Felieton

Nie tylko Tarantino męczy kobiety

kinga dunin recenzja zniewolona

„Zniewolona”, ukraińska wersja „Niewolnicy Isaury”, to hit wakacji, który dzięki ogromnej oglądalności podniósł z kolan telewizję Kurskiego. Czy powinniśmy się oburzać tą letnią fascynacją milionów Polek i Polaków?

Jaś Kapela postanowił wyjaśnić nam, a właściwie wykrzyczeć, „dlaczego nie pójdzie na nowego Tarantino”. Bo reżyser ten jest po prostu przemocowcem, który lubi w swoich filmach pomęczyć kobiety, nawet jeśli potem daje im prawo do zemsty.

Dlaczego nie pójdę na nowego Tarantino

Jeśli chodzi o ten akurat film, to raczej strzał kulą w płot. DiCaprio i Brad Pitt są w nim dwoma starzejącymi się kapciami, tymi złymi tylko na planie filmowym, kobiety są kobietami z końca lat 60., a westernowa kultura odchodzi, żegnana, owszem, z pewną nostalgią. Natomiast nowe, które nadchodzi, jest dziewczynką i ma dopiero osiem lat. Jasno mówi o tym, co chce osiągnąć, nie szczebiocze i nie życzy sobie, żeby mówić do niej „gołąbeczko”.

To nie znaczy, że przemoc, jej nagromadzenie i intensywność w innych filmach Tarantino jest bezproblemowa. Na tym chyba właśnie jego kino polega, że w końcu pytamy: do czego to wszystko służy, gdzie są granice rozrywkowego używania brutalizmu, gdzie kończy się zabawa, jaka jest relacja między artyzmem a przemocą? Zresztą w Pewnego razu… w Hollywood pada wprost zdanie, że przemysł filmowy żyje z przemocy i nie jest to całkiem niewinne.

Kiedyś to było… Oglądamy nowego Tarantino

Oczywiście, jak ktoś nie lubi, nie musi oglądać, ale czy naprawdę warto z tego robić program? Jaś pewno nie oglądał też tasiemcowego serialu Zniewolona, ale obejrzało go parę milionów Polaków. Może z tym powinniśmy mieć problem? W każdym razie, chociaż nie jestem chyba elitarystką, wolałabym, żeby poszli na Tarantino.

„Męczenie kobiet” – nawet w słusznej sprawie – mnie także wydaje się podejrzane, szczególnie kiedy czuję, że bardziej chodzi o poepatowanie przemocą niż o słuszność. Historia w rodzaju de Sade’a Justyny, czyli niedoli cnoty ma tysiące odsłon, ale dzisiaj zwykle politycznie poprawnych: popatrzcie, co ten patriarchat robi kobietom! Przecież lubicie na to patrzeć. (Jeszcze bardziej poprawne rozwiązanie znajdziemy w 50 twarzach Greya. Wyzwolona kobieta pozwala na to, bo sama tego chce. Nie jest ofiarą, tylko stroną kontraktu – w którym jest ofiarą, a wszystko w ramach dość tradycyjnej struktury romansu. I miliony kobiet oraz mężczyzn czytają to i oglądają. Kobietę męczoną, bo to lubi, można oglądać bez poczucia winy).

Jaś na nowego Tarantino nie pójdzie, ale stare najwyraźniej oglądał. Czy może jednak wyszedł z kina w trakcie projekcji, bo szkoda mu było Umy Thurman? Chyba nie, skoro pamięta aż tyle szczegółów. Coś w tym wszystkim jest – w naszym upodobaniu do przemocy w ogóle i najczęściej mocno zseksualizowanej czy wręcz seksualnej przemocy wobec kobiet. Wywołuje ona jakiś rodzaj ekscytacji, może i podniecenia, chociaż niekoniecznie mamy się odwagę do tego przyznać. Ten motor można uruchomić w lepszej lub gorszej sprawie albo się go wyrzec – czego domaga się Jaś, może słusznie, ale naiwnie. Transgresja związana z przemocą, okrucieństwem, agresją i seksem, zwykle naznaczona genderowo – różne są tu role kobiet i mężczyzn – jest dla wielu widzów zbyt atrakcyjna, żeby z niej zrezygnować. W pewnym momencie staje się to pornografią, jednak granica jest płynna.

Seks, kłamstwa i Messenger – czego boją się ludzie młodsi ode mnie?

Zróżnicowane są też nasze indywidualne granice odporności. Mnie wysmakowana formalnie i bogata w odniesienia kulturowe ostentacja Tarantino mniej razi niż rozmaite odcienie hipokryzji. Poza tym nie mogę oglądać scen okrucieństwa wobec zwierząt, prawdziwej przemocy – nigdy nie nie kliknęłabym na wideo z egzekucji dokonywanych przez ISIS. Nigdy też nie pojechałam do muzeum w Auschwitz. Natomiast gdy mamy do czynienia z fikcją, bajką, mogę zaakceptować dużo więcej, podobnie w grach komputerowych, jednak nie wszystko, nie zawsze, nie w każdym zakresie.

Mnie wysmakowana formalnie i bogata w odniesienia kulturowe ostentacja Tarantino mniej razi niż rozmaite odcienie hipokryzji.

Nie chce jednak zajmować się tu własną psychoanalizą, skoro kultura oferuje mi bezpieczne miejsce socjologa, który patrzy z dystansu, a jak coś ogląda, to tylko z obowiązku, żeby się czegoś dowiedzieć o kulturze. Tak więc z dystansem zapoznałam się z serialem Zniewolona. (No dobrze, pierwszy sezon obejrzałam dość pobieżnie, a w drugim jednak się wciągnęłam, chociaż nie tak, aby oglądać to minuta po minucie. Guilty pleasure).

Wszystkie ciekawostki o tym ukraińskim serialu znajdziecie w internecie, bo był to hit wakacji, który dzięki ogromnej oglądalności podniósł z kolan telewizję Kurskiego. Na życzenie publiczności był nadawany codziennie, a teraz TVP chce być współproducentem trzeciego sezonu. Jeśli ktoś przeżył tegoroczne lato i nie wie, o co chodzi, to można tylko pogratulować – i może niech tak zostanie.

Najkrócej – jest to słowiańska wersja Niewolnicy Isaury. Twórcy Zniewolonej podobno chcieli zrobić remake tego hiciora, ale nie udało się ustalić, kto jest właścicielem praw, więc Svetlana Tsivinskaya, autorka scenariusza, napisały własną Isaurę. Młodszym przypomnę, że był to brazylijski serial pokazywany w Polsce w roku 1985, cieszący się masową popularnością, podobno dlatego, że utożsamialiśmy się z niewolnicą, a Jaruzelskiego z prześladującym ją złym panem.

Połowa XIX wieku, carska Rosja, Ukraina, gubernia czernihowska, okolice Nieżyna (możecie sobie znaleźć na mapie), majątek Czerwińskich, szlachty najbogatszej w okolicy oraz ich pańszczyźniana chłopka. Katerina jest dobra, pobożna, delikatna, drobna, wychowana po pańsku, zna języki, śpiewa, tańczy, gra na fortepianie. Zły Czerwiński, syn właściciela majątku, prześladuje ją swoją obsesyjną miłością, a ona kocha szlachetnego młodzieńca, także posiadacza – w pierwszym sezonie, w drugim milionera kupca, który kiedyś był chłopem pańszczyźnianym, ale sam się wykupił, w trzecim sezonie, o ile będzie – jeszcze nie wiadomo.

W kwestii elit i ludu

Katerinę spotyka wszystko złe, co może się wydarzyć – jest poniżana, upokarzana, chłostana, więziona, torturowana, pochowana żywcem, przetrzymywana w burdelu itd., zawsze jednak udaje się jej ocalić cnotę, urodę oraz niezwykłą słodycz. Dodajmy do tego gwałcone i batożone dziewki, a na deser źle traktowane przez mężów szlachcianki, ofiary patriarchatu. Można powiedzieć, że w konkurencji „męczenie kobiet” ten serial to prawdziwy lider. Ale jednocześnie przecież to tylko kostiumowa telenowela w ładnych dekoracjach – panie w krynolinach, pałace, cerkwie, powozy. Nawet pańszczyźniana bieda jest bardzo estetyczna. Poza tym chłopi w pięknie haftowanych koszulach tańczą, śpiewają dumki. A niektórzy są bardzo przystojni. Zgodnie z konwencją będzie też dobra, opiekująca się wszystkimi kucharka, por. Chata wuja Toma, Przeminęło z wiatrem

Klekot: Jakub Szela podoba się miastowym

Nie ma co streszczać fabuły, ponieważ jest ona przewidywalna – bohaterka popada w rozmaite nieszczęścia, a następnie jest ratowana, na koniec zaś oczekujemy ślubu oraz „żyli długo i szczęśliwie”. Co niby następuje, ale … No tak, jest miejsce na trzeci sezon.

Jak bardzo powinniśmy się czuć zniesmaczeni i oburzeni tą letnią fascynacją milionów Polek i Polaków? Tym kiczowatym slave porno, mimo wszystko soft i często oglądanym z przymrużeniem oka?

Ostatecznie jest to przecież tylko kolejna wersja wciąż czytanej dzieciom bajki o Kopciuszku, zresztą tak wygląda pierwszy filmowy obraz każdego odcinka – nóżka wkładana w złoty pantofelek. Można powiedzieć, że to bardzo niefeministyczna bajka o awansie społecznym z nizin dzięki korzystnemu małżeństwu, na które może liczyć dziewczę realizujące aktualny ideał piękności i grzeczności. Ale tak naprawdę jest to bajka o naszym dobrym potencjale, który zostanie odkryty i nagrodzony. To, że chcemy jej wciąż słuchać, oglądać, jest chyba psychologicznie zrozumiałe, bo każdy wierzy w to, że jest fajny i w końcu zostanie doceniony. Otrzepie się z popiołu i zostanie księżniczką.

Ten topos ma jednak swoje rozmaite modyfikacje, w zależności od czasu i miejsca. Zacznijmy od przeniesienia niewolniczej historii w warunki zależności pańszczyźnianej. Ukraińców irytuje, że jest to film rosyjskojęzyczny, Polacy mogą się zastanowić, jakiej narodowości są Czerwińscy, a kim są chłopi. Jeśli jakaś, choćby niewielka część widzów przy okazji pogrzebała w internecie, żeby przypomnieć sobie, na czym polegała pańszczyzna, kiedy się skończyła – to już jest jakiś zysk.

Pańszczyzna. Niedokończona sprawa

czytaj także

Można też z satysfakcją obejrzeć bardzo złą panią z siekierą w plecach, spaloną przez chłopów we własnym pałacu. Oraz inną, nieudaną próbę buntu, który upada, bo panu udaje się przekonać lud, że wszystko jest winą złego zarządcy. To też pouczające. Pojawi się również tajna organizacja podburzająca chłopów – wyraźnie nawiązująca do socjalistycznej Ziemli i Woli, która jednak jeszcze w tym czasie nie istniała. Chociaż ostatecznie chłopów może naprawdę wyzwolić dobry pan – trudno ukryć, że w końcu zrobił to car Aleksander II. Ale mamy też w filmie kilka mocniej zarysowanych postaci chłopów i dotyczące ich watki fabularne. Jednak jest to wszystko skąpane w feudalnej atmosferze podziwu i i szacunku dla panów i folwarcznej mentalności.

W życiu nie słyszałem złego słowa o ludziach ze wsi!

Podobnie jest z kwestią kobiecą. Z jednej strony Zniewolona jest konserwatywna – pozytywne bohaterki modlą się, chronią cnotę, dają się poniewierać przez mężów, których władzę uznają, przestrzegają konwenansów, a schronić mogą się co najwyżej w klasztorze. Zwykle jednak są lepsze od mężczyzn. I obok pańszczyzny prawa kobiet są drugim tematem wprost podnoszonym. W końcu wiadomo już, że nie tylko klasa, ale i gender się liczy. Jest nawet jedna feministka, istne dziwo, ale piękna, wykształcona i marząca o karierze bizneswoman. I nawet jeśli w pewnym momencie okazuje się wredną suką, to szybko się zreflektuje i przeprosi.

No i jeszcze skopcy, sekta rzezańców, która w serialu ze swoimi białymi giezłami i zwyczajem zarzynania kogutów wygląda dość groteskowo, ale naprawdę istniała i wierzyła w to, że zbawienia można dostąpić przez kastrację, bo seksualność jest siedliskiem szatana. W Katerinie też znajdą diabła. Taka religijność to fanatyzm niezasługujący na uznanie, a przywódca religijny serialowych skopców to oszust.

Patriarchat hard i soft

Nie chcę przez to powiedzieć, że to wspaniały serial o wyjątkowych zaletach edukacyjnych, tylko że ta masowa i konserwatywna kultura jednak powoli czołga się do przodu. Czy katusze bohaterki służą w tym wypadku krytyce stosunków feudalnych i patriarchatu? Tak. Czy są wabikiem i częścią antykobiecej kultury? Tak. Czy całą tę historię wymyślił perwersyjny samiec, lubujący się w przemocy wobec kobiet? Nie. Trudno powiedzieć nawet, że wymyśliła ją scenarzystka, ta opowieść wisi w powietrzu. To część naszej kultury i nie ma co przymykać na to oczu, szczególnie że to jedna z wielu podobnych historii. A taki Kill Bill sprzed kilkunastu lat, wracając na koniec do Tarantino, jest świadomą grą z tą kulturą i nawet jeśli odwołuje się do naszych niskich gustów, to przy okazji każe poddać je refleksji.

Nie chcę powiedzieć, że to wspaniały serial o wyjątkowych zaletach edukacyjnych, tylko że ta masowa i konserwatywna kultura jednak powoli czołga się do przodu.

Nie chce mi się natomiast polemizować z argumentem, że nie należy oglądać dzieł, których twórca ma coś za uszami. Bo tak rozumiem argument Jasia – nie zobaczę nowego Tarantino, bo kilkanaście lat temu na planie źle potraktował Umę Thurman! (Przy okazji, aktorka grająca Katerinę podczas kręcenia filmu została zasypana ziemią, co było mocno stresujące, i o mało nie spadła z konia – a reżyserowali to panowie). Sprawiedliwość wymagałaby prześledzenia życia wszystkich twórców dawnych i dzisiejszych, a to, jeśli chcielibyśmy naśladować Jasia, mogłoby nas pozbawić ogromnej części biblioteki, filmoteki i pinakoteki. Jeśli ktoś przekroczył granice prawa, to niech działa prawo, jeśli granice etyczne, jest opinia publiczna, chociaż wolałabym, żeby potrafiła zachować miarę w potępieniach. A Tarantino jednak nie jest Weinsteinem.

Odważna Rose McGowan

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.