Świat

Domosławski: Różowe krzyże w dolinie łez [część druga]

Dlaczego kobiety giną w całym Meksyku?

Gdzie są „zniknięte”?

Skala zbrodni odkrytej przy Arroyo Navajo sprawiła, że trudno było zamieść ją pod dywan, ale i tak się udało. Jakieś śledztwo i jakiś proces musiały się jednak odbyć.

W trakcie dochodzenia wyszło na jaw, że porywaniem młodych kobiet trudnił się potężny miejscowy gang Los Aztecas. Gdy słyszymy taką nazwę, wyobrażamy sobie wytatuowanych zbirów o prymitywnej fizjonomii, agresywnych, uzbrojonych. Tacy też tam są. To żołnierze gangu, cyngle, dilerzy, zwiadowcy zwani sokołami, halcones – młodzi mężczyźni z biednych dzielnic. Ale Azteką może być także elegancki mężczyzna, który siedzi obok w restauracji, ceniony lekarz, do którego ustawiają się kolejki, pan mecenas cieszący się dobrą sławą. Tak mówi mój Głębokie Gardło – nic więcej nie mogę o tym kimś napisać, nawet jeśli ta książka nigdy nie ukaże się po hiszpańsku ani angielsku.

Niektórzy w mieście mówią, że Los Aztecas mogą mieć nawet pięć tysięcy członków i współpracowników po obu stronach granicy, ale to informacja nie do zweryfikowania. Wiadomo, że są potężni, że żyją z haraczy, prostytucji i że kartele narkotykowe wynajmują ich jako zbrojne ramię do walki z konkurentami lub do ochrony transportu narkotyków.

W procederze porywania młodych kobiet z Aztekami współpracowali właściciele sklepów, barów i salonów piękności w centrum miasta. Oferowali pracę dziewczynom w wieku od siedemnastu do dwudziestu dwóch lat. Zatrudniali je według „parametrów” urody. W zamian za współpracę z porywaczami byli zwolnieni z płacenia haraczu. Świadek koronny zeznał w sądzie, że zanim uprowadzono konkretną dziewczynę, gang robił rozpoznanie na temat jej rodziny. Chodziło o upewnienie się, że jest biedna, bez koneksji i nikt prócz najbliższych się o nią nie upomni. Potem dziewczyny znikały – czasem dopiero po zwolnieniu z pracy, żeby zatrzeć ślady prowadzące do pracodawcy.

W procesie, który władze nazwały szumnie „procesem stulecia”, skazano kilka płotek. Kto próbuje dosięgnąć uwikłanych z wyższego poziomu przestępczej struktury – ginie. Taki los spotkał śledczego Jesúsa Alemána – to przypuszczenie bliskie pewności. Jesús Alemán, kompetentny, ostrożny i zaangażowany od dawna, tropił sprawców kobietobójstw i zniknięć. Prawdopodobnie trafił na poszlaki prowadzące ku lokalnej elicie władzy i biznesu. Został zastrzelony 2 października 2015 roku.

Głębokie Gardło twierdzi, że dziewczyny obdarzone ponadprzeciętną urodą, których fotografie władze miasta wydały w katalogu „znikniętych” – oglądałem wersję, gdzie było ich osiemdziesiąt cztery – są dostarczane jako seksualne maskotki potężnym ludziom w mieście, wysyłane do stolicy stanu, miasta Chihuahua lub do Stanów Zjednoczonych.

– W nocnych barach w mieście ich nie zobaczysz.

„Poszukuje się do pracy młodych kobiet…”

Nie miałem szans uzyskać potwierdzenia, czy porywane dziewczyny rzeczywiście stają się nałożnicami lokalnych bogaczy i kacyków. Bo i jak? Mogłem za to sprawdzić, czy dziewczyny odpowiadające profilowi uprowadzanych – młode, szczupłe i niewysokie, ciemnowłose i ciemnookie – czekają na klientów w dyskotekach i kantynach, jak mówi się tu o nocnych klubach pełnych sekspracownic.

Jednej nocy pojechałem z Juanem Carlosem i jego kumplem zobaczyć ten półświatek. Flor del Valle, El General, El Nuevo Vaquero, Las Tangas, Las Cubanitas… Kluby znajdują się w centrum miasta, w niewielkiej odległości od siebie. W jednych pustawo. W innych – rzędy młodych kobiet siedzą na krzesełkach to przy ścianie, to na wysokich stołkach przy barze. Czekają na okazję. Kilka samotnie tańczy na parkiecie w rytm lokalnych corridos z północy Meksyku, granych i śpiewanych na żywo.

Najmują się do kompanii i gadki szmatki za drinka. Za pięć peso – do tańca. Za trzysta pięćdziesiąt – na godzinę w hotelu. Są w różnym wieku, ale niemal wszystkie wyglądają na starsze od uprowadzonych piękności. Typ urody w większości przypadków – mówiąc delikatnie – mało subtelny.

Gdzie więc są piękne „zniknięte”? Głębokie Gardło miał rację?

Następnego dnia poszedłem w te same miejsca sam, przy świetle dziennym. Całe otoczenie wyglądało zupełnie inaczej i przez chwilę miałem wątpliwość, czy aby nie zbłądziłem. Gdyby nie szyldy klubów, niektóre zresztą przysłonięte, nie rozpoznałbym tych miejsc. Za dnia ulice centrum Juárez są pełne stoisk i straganów z asortymentem wszelkiego rodzaju: ciuchy, elektronika, tania biżuteria, kosmetyki, pamiątki.

Dosyć szybko zaczepił mnie jakiś gość około sześćdziesiątki i nieporadnym angielskim spytał, czego szukam i czy potrzebuję pomocy. Pytanie nie brzmiało przyjaźnie, raczej w tonie „czego się plączesz?”. Odpowiedziałem po hiszpańsku, że bardzo dziękuję za troskę i że chcę kupić kilka pamiątek. Dał mi spokój.

Na jednej z sąsiednich ulic na środku chodnika wpadam na wmurowaną tablicę, mniej więcej mojego wzrostu. Od góry czerwonymi literami napis: „Czy chcesz wiedzieć, co się tu wydarzyło?”. Poniżej fotografia pięknej szesnastoletniej brunetki i różowy krzyż. Obok informacja: „Silvia Elena Rivera Morales znikła w tym miejscu i została odnaleziona martwa 7 lipca 1995 roku w Lote Bravo. Była najmłodszą z piątki dzieci José Angela Rivery i Ramony Morales. Dwadzieścia lat po twoim odejściu twoja matka, rodzeństwo i rodzina domagają się sprawiedliwości i wyjaśnienia tego kobietobójstwa, walcząc przeciwko bezkarności i zapomnieniu”. Obecność tablicy musiała chyba spowszednieć, bo nikt się przy niej nie zatrzymuje.

Podążam w stronę miejsca, gdzie po raz ostatni widziano wiele dziewcząt – zarówno „znikniętych”, których los pozostaje nieznany, jak i tych, których szczątki odnaleziono przy Arroyo Navajo. To skrzyżowanie ulic Francisca Javiera Miny i Rafaela Velarde i jego okolice. Na skrzyżowaniu znajdują się dwa sklepy mięsne, a w odległości kilkudziesięciu metrów – salon odzieżowy Modatelas. W każdym z tych miejsc pracowały niektóre z zamordowanych.

Przy wejściu do jednego ze sklepów mięsnych dostrzegam przyklejone ogłoszenie: „Poszukujemy damskiego personelu w wieku 17–22 lata”. (Skąd ten wyróżnik płciowy i wiekowy? Dlaczego mięsa nie może kroić i sprzedawać mężczyzna? Albo kobieta trzydziestoletnia, pięćdziesięcioletnia?) Przez chwilę waham się, czy wejść i spytać. Odpuszczam. To chyba niezbyt roztropne wchodzić do jaskini złoczyńców i naiwnie pytać, dlaczego robią to, co robią.

Pani Susana, mama Lupity, której szczątki odnaleziono przy Arroyo Navajo, podejrzewa, że tragicznego dnia jej córka pojechała do centrum Juárez, ponieważ dostała ofertę pracy w jednym ze sklepów. Razem z innymi matkami „znikniętych” pani Susana dobija się u władz miasta, żeby wprowadziły program ostrzegający młode kobiety przed tym, co spotkało jej córkę. Bez sukcesu. „Nie niszczcie wizerunku naszego miasta” – odpowiadają w ratuszu na jej prośby. (Ktoś tu naprawdę wierzy, że wizerunkowi Ciudad Juárez coś jeszcze mogłoby zaszkodzić?)

Niedaleko od skrzyżowania „znikniętych”, na ulicy Noche Triste, gdzie znajduje się klub nocny Las Cubanitas, w witrynie sklepu z obrazami i plakatami – są tu między innymi Matka Boska z Guadalupe, Emiliano Zapata i Frida Kahlo – dostrzegam ogłoszenie identycznej treści, co przy wejściu do sklepu mięsnego: „Poszukujemy damskiego personelu w wieku 17–22 lata”.

Czy młode kobiety w Juárez wciąż będą „znikały”?

Hotel Verde

Hotel Verde, na skrzyżowaniu ulic Mariana Sarmaniegi i Manuela Altamirano w dzielnicy Bellavista, kilkanaście przecznic od ścisłego śródmieścia, w apogeum narkowojny i apogeum porwań młodych kobiet stanowił centrum miejscowej prostytucji. „Verde” znaczy „zielony”, ale naprawdę hotel jest otynkowany na żółto i tylko niewielkie elementy mają kolor zgodny z nazwą.

Ulice wokół budynku są teraz ciche i puste, ale pięć, siedem lat temu defilowały po nich dziesiątki młodych, pięknych i odurzonych narkotykami dziewcząt. Do Hotelu Verde przyjeżdżali zabawić się panowie z Chihuahuy i El Paso. Także narcotraficantes, miejscowe gliny i wojskowi, których rząd wysłał tu, żeby zaprowadzili porządek. Hotel zamknięto w 2010, po egzekucji wykonanej na dwóch policjantach federalnych, którzy przyszli się tu rozerwać, choć bardziej prawdopodobne, że domagali się haraczu. Nic pewnego. (Czy w ogóle można tu ustalić cokolwiek na pewno?)

Jest leniwe październikowe popołudnie, słońce wciąż przypieka. Zauważam, że obserwują mnie mieszkańcy domów sąsiadujących z hotelem. Co widzą? Faceta wyglądającego na gringo, który fotografuje hotel, obchodzi go z różnych stron, coś zapisuje, rozgląda się.

Zagaduję kobietę w średnim wieku, która myje na ulicy plastikową balię. Robi ruch ręką, że nie chce rozmawiać, i szybko niknie za metalowymi drzwiami parterowego domu. Próbuję zagadnąć starszego mężczyznę, który vis-.-vis, po przekątnej skrzyżowania, sprzedaje tortille w piekarni o nazwie Tortilleria Bruselas. Pyta, kim jestem i dlaczego interesuję się tym miejscem. „Zamknęli dawno, nie ma tu czego szukać” – mówi.

Na ścianach hotelu częściowo pozrywane fotografie zaginionych dziewcząt. Rozpoznaję Paolę Venturę, której portret jako część większego muralu widziałem w Dzielnicy Przemysłowej (Zona Industrial). Mural namalowali uczniowie liceum, do którego chodziła. Łatwo ją rozpoznać po długiej, trochę nierówno przyciętej grzywce przykrywającej jedną brew i prawie wchodzącą w oko. Kilka dni wcześniej spotkałem jej mamę, Silvię Rosas, która była przez lata pracownicą montowni. Czeka na córkę od 22 czerwca 2011 roku.

Tamtego dnia Paola miała szesnaście lat. Jakiś czas przed zniknięciem wyprowadziła się od matki i trójki rodzeństwa, żeby zamieszkać ze swoim pierwszym prawdziwym chłopakiem, wielką miłością. Po zniknięciu Paoli ów chłopak, David, był przez pewien czas obiektem zainteresowania śledczych, ale nie znaleziono najmniejszych poszlak, które czyniłyby go podejrzanym. Pani Silvia jest przekonana, że nie był zamieszany w „zniknięcie” jej córki. „Przeżył to strasznie, mieli plany na przyszłość. Wiem, że niedawno się ożenił” – opowiada.

W dniu zniknięcia Paola wyszła od Davida i miała przyjechać do domu. Była środa. Mamę i rodzeństwo odwiedzała zwykle w weekendy, bo w tygodniu szkoła, nie było czasu. Tym razem postanowiła inaczej, ale do domu nie dojechała. W prokuraturze pani Silvia usłyszała sugestię, że być może córka udała się w niezapowiedzianą podróż. Bo skoro w tak młodym wieku wyprowadziła się od matki, żeby zamieszkać z chłopakiem…

Szczątków Paoli nie było wśród znalezionych w zbiorowej mogile przy Arroyo Navajo. Pani Silvia odczuła ulgę. Cierpienia, jakie zadali córce porywacze, kiedyś miną, rany się zagoją. Pewnego dnia Paola wróci i będzie jak dawniej. Nie mogła po prostu rozpłynąć się, zniknąć. Nie ona.

Długa, bezsenna noc

Desaparecido , desaparecida – „zniknięty”, „zniknięta”. To osoba, która wyszła z domu i przepadła bez śladu. Nie wiadomo, czy żyje. Na pewno nie ma grobu – brak przecież dowodów na to, że zmarła lub została zamordowana. „Zniknięta” tylko zaginęła, zapodziała się, z jakiegoś powodu nie wróciła.

Nic nie wiadomo o jej śmierci i nic nie wiadomo o tym, czy żyje. Czasem chodzą jakieś słuchy, plotki, ale to nigdy nic pewnego. Przeczucia niemal zawsze są złe. Ale kto by wierzył mglistym przypuszczeniom? Lepiej trzymać się nadziei, wszakże nikt nie widział ciała.

„Znikniętej” nie ma wśród umarłych, ale też nie ma jej wśród żywych. Jeśli żyje, nie wiadomo, gdzie przebywa ani dlaczego nie daje znaku życia. Czyli wciąż jest i nie jest zarazem.

Matki „znikniętych” pozostawiają pokoiki córek albo tylko ich kąciki – ludzie w dzielnicach biedy rzadko mają osobne pokoje – w takim stanie, w jakim były przed „zniknięciem”. Niczego nie wolno ruszać. Kiedy córka wróci, niech wszystko będzie jak w dniu, w którym wyszła z domu. Jedyne, co można robić, to posprzątać. Wytrzeć z kurzu małą toaletkę, lusterko. Przewietrzyć.

Życie tych, którzy czekają na „znikniętych”, jest jak bezsenna noc, trwająca długie lata. Matka „znikniętej” zasypia na chwilę, ale oto nagle nerwowo, niemal w panice, przebudza się. Ojca cały czas coś uwiera, dławi, nie może złapać pełnego oddechu. Czekają, nasłuchują. Każda chwila to ból.

Zabija ich wyobraźnia, podpowiadająca, co się dzieje z ich córką w tej właśnie chwili. Myśli o tym, czy jest bezpieczna (o ile żyje, domyślają się, że nie jest). Czy jest głodna, zdrowa – czy ktoś ją okaleczył, skrzywdził, zgwałcił. Może w tej właśnie chwili… Najgorsza jest wyobraźnia. Działa niespiesznie, jak wyrafinowany spec od tortur, i zabija minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu. Tik-tak, tik-tak. Rok, dwa, pięć.

Po takim czasie już mało która matka, mało który ojciec, brat, siostra wierzą, że ich „zniknięta” ukochana żyje. A zarazem brak wiadomości o jej śmierci utrzymuje ich w jakimś zawieszeniu, jakimś pomiędzy. Na tym polega okrucieństwo „zniknięcia”. „Zniknięcie” nie przewiduje aktu zamykającego, jakim jest śmierć lub choćby pewna wiadomość o śmierci. To rana, która nigdy się nie goi, nie dostaje prawa, by się zabliźnić.

Niektóre matki „znikniętych” mówią po latach wyczekiwania, że wolałyby wiadomość o śmierci córki, odnalezienie szczątków niż dalsze oczekiwanie, które nie pozwala opłakiwać straty. I nie pozwala na życie. Choćby w żałobie – ale życie.

Nowe pola śmierci

Jeszcze jeden rejestr „znikniętych”.

Dennise Camacho, lat dwadzieścia, zniknęła 7 września 2015. Wyszła z domu do szkoły, nigdy nie wróciła. Ostatni raz widziano ją na ulicy takiej to a takiej… Rysopis: wzrost metr sześćdziesiąt, szczupła, jasna cera, oczy w kolorze kawy z mlekiem, włosy kasztanowe, proste.

Bibiana Granados, lat osiemnaście, wzrost około sto siedemdziesiąt centymetrów, szczupła, ciemna karnacja, oczy w kolorze czarnej kawy, włosy ciemnokasztanowe, proste. 23 lipca 2015 wyszła z domu zanieść mąkę panu Miguelowi Diazowi, a następnie poszła na obiad do pani Any „N”. Od tamtej pory ślad się urwał.

Lorena Segovia, lat dwadzieścia pięć. 26 styczna 2015 roku wyszła z domu do pracy i nie dotarła na miejsce. Nie wiadomo, co się z nią stało. Rysopis: wzrost sto pięćdziesiąt jeden centymetrów, szczupła, jasna cera, oczy w kolorze czarnej kawy, włosy ciemnokasztanowe, fryzura trwała.

Przeglądam ten rejestr w biurze stowarzyszenia, które zbiera dane o zniknięciach i pomaga rodzinom „znikniętych”. Każda „zniknięta” ma swoją fiszkę w formacie A4. W lewym górnym rogu fotografia, obok – rysopis (bardziej szczegółowy, niż notuję tutaj), dane o miejscu zamieszkania, nauki lub pracy; opis okoliczności, w jakich widziano ją po raz ostatni.

Perla Bolaños, dwadzieścia dwa lata. Zniknęła 23 lipca 2014 ze swojego domu, w którym przebywała razem z partnerem. Ów twierdził, że nie wie, co się z nią stało, a w chwili, w której piszę te słowa, również miejsce jego pobytu pozostaje nieznane. Wzrost Perli około sto pięćdziesiąt pięć centymetrów, szczupła, cera śniada jasna, oczy w kolorze czarnej kawy, włosy ciemnokasztanowe, proste.

Nancy Corona, szesnaście lat, wzrost sto czterdzieści pięć centymetrów, szczupła, cera śniada jasna, oczy w kolorze kawy z mlekiem, włosy ciemnokasztanowe, proste. Pracowała w sklepie rodziców, skąd 31 grudnia 2013 zniknęła.

Maria Guadalupe Salmeron, szesnaście lat. 29 sierpnia 2012 wyszła ze szkoły – liceum im. Ricarda Floresa Magóna – i nie dotarła do domu. Wzrost sto pięćdziesiąt pięć centymetrów, szczupła, cera śniada jasna, oczy w kolorze czarnej kawy, włosy ciemnokasztanowe, proste.

Maydelith Carmona, dwadzieścia dwa lata, wzrost sto sześćdziesiąt jeden centymetrów, szczupła, cera śniada jasna, oczy w kolorze czarnej kawy, włosy ciemnokasztanowe, proste. 25 grudnia 2011 w południe wyszła z domu w nieznanym kierunku. O czwartej dwadzieścia po południu dzwoniła do koleżanki, której powiedziała, że jedzie autobusem i zamierza wysiąść na wysokości ulicy takiej to a takiej. Przepadła bez śladu.

Zaira Lopez, dziewiętnaście lat, zniknęła 23 kwietnia 2011. Chwilę przed wyjściem z domu ktoś do niej zadzwonił, ale nie wiadomo kto. Wyszła i nie wróciła. Wzrost sto pięćdziesiąt pięć centymetrów, szczupła, cera śniada jasna, oczy w kolorze kawy z mlekiem, włosy ciemnokasztanowe, proste.

Wszystkie „zniknięte” są podobne. Wzrost od stu czterdziestu pięciu do stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Ciemne włosy i ciemne oczy. Szczupłe. Na kolorowych fotografiach widzę, że uroda każdej z nich przyciąga uwagę. Wiek od piętnastu do dwudziestu dwóch lat, choć zdarzają się wyjątki. Mam w ręku fiszkę „znikniętej” trzynastolatki o rzadkim i nieco dziwnym imieniu Africa, jakiego nigdy wcześniej nie spotkałem. Lorena Segovia była nieco starsza od przeciętnej wieku „znikniętych” – miała dwadzieścia pięć lat. Z kolei Bibiana Granados – nieco wyższa od reszty, sto siedemdziesiąt centymetrów. Elena Sanchez ze stowarzyszenia, która udostępniła mi rejestr, podkreśla, że wszystkie „zniknięte” pochodzą z biednych rodzin, z peryferyjnych osiedli przypominających bardziej slumsy niż dzielnice klasy średniej.

Czy są ofiarami kobietobójstw? O tych konkretnie dziewczynach nic nie wiadomo. Zniknęły, przepadły, rozpłynęły się.

Nie wspomniałem o jednym: rejestru „znikniętych” nie oglądam w Ciuadad Juárez, lecz w stolicy Meksyku.

Kobietobójstwa i zniknięcia młodych kobiet, za sprawą których w latach dziewięćdziesiątych przygraniczne miasto zyskało ponurą sławę, zdarzają się teraz w całym kraju.

Część „naszej kultury”

Jedynie w latach 2012 i 2013 w całym Meksyku ofiarą zabójstw padły trzy tysiące osiemset dziewięćdziesiąt dwie kobiety. Tylko piętnaście procent zabójstw śledczy klasyfikowali jako kobietobójstwa; resztę jako wypadki, zabójstwa w afekcie lub na tle rabunkowym.

Dlaczego kobiety giną w całym Meksyku?

Po odpowiedź poszedłem do Obserwatorium Kobietobójstw w stolicy. Ani na bramie, ani obok dzwonka przy wejściu nie ma żadnej informacji. To ze względów bezpieczeństwa: działaczki Obserwatorium nieraz dostawały pogróżki. Z zasady nie odbierają telefonu, gdy nie wiedzą, kto próbuje się dodzwonić.

Maria de la Luz Estrada, szefowa stowarzyszenia, pokazuje raporty i statystyki.

– Spójrz – mówi – tylko w jednym i sześciu dziesiątych procent spraw udało się skazać sprawców. O czym to świadczy?
– No o czym?
– Że przemoc wobec kobiet jest akceptowana jako część „naszej kultury”. Że przemoc przenika wszystkie sfery życia. Że sprawcy z dużym prawdopodobieństwem pozostaną bezkarni. Że policja bierze w tym udział…

Obserwatorium zidentyfikowało rejony w stanie Meksyk (Estado de México), sąsiadującym ze stolicą, gdzie znika najwięcej kobiet. Do niedawna stanem tym zarządzał jako gubernator Enrique Peña Nieto, późniejszy prezydent kraju. To ziemia mafii, gdzie wiele młodych kobiet porywa się do burdeli, dla lokalnych kacyków albo na handel do Stanów – tak samo jak w Ciudad Juárez. Potem są zabijane. Policja – mówi Maria de la Luz – nie robi nic, a często współpracuje z porywaczami.

Kobiety padają też ofiarami kobietobójstw domowych, a sprawcy masakrują ciało tak, by wyglądało na zbrodnię mafii. Wyrzucają zwłoki byle gdzie, jak śmieci.

Wiele rodzin nie zgłasza zniknięcia lub nie domaga się śledztwa w sprawie śmierci krewnej. Ze strachu. Zdarza się, że policjanci udają porywaczy i szantażem wyciskają ostatnie grosze od najbliższych, mających nadzieję na wykupienie córki, siostry, narzeczonej. Głośny był przypadek policjanta, który zakatował żonę, lecz udało mu się przedstawić jej śmierć jako samobójstwo. Krótko potem został awansowany.

Epilogu nie będzie

Koszmar rodzin „znikniętych” i zamordowanych nie kończy się wraz z wiadomością o śmierci ukochanej córki, siostry, koleżanki, narzeczonej. Dora Venzor, matka piętnastoletniej Andrei, której szczątki znaleziono przy Arroyo Navajo, ukrywa się teraz u sąsiadki. Nieznani sprawcy próbowali jakiś czas temu porwać ją i jej drugą córkę, Alejandrę.

Mieszka w Lomas de Poleo, na tym koszmarnym przedmieściu, z którego porwano przed laty wiele młodych kobiet, pracownic montowni. Gdy wraz z Juanem Carlosem zajechaliśmy przed dom – a właściwie szałas z dykty i desek – w którym pani Dora się ukrywa, wyszła do nas sąsiadka i powiedziała, że pani Dory tu nie ma. Po chwili rozmowy powiedziała jednak, żebyśmy poczekali i poszła w głąb podwórza, do drugiego domu położonego nieco dalej od piaszczysto-kamienistej drogi. Stamtąd wyszła inna kobieta, około sześćdziesiątki. To była pani Dora. Wciąż przerażona i niedowierzająca, czy na pewno jesteśmy tymi, za których się podajemy.

Gdy pękły lody, pani Dora zaprosiła nas do środka swojej chatki. Przed wejściem, jeszcze na zewnątrz, minęliśmy rozbebeszoną starą kanapę i przywiązanego na sznurku baseta. W środku, przy ścianie w jedynym pokoju – ołtarzyk z dużą fotografią Andrei. Cały dobytek pani Dora ma spakowany w plastikowe torby, które trzyma w niskiej drewnianej szafce. Wyciągnęła stamtąd wycinki gazet z newsami o zniknięciu Andrei i jeden z 1995 roku: Andrea była pierwszym dzieckiem, które urodziło się w Ciudad Juárez 1 stycznia tamtego roku; gazeta poinformowała o tym w rubryce z gatunku „Witajcie na świecie!”.

Piętnaście lat, siedem miesięcy i kilka dni później Andrea zniknęła – w sierpniu 2010, tuż po rozpoczęciu nauki w szkole pielęgniarskiej. Przeprowadziła się do wynajętego pokoju przy innej rodzinie, żeby nie kursować po ciemku – rano i wieczorem – do szkoły i z powrotem. Wiedziała, że na biednych przedmieściach porywają młode dziewczyny, więc chciała być ostrożna.

– Strachliwa była – mówi o córce pani Dora.

Już po zniknięciu widziano Andreę przy Hotelu Verde. Podobno miała tam ksywkę La China, Chinka – z powodu lekko skośnych oczu. Kolega z sąsiedztwa rozpoznał ją na ulicy wśród innych zmuszanych do prostytucji dziewcząt i namawiał, żeby uciekła. Andrea najpierw zaprzeczała, mówiła, że się pomylił, a gdy w końcu płacząc, przyznała, kim jest, błagała kolegę, żeby nic nie mówił mamie. Dziewczęta zmuszane do prostytucji obawiają się odrzucenia przez matki i ojców.

Pani Dora przeprasza, że nie potrafi powiedzieć wiele więcej. Mówi, że ma kłopoty z pamięcią i że wielu rzeczy nie rozumie. Nie potrafi powiązać faktów i – choć to zaskakujące – ma tego świadomość. Mówi o tym jak ktoś, kto utracił umiejętność posiadaną w przeszłości. Przeczuwa, że prawdziwych sprawców nie ukarano – bo niby kto próbował porwać ją i jej drugą córkę?

Przytomność i świadomość wykluczonych, którzy ledwo otarli się o szkołę, potrafi zaskoczyć. Matka innej „znikniętej”, Perla Reyes, która urodziła pierwszą córkę, gdy miała zaledwie piętnaście lat, dawała co chwilę dowody na to, że rozumie znacznie więcej, niż sugeruje jej dramatyczna sytuacja życiowa.

– Nie jestem głupia – powiedziała nagle, niepodziewanie walecznym tonem. – Wybierają biednych, jak my, bo wiedzą, że nie wynajmiemy prywatnych detektywów. I nikt nam nie pomoże.

Córka Perli, trzydziestosześcioletniej mamy czterech sióstr i trzech braci, znikła w niedzielę 30 grudnia 2012 roku na terenie nędznej dzielnicy imienia Emiliana Zapaty. Yocelyn – tak ma na imię – ledwo skończyła trzynaście lat. – Jeśli żyje, ma teraz szesnaście – rzekła Perla z nienaturalną obojętnością, która nie mogła być chyba niczym innym, jak tylko próbą stłumienia bólu. Rysopis Yocelyn jak większości zamordowanych i „znikniętych”: szczupła, sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, cera śniada jasna, włosy ciemne do ramion, oczy w kolorze czarnej kawy.

Perla pamięta dokładnie, jak tamtego dnia Yocelyn była ubrana: ciemne spodnie i niebieski sweterek w białe pasy. Feralnej niedzieli przed południem poszła do babci. Miała tam spotkać się ze swoim ojcem, który mieszka osobno – z Perlą rozstali się dawno temu. Po południu wyszła do koleżanki, ale nie dotarła na miejsce. Wiadomo, na którym odcinku drogi musiała zniknąć, ale to wiedza bezużyteczna. Nikt niczego nie widział ani nie słyszał.

Co kilka miesięcy ktoś przybiega do Perli z sensacyjną wiadomością, jakoby ktoś widział Yocelyn a to w centrum miasta, a raz nawet widziano ją ponoć kilka przecznic od domu w jakiejś furgonetce. Przez jakiś czas Perla wierzyła w te pogłoski. A może raczej: chciała wierzyć.

– Policja nie prowadzi śledztwa? – dopytuję.
– Policja to z nimi współpracuje. Przecież policja wie, gdzie są te wszystkie burdele. Ktoś je sprawdza?

Zniknięcie Yocelyn najgorzej zniosła młodsza siostra, Leslie. Przestała się uczyć, zaczęła dostawać złe oceny.

– Szybko wydoroślała – mówi Perla, a gdy dopytuję, co to znaczy, odpowiada: – Tylko chłopaki jej w głowie.

W przypływie złości Leslie wykrzyczała kiedyś, że chce zostać porwana jak Yocelyn, bo tylko w taki sposób ją odnajdzie i pomoże uciec z niewoli.

– A skąd wiesz, że Yocelyn żyje? – ucięła jedną z takich scen matka. Chciała odwieść córkę od szaleńczych pomysłów. Bała się, że coś jej strzeli do głowy i wda się w kłopoty, których zresztą w Juárez nie trzeba szukać – same przychodzą.

Nie mam odwagi spytać wprost, czy wierzy, że Yocelyn żyje. Niby matka wierzyć powinna, jednak wydźwięk rozmowy robi na mnie wrażenie, że straciła nadzieję.

Pytam więc inaczej:

– Czy któraś ze „znikniętych” odnalazła się, wróciła?
– Ani jedna.

 

Czytaj część pierwszą

Fragment najnowszej książki Artura Domosławskiego zatytułowanej „Wykluczeni”, która ukazała się 16 marca nakładem wydawnictwa Wielka Litera.


**Dziennik Opinii nr 79/2016 (1229)

Czytaj wywiad z Arturem Domosławskim w najnowszym numerze Krytyki Politycznej Koniec prasy. Będziecie tęsknić?

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać