekonomicznych, które obalają stare dogmaty, lecz posługuje się kalkami żywcem wyjętymi z pierwszej dekady XXI wieku. Komentarz Piotra Wójcika.

Donald Tusk jest niezłym mówcą, sprawnym politykiem, świetnie odnajduje się na salonach, gdzie generalnie jest lubiany, dzięki czemu ma rozległe kontakty międzynarodowe, tzn. wiele ważnych osób go zna, a co najmniej się z nim widziało. Poza tym ma przyjazny habitus, po ważnym spotkaniu politycznym potrafi pójść na miasto na wino, a rano jeszcze wyskoczy pobiegać.

Tusk zapewne byłby całkiem fajnym kumplem, czy też raczej sympatycznym dalszym znajomym, do którego chętnie dosiądziemy się w knajpie, żeby się przez chwilę pospierać, potem zapytać, co tam słychać, by wreszcie oddalić się w swoją stronę bez większego żalu, ale generalnie z uśmiechem na ustach. Tylko że nie w tym kontekście powinno się oceniać polityka. Osobę aspirującą do władzy powinno się rozliczać z potencjału do skutecznego osiągania celów publicznych i sprostania wyzwaniom trzeciej dekady XXI wieku. I tutaj już nie wygląda to dobrze.

Problemem Tuska są natomiast… jego poglądy. Jeśli ktoś myślał, że w 2021 roku objawi nam się Tusk 2.0 – progresywny europejski socjoliberał z przekonującą wizją nowoczesnej reformy państwa – to musiał się srogo zawieść. Diagnoza obecnej rzeczywistości ekonomiczno-społecznej, jaką przedstawił Donald Tusk, wygląda jak żywcem wyjęta z czasów przedkryzysowych. Przy czym mówię tu o kryzysie z 2008 roku, a nie tym pandemicznym.

Bandycka wolność liberalizmu

czytaj także

Dług jako polityczny straszak

Tusk swoją diagnozę sprowadził do hasła „3D”: dług, drożyzna, daniny. Gdyby kilka tygodni temu zapytano mnie, który polski polityk wymyśli przytoczone wyżej hasło, odpowiedziałbym z dużym przekonaniem, że będzie to Sławomir Mentzen – główny ekonomista Konfederacji. A tu taka niespodzianka – z ducha Korwinowską diagnozę rzeczywistości Polski AD 2021 przedstawił nam szef europejskiej chadecji.

Debunkowaniem drożyzny zająłem się w innym miejscu, więc w tym przyjrzyjmy się kolejnemu z Tuskowych „D”. Według Tuska jednym z największych problemów współczesnej Polski jest dług publiczny.

„Kto zapłaci za to 3D? Nie PiS, tylko młodzi ludzie. Dług publiczny będą spłacać nasze dzieci i wnuki” – stwierdził były premier podczas swojego wystąpienia inaugurującego powrót do polskiej polityki. I strzelił podwójną kulą w płot.

Tusk straszy drożyzną, lajki zbierają ceny w warzywniaku. Przedstawiamy absurdy paniki inflacyjnej

Dług publiczny bez wątpienia nie należy do kluczowych problemów polskiego państwa. Wręcz przeciwnie, pod tym względem wypadamy całkiem nieźle. Po drugie, sprowadzanie długu publicznego do obciążenia dla przyszłych pokoleń jest podejściem archaicznym i zupełnie nieprzystającym do rzeczywistości.

Faktem jest, że ubiegły rok upłynął pod znakiem ekspansji długu publicznego. Na koniec 2019 roku dług sektora finansów publicznych (czyli państwa, samorządów i systemu ubezpieczeń społecznych) wyniósł niecałe 46 proc. PKB. Cztery kwartały później wynosił już niecałe 58 proc. PKB. W ciągu roku nasz dług publiczny w relacji do PKB wzrósł więc o 12 punktów proc., czyli o jedną czwartą.

Z powodu pandemii, recesji spowodowanej zamrożeniem gospodarki oraz konieczności uruchomienia programów pomocowych dług publiczny rósł jednak w całej UE. Chociaż faktycznie nieco wolniej, to w większości państw na znacznie wyższych poziomach. Dług publiczny w całej UE wzrósł z 84 do 98 proc. PKB. A więc o 14 proc., czyli mniej więcej jedną szóstą.

Polskie luzowanie fiskalne było więc nieco większe niż w pozostałych krajach UE, jednak dzięki temu uniknęliśmy skoku długu prywatnego. Dzięki zalaniu firm oraz gospodarstw domowych gotówką nie musiały się one zadłużać w celu przetrwania kryzysu. W 2020 roku dług prywatny w Polsce wzrósł minimalnie, bo o 1,6 punktu proc., do 38,3 proc. PKB.

Tymczasem w państwach, w których pandemia nie doprowadziła do dużego wzrostu zadłużenia sektora publicznego, zanotowano gwałtowny skok długu prywatnego. Przykładowo w Belgii dług publiczny wzrósł zaledwie o punkt procentowy (do 114 proc. PKB), prywatny skoczył aż o 15 punktów proc. (do 121 proc. PKB). W Szwecji dług publiczny wzrósł jedynie o 1,5 punktu proc., jednak dług prywatny o 5,5 punktu proc. Przykłady można mnożyć – niemal identycznie było też np. na Węgrzech i w Portugalii.

Tak więc ekspansywna polityka fiskalna prowadzona przez Polskę doprowadziła do wyraźnego zwiększenia długu publicznego, równocześnie jednak ochroniła nas przed wzrostem długu prywatnego. A to dług prywatny jest groźniejszy i bardziej kryzysogenny.

Są też dobre wiadomości

Czy obecny poziom długu publicznego w Polsce jest zbyt wysoki? Można by dyskutować – jest wszak prawie dwukrotnie niższy niż analogiczny dług w całej UE. Zresztą jeszcze nie tak dawno notowaliśmy bardzo zbliżone zadłużenie publiczne. Było to w 2013 roku, w czasach rządów Tuska. Wynosiło 57 proc. PKB, czyli było ledwie o punkt procentowy niższe niż obecnie. To akurat nie jest zarzut do ekipy Tuska. Wychodziliśmy wtedy z kryzysu, tak jak zresztą obecnie wychodzimy z jeszcze gorszego.

Dlaczego w takim razie według Donalda Tuska dług publiczny w 2021 roku jest śmiertelnym zagrożeniem, skoro w czasie jego rządów był niemal taki sam?

Ktoś może argumentować, że rząd PiS ukrywa dług po różnych agendach rządowych (jak Polski Fundusz Rozwoju czy BGK). Zwrócił na to uwagę szef NIK podczas niedawnej konferencji. To prawda, tylko że wyżej opisywany dług publiczny jest określany metodologią unijną, wspólną dla wszystkich państw UE. Według metodologii krajowej, faktycznie wypychającej część długu poza budżet, zadłużenie publiczne w Polsce wynosi jeszcze mniej, bo 48 proc. PKB.

Są też dobre wiadomości w kontekście długu publicznego.

W 2020 roku pomimo zwiększenia poziomu zadłużenia spadł koszt obsługi długu. A to dzięki rekordowo niskiemu oprocentowaniu obligacji emitowanych w zeszłym roku. Koszt długu publicznego, liczony jako wartość odsetek w relacji do wartości długu, spadł w zeszłym roku z 3 do 2,5 proc. Koszt obsługi długu spadł właściwie w każdym kraju UE, ale poza Irlandią, Chorwacją i Maltą w żadnym państwie nie zanotowano spadku o 0,5 punktu proc. lub więcej.

Jak to wyglądało na przestrzeni lat? Jeszcze w 2009 roku koszt obsługi długu publicznego wynosił 5,3 proc. W 2012 roku spadł do 4,7 proc., a w następnych latach do ok. 3,5 proc. Inaczej mówiąc, wiarygodność fiskalna Polski w zeszłym roku wyraźnie się poprawiła. Jak widać, rynki finansowe nie patrzą na polski dług publiczny z tak dużym niepokojem jak były premier i przewodniczący Rady Europejskiej.

Zadłużony, ale na swoim

Poprawiła się też struktura długu, na co zwrócił niedawno uwagę Ignacy Morawski w jednej ze swoich codziennych analiz.

Co to znaczy? Otóż w ostatnich latach wyraźnie zmniejszyliśmy udział długu nominowanego w walutach obcych, który jest niezwykle ryzykowny, gdyż silnie uzależnia nas od kursu walut – płynnych i niestabilnych. Jeszcze w 2014 roku dług w walutach zagranicznych odpowiadał za 30 proc. całego zadłużenia sektora finansów publicznych nad Wisłą. W 2017 roku udział ten spadł do 24 proc., a w zeszłym roku wyniósł już tylko jedną piątą.

W całym regionie Europy Środkowej dług nominowany w walutach zagranicznych odpowiada za jedną czwartą zadłużenia sektora finansów publicznych, a więc struktura długu publicznego w Polsce jest bezpieczniejsza niż w pozostałych państwach regionu.

Problemy młodych to tykająca bomba polityczna

Mamy też bardzo dobrą strukturę naszych pożyczkodawców. Dwie trzecie polskiego długu publicznego spoczywa w rękach podmiotów krajowych – 60 proc. należy do krajowych instytucji finansowych (np. banków), a dodatkowe 5 proc. do gospodarstw domowych i przedsiębiorstw niefinansowych. Tylko w sześciu państwach UE krajowi rezydenci posiadają większą część długu publicznego (w Szwecji nawet 80 proc.). Dzięki temu jesteśmy zdecydowanie mniej zależni od kaprysów międzynarodowych rynków kapitałowych niż takie kraje bałtyckie, w których dług publiczny w 70 proc. spoczywa w rękach nierezydentów.

W dyskusji o długu publicznym bardzo rzadko zwraca się uwagę na kwestię gwarancji rządowych, udzielanych na przykład przedsiębiorstwom zadłużającym się w bankach komercyjnych. Te gwarancje oczywiście nie wchodzą w skład długu publicznego, gdyż niekoniecznie muszą zostać uruchomione. Wiele państw w ten sposób pośrednio zasila w kapitał podmioty krajowe, bez ponoszenia bezpośrednich wydatków. Te gwarancje niejako wiszą nad długiem publicznym, gdyż w każdym momencie może być konieczność ich uruchomienia w razie niewypłacalności któregoś z gwarantobiorców.

W wielu państwach gwarancje rządowe odgrywają bardzo dużą rolę w polityce ekonomicznej – w Finlandii suma udzielonych gwarancji rządowych odpowiada 23 proc. PKB. W Austrii sięgają one 15 proc. PKB. Ponad 10 proc. PKB wynoszą również w Danii, Niemczech, Hiszpanii, Francji, Włoszech i Luksemburgu. A w Polsce? W zeszłym roku wzrosły dwukrotnie – z 1 do 2 proc. PKB. Pod względem udzielonych gwarancji rządowych polskie finanse publiczne są jednymi z najbezpieczniejszych w UE.

Sok z liberalnego komentatora A.D. 1999. Na przykładzie Rafała Grupińskiego

Noc żywych liberalnych trupów

Pozostaje jeszcze kwestia tego, czy nasze dzieci i wnuki będą musiały spłacać zaciągnięty w czasie pandemii dług publiczny, jak przekonuje Tusk. Z takim twierdzeniem nie zgadzają się autorzy najnowszego pejpera Polskiego Instytutu Ekonomicznego Filip Leśniewicz, Jakub Sawulski i Wojciech Paczos. Autorzy dowodzą, że pandemiczny dług publiczny wynoszący 10 proc. PKB można „spłacić” samym wzrostem gospodarczym. Po dwóch dekadach ze wzrostem 4 proc. rocznie, w czasie których 2-procentowe odsetki w całości spłacane byłyby nowym długiem, relatywna wartość takiego zadłużenia spadłaby do 6,8 proc. PKB.

Tak więc pomimo zaciągania kolejnego długu na spłatę pandemicznych zobowiązań jego relatywna wartość maleje, gdyż wzrost gospodarczy pokrywa z nawiązką odsetki od obligacji. „Wbrew popularnemu twierdzeniu przyszłe pokolenia niekoniecznie będą obciążone długami zaciąganymi dzisiaj. Państwo może w nieskończoność «rolować» dług zaciągnięty w przeszłości, aż spadnie on niemal do zera. Kto więc go spłaca? Wzrost gospodarczy” – konkludują autorzy.

Pisząc to wszystko, muszę dodać na koniec, że to bardzo przykre, że nowa-stara nadzieja liberalnej opozycji, Donald Tusk, nie sięga do danych lub najnowszych publikacji ekonomicznych, które obalają stare dogmaty, lecz posługuje się kalkami żywcem wyjętymi z pierwszej dekady XXI wieku.

Współczesna Polska pełna jest nierozwiązanych problemów, które można z powodzeniem wytykać rządowi. Dopiero co zanotowaliśmy ponad 100 tys. nadmiarowych zgonów w trakcie pandemii, za co „poleciałby” niejeden rząd w Europie Zachodniej, tymczasem w Polsce jakoś rozeszło się to po kościach. No ale Tusk uparł się, żeby na pierwszym swoim przemówieniu po powrocie do polskiej polityki punktować rządzących za dług publiczny i rzekomą drożyznę.

Zamiast powiewu świeżości mamy prawdziwe liberalne Żywe trupy. A czy ta ekonomiczna zombie narracja przyniesie Tuskowi i PO dobre polityczne efekty? No cóż, niestety jest to całkiem możliwe. Przecież polska debata ekonomiczna od dawna nie opiera się na racjonalnych argumentach.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij