Świat

W okupowanym budynku: meksykańskie aktywistki przeciwko mordowaniu kobiet

Przez 24 godziny przebywałam w budynku Narodowej Komisji Praw Człowieka w Meksyku, zajętym przez feministki domagające się sprawiedliwości dla ocalałych ofiar gwałtu i dla zamordowanych kobiet.


Byłam jedyną dziennikarką znajdującą się na miejscu, kiedy 4 września grupa aktywistek przypuściła szturm na Narodową Komisję Praw Człowieka w mieście Meksyk, przychodząc ze wsparciem dla dwóch matek, które dzień wcześniej odmówiły opuszczenia pomieszczeń komisji. Od dawna domagały się sprawiedliwości dla swoich dzieci – córka jednej została zgwałcona, drugiej zamordowana – ale poczuły się ignorowane przez rząd, który wciąż nie kiwnął palcem, by ukrócić zbrodnie kobietobójstwa.

Ponad tydzień później feministki nadal okupowały budynek.

Na stole przy wejściu do komisji przygotowały doskonałą wystawę dla mediów. Obok przedmiotów propagujących ruch feministyczny, w tym szmacianych „upodmiotowionych lalek” z twarzami schowanymi za fioletowymi i zielonymi bandanami, wystawiły darowany im papier toaletowy. Lalki symbolizują osoby walczące o prawa kobiet, które muszą chronić swoją tożsamość przed policją. Wykonała je ręcznie Erika, matka siedmioletniej zgwałconej dziewczynki.

Domosławski: Różowe krzyże w dolinie łez

czytaj także

Za stołem aktywistki namalowały cztery portrety bohaterów narodowych, nadając im kobiece atrybuty, dodając rogi lub przedstawiając ich do góry nogami.

Obrazy te stały się jednym z najpotężniejszych symboli ich protestu, a ta ingerencja w wizerunki bohaterów wywołała spodziewane oburzenie – m.in. prezydenta Andresa Manuela Lopeza Obradora, który zarzucił działaczkom nieznajomość historii Meksyku i wynikającą z niej „konserwatywność”.

Najciekawsze rzeczy działy się jednak wewnątrz, z dala od medialnego szumu. To tam spędziłam prawie dobę. „Tylko nie zadawaj zbyt wielu pytań” – powiedziały mi działaczki. Noszenie maseczki z powodu pandemii ułatwiało wtopienie się w grupę zakrytych czarnymi maseczkami aktywistek.

Wewnątrz budynku wymalowano na ścianach napisy: „Kobiety walczą z patriarchatem” i „Kobietobójstwo to zbrodnia państwowa”.

Domosławski: Różowe krzyże w dolinie łez [część druga]

Ręcznie wykonana tabliczka na jednej ze ścian sygnalizuje, że dane biuro zostało oddane do wyłącznego użytku feministycznemu kolektywowi pod nazwą Czarny Blok, który jest anarchistyczną sekcją działaczek. Na innych drzwiach widnieje duży znak „Goście”. Jako że rząd nie podjął działań, okupujące budynek komisji feministki wzięły sprawy w swoje ręce, przeznaczając tę jego część na usługi dla kobiet potrzebujących pomocy.

Podczas mojego 24-godzinnego pobytu zgłosiły się tam trzy takie kobiety. Pierwszą z nich wielokrotnie zgwałcono. Druga była młodą matką, która zostawiła swoje dziecko w domu, uciekając przed brutalnym mężem. Trzecia to kobieta, która bała się, że agresywny sąsiad może zabić ją i jej córkę.

Tej trójce zaoferowano schronienie, jedzenie i poradę prawną. Aktywistki zaproponowały również młodej matce, że pójdą wraz z nią do domu po dziecko.

W kuchni na piętrze Maribel mówi, że od lat nakłuwa ziemię bagnetem, szukając ciała zaginionego syna.

Maribel weszła do budynku jako jedna z pierwszych – razem z inną matką, Yesenią, której pokój znajduje się obok kuchni. Yesenia od lat jest w centrum uwagi mediów, protest rozpoczęła po zamordowaniu jej córki.

Nosi przy sobie małą puszkę po herbatnikach, w której trzyma pieniądze zarobione na sprzedaży bandan i butelek na wodę opatrzonych hasłami przyświecającymi protestującym, a także cytatami z jej własnego przemówienia, dzięki któremu stała się znana w całym Meksyku: „Ten, kto chce się złamać, niech się złamie, a ten, kto chce rozpalić ogień, niech rozpala ogień. Ale ten, kto nie chce, niech nie wchodzi nam w drogę”.

Za pokojem Yesenii znajduje się największe biuro, niegdyś będące biurem Rzecznika Praw Obywatelskich, a obecnie pomieszczeniem dla osób poszukujących członków swoich rodzin.

„Należymy do różnych ruchów. To jest ich przestrzeń, my tam nie wchodzimy” – mówi mi jedna z działaczek. Część matek, które pierwszego dnia rozpoczęły okupację, opuściła budynek, gdy otrzymały to, po co przyszły. Teraz budynek okupują feministyczne aktywistki, w tym Czarny Blok. Codziennie nocuje tam około 20–30 kobiet.

Kiedy zapada noc, w głośnikach rozbrzmiewają protest songi, a kobieta o imieniu Flor de Fuego (czyli Ognisty Kwiat) wykonuje pokaz sztuk z ogniem.

Rok w zawiasach za gwałt na 14-latce, bo „nie krzyczała”. My nie przestaniemy o tym krzyczeć

Yesenia odbiera nocny telefon od kogoś, kto mówi jej, że sekretarz stanu chce się z nią natychmiast spotkać. „Jutro. Teraz jest już późno. I byleby nie za wcześnie, bo chcę się wyspać”, odpowiada, bardziej do tłumu niż do swojego rozmówcy.

W małym biurze przy zapalonym świetle dwie inne kobiety i ja staramy się zasnąć, przed snem rozmawiając o feminizmie i o tym, czy przedstawicielki ruchu powinny sprzedawać obrazy. Następnego ranka dyskusja toczy się dalej, podczas gdy jedna z nich zmywa naczynia. Yesenia już jest na nogach, podobnie jak kobiety przy drzwiach, które na zmianę trzymają wartę przy wejściu.

Kiedy to piszę, okupowanych jest już kilka placówek Komisji Praw Człowieka w Meksyku. Policja brutalnie rozprawiła się z okupującymi, aresztując kobiety, w tym jedną ciężarną. Po zwolnieniu z aresztu wróciły one jednak pod budynki komisji, aby podłożyć tam ogień.

Tysiące kobiet i żadnego mężczyzny. Dzień Kobiet u zapatystek

Zanim opuściłam budynek, zapytałam Yesenię: „Czy zauważyłaś, że wszczynasz rewolucję?”. Odpowiedziała: „Nie, ja ją doprowadzam do końca”.

Szacuje się, że codziennie w Meksyku mordowanych jest 11 kobiet, często w wyniku napaści seksualnych. Sprawcy rzadko zostają aresztowani. Tylko 10 proc. wszystkich spraw karnych kończy się wyrokiem więzienia, a w przypadku gwałtów do więzienia trafia jedynie 2 proc. napastników. Od kilku lat działaczki feministyczne coraz bardziej stanowczo domagają się sprawiedliwości.

 

**
Pamela Cerdeira jest meksykańską dziennikarką. Jej wpisy można śledzić na Twitterze: @PamCerdeira

Artykuł opublikowany w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać