Unia Europejska

„Strefy zakazane”, gdzie nie ma już białych? Oto prawda o francuskich przedmieściach

Strefy no-go, wylęgarnie kebabów i narkotyków, tereny okupowane przez dżihadystów… Tak prawica lubi opisywać francuskie przedmieścia, gdzie rzekomo nie ma już białych Francuzów. Niewiele jest w tym prawdy, ale straszne opowieści nie wzięły się znikąd: „banlieues” trapi wiele bolączek, a władza woli leczyć skutki niż przyczyny.

Problemy francuskich przedmieść to nic nowego. Przynajmniej od trzech dekad ich temat jest obecny w debacie publicznej i z czasem jedynie zyskuje na znaczeniu. Nie oznacza to, że dyskusja posuwa się do przodu, prowadząc do produktywnych wniosków – wręcz przeciwnie. Powtarzają się te same argumenty, mnożą się mniej lub bardziej prawdziwe mity o (nie)sławnych banlieues, a politycznym deklaracjom rzadko towarzyszą faktyczne działania.

Już głośna Nienawiść, film z 1995 roku, przedstawiła ponury obraz paryskich przedmieść, gdzie młodzi ludzie (przeważnie pochodzenia imigranckiego) żyli odizolowani i pozbawieni perspektyw, a kontakt z francuskim państwem przybierał głównie formę policyjnej przemocy. Mathieu Kassovitz mógłby swój film nakręcić dzisiaj i byłby on równie aktualny.

Rasistowska wojna mundialowa: francuska skrajna prawica poluje na Marokańczyków

Od urbanizacji do gettoizacji

W poszukiwaniu korzeni współczesnych banlieues trzeba się cofnąć do powojennej eksplozji miast i ogromnych inwestycji mieszkaniowych. Były one niezbędne – w latach 40. połowa francuskich mieszkań nie miała bieżącej wody, łazienki stanowiły luksus, setki tysięcy żyły w slumsach, a ogółem szacowano, że brakuje kilku milionów mieszkań. Wobec tego uruchomiono szeroko zakrojony program budownictwa publicznego, często w formie HLM (habitation à loyer modéré), czyli tanich lokali o niskich czynszach.

Przez następne dekady w miastach i na przedmieściach wyrastały wielkie blokowiska, które spełniały sny Francuzów o nowoczesnych mieszkaniach. Szybko okazało się jednak, że nie wszystkie projekty dobrze przemyślano; wiele podmiejskich osiedli zbudowano w odseparowaniu od miast, a polityka lokatorska pozostawiała wiele do życzenia. Do tańszych i gorzej zlokalizowanych blokowisk trafiali najbiedniejsi, a wkrótce większość wśród nich zaczęli stanowić imigranci z Afryki.

Podmiejskie osiedla-sypialnie stały się dla wielu przybyszy pułapkami: na miejscu trudno było znaleźć zatrudnienie, często brakowało również wielu instytucji publicznych, takich jak poczta, żłobek lub urząd pracy. To wszystko znajdowało się bliżej miejskich centrów, z których nie zawsze na przedmieścia docierał transport zbiorowy. Niektóre nowoczesne osiedla zaczęły się więc zmieniać w getta skupiające rosnącą liczbę wykluczonych społecznie imigrantów i ich potomków. Podparyskie La Courneuve to jeden z jaskrawych przykładów – wśród mieszkańców 27 proc. nie ma pracy, a 43 proc. żyje w ubóstwie. Nie są to bynajmniej rekordowe liczby: w jednej z dzielnic Nîmes ten drugi wskaźnik wynosi 71 proc.

W reakcji na problem podupadłych osiedli władze stworzyły kategorię „zagrożonych stref miejskich”, kilka lat temu przemianowanych na „dzielnice priorytetowej polityki miejskiej” (QPPV). W całej Francji jest ich ok. półtora tysiąca, zamieszkiwanych przez ponad pięć milionów ludzi. Niektóre QPPV pokrywają się z kilkudziesięcioma „strefami priorytetowego bezpieczeństwa”, wydzielonymi na podstawie wysokich wskaźników przestępczości. Jednak tematu nie wyczerpuje szereg państwowych kategorii i skrótowców: jeszcze więcej określeń na banlieues, zwykle negatywnych, krąży w dyskusji publicznej.

Południowe przedmieścia Paryża. Fot. gasdub/flickr.com

„Tereny zislamizowane, bez prawdziwych Francuzów”

Gdy w 2005 roku podczas ucieczki przed policją zginęło dwóch nastolatków, wywołało to falę zamieszek w biednych przedmieściach całego kraju. Dla Nicolasa Sarkozy’ego, wówczas ministra spraw wewnętrznych, była to okazja, aby zapowiedzieć „oczyszczenie ulic z szumowin”. Siły porządkowe wkroczyły do akcji, aresztowały tysiące młodocianych uczestników zamieszek, ale na doraźnej interwencji się skończyło. Zarówno słowa, jak i działania przyszłego prezydenta były typowe dla francuskiej prawicy oraz jej podejścia do trudnych przedmieść.

Banlieues w prawicowej retoryce stały się symbolem wszystkiego, co najgorsze: siedliskami imigrantów, którzy żyją z zasiłków lub przestępczości, a na dodatek zagrażają francuskiej kulturze. Półtora roku temu „hordami z przedmieść” straszyli emerytowani oficerowie, wzywając do polityki twardej ręki wobec banlieues. Wśród osób publicznych najdalej w takiej krytyce posuwa się Éric Zemmour, przedstawiający osiedla HLM jako źródła islamizacji Francji, miejsca kontrolowane przez islamistów i wyłączone spod francuskiego prawa. Jest to narracja dobrze nam znana, w Polsce bowiem część sceny politycznej również lubi straszyć „strefami no-go” w różnych zachodnich krajach, nie przejmując się przy tym faktycznym stanem rzeczy.

Islamofobia, czyli rasizm niekontrowersyjny

Skrajna prawica chętnie dolewa oliwy do ognia, szerząc fałszywe informacje: Zemmour twierdzi chociażby, że 90 proc. nieletnich mieszkańców podparyskich przedmieść pochodzi z Afryki, podczas gdy w rzeczywistości ten odsetek jest ponad dwukrotnie mniejszy. Nie ma też prawdy w jego tezach o tym, że trudne dzielnice opuścili już wszyscy ciężko pracujący, katolicy, biali itd. Prawdopodobnie sam Zemmour zdaje sobie z tego sprawę, ale świadomie gra na emocjach obywateli, wykorzystując i zarazem kreując ich lęki. W końcu niemal 40 proc. Francuzów wierzy w przyszłe zajęcie przez islam pozycji dominującej religii w kraju, mimo że obecnie muzułmanie stanowią tylko kilka procent populacji.

„Szumowiny” (słowo bardzo lubiane przez Le Pen i Zemmoura) z przedmieść są wygodnymi kozłami ofiarnymi dla polityków. Wielu Francuzów widzi w nich pasożyty, obcych lub obie te rzeczy jednocześnie. Można łatwo połączyć ksenofobię z uprzedzeniami klasowymi wobec biednych i w oparciu o krytykę „wylęgarni dżihadystów i narkomanów” zdobywać elektorat. Do stracenia jest niewiele, bowiem poziomy frekwencji wyborczej w QPPV są rekordowo niskie. Mieszkańcy banlieues częściej wybierają lewicę, ale większość z nich nie ufa żadnej sile politycznej i nie głosuje, co zresztą w zeszłym roku mogło zaważyć na (nie) wejściu Mélenchona do drugiej tury. Odstawiając na bok sympatie wyborcze przedmieść, pozostaje pytanie, czy ich mieszkańcy rzeczywiście są tak straszni, jakimi się ich maluje?

Blok na przedmieściach Paryża. Fot. Kristo/flickr.com

Życie za murem

Do symptomatycznych wydarzeń należy próba walki z narkomanią w Paryżu poprzez wywiezienie uzależnionych na jedno z przedmieść, aby je następnie odgrodzić. Brzmi kuriozalnie, ale to właśnie zrobiła paryska policja w 2021 roku, wyłapując heroinistów z północy miasta i zwożąc ich do Pantin. Następnie zamurowano przejście łączące przedmieście ze stolicą Francji, najwyraźniej uznając to za dobre rozwiązanie problemu.

Dodajmy, że wielu mieszkańców banlieues ma wyłącznie takie doświadczenia z polityką państwa, zwłaszcza gdy mowa o imigrantach i ich potomkach. Francuska policja jest znana z brutalności, ale o ile większość społeczeństwa poznała ją przy okazji protestów żółtych kamizelek, o tyle przedmieścia doświadczały przemocy od wielu dekad. Siły porządkowe w czasie wojny algierskiej uczestniczyły w pogromach, a w następnych latach wielokrotnie dopuszczały się rasistowskich zbrodni.

Niejedne zamieszki w banlieues były spowodowane śmiertelnymi pobiciami zatrzymanych na komisariatach. Nawet współcześnie raz na jakiś czas kraj obiega informacja o nadużyciach lub przestępstwach popełnionych przez funkcjonariuszy, niemal zawsze wobec członków mniejszości. Nie tylko policja, ale również sądy traktują ich z o wiele większą surowością, wbrew twierdzeniom skrajnej prawicy o immunitecie, jakim rzekomo mają cieszyć się muzułmanie i imigranci.

„Miejsca, które nie mają znaczenia”. Elity mają problem z politycznymi wyborami peryferii

Stąd nie może dziwić brak zaufania mieszkańców przedmieść do państwa, które najczęściej pojawia się w postaci policyjnej pałki. Być może jest to jeden z czynników radykalizujących młodzież, ponieważ problem z rosnącymi wpływami islamizmu wśród młodych muzułmanów istnieje naprawdę. Badania sugerują, że są oni bardziej religijni i w mniejszym stopniu respektują wartości republikańskie niż ich rodzice. Co czwarty młody muzułmanin nie potępia zamachu na „Charlie Hebdo”.

Nie oznacza to jednak, że banlieues są terenami upadłymi i straconymi przez Francję, jak twierdzą Zemmour i jemu podobni. Nawet w najbiedniejszych dzielnicach większość mieszkańców ma pracę, nigdzie imigranci nie stanowią większości, a żadne przedmieście nie zostało „zislamizowane” i raczej się to nie zmieni. Większość muzułmanów jest zsekularyzowana, a co roku dwukrotnie więcej osób porzuca islam, niż się na niego nawraca. Na przedmieściach obecne są również rozmaite progresywne inicjatywy, od organizacji feministycznych po parady równości przedmieść. Brakuje tylko lepszej polityki państwowej względem problematycznych dzielnic.

Interwencja policji podczas demonstracji paryskiej młodzieży szkolnej. Fot. philippe leroyer/flickr.com

Jak wyjść z błędnego koła?

Do głównych punktów prawicowej narracji o banlieues należy przekonanie, że ich ludność żyje z zasiłków i drenuje budżet państwa. W rzeczywistości jest odwrotnie – wydatki na „dzielnice priorytetowe” (QPPV) są paradoksalnie o wiele mniejsze niż na dzielnice nienoszące tego stygmatu. Roczne wydatki publiczne na biednych przedmieściach wynoszą jedynie 830 euro na mieszkańca. Mamy więc sytuację, w której tereny słabo wyposażone w infrastrukturę publiczną są utrzymywane w stanie chronicznego niedofinansowania, przez co problem jedynie się pogłębia.

Dodajmy do tego ksenofobiczną narrację, a otrzymamy błędne koło: źle przemyślana polityka stworzyła banlieues, ich ludność została wykluczona społecznie, co utrudniło integrację imigrantów, to z kolei wzmocniło niechęć do przybyszy oraz ich religii, a takie nastroje sprzyjają nieskutecznym działaniom państwa, które woli budować mury niż pomóc wykluczonym. I wracamy do punktu wyjścia.

Demonstracja przeciwko brutalności policji w Paryżu w 2020 roku. Fot. Jeanne Menjoulet/flickr.com

Żeby realnie pomóc mieszkańcom przedmieść i włączyć ich do społeczeństwa, potrzebne są znacznie większe inwestycje państwowe w infrastrukturę, edukację i bezpieczeństwo. Trzeba też zapewnić bezrobotnym możliwość znalezienia pracy. Macron składał takie obietnice, ale jego dotychczasowe działania mają ograniczone skutki.

Bardziej zdecydowanej polityki domaga się lewica. W kampanii prezydenckiej niektórzy jej kandydaci postulowali nawet wprowadzenie gwarancji zatrudnienia. Konkretne rozwiązania to kwestia otwarta, ale jest jasne, że nie usunie się skutków, takich jak radykalizacja młodych muzułmanów, bez zajęcia się ich przyczynami – a te są przede wszystkim społeczne i ekonomiczne.

Lewicowa polityka działa? To nic, zakażemy!

Inaczej, niestety, uważa prawica, która kreuje wizję zderzenia cywilizacji, walki „prawdziwej Francji” z podmiejskimi hordami. Taka retoryka nie tylko prowadzi do starć na ulicach, ale również blokuje możliwość rozwiązania prawdziwych bolączek banlieues. Nikt, włączając w to prezydenta Macrona, nie myśli o budowaniu żłobków i urzędów pracy na przedmieściach, gdy jest się zajętym wojną kulturową. A o źródłach tej wojny nie pamięta się tym bardziej, co służy interesom skrajnej prawicy, ale nie Francji.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Artur Troost
Artur Troost
Student UW, publicysta Krytyki Politycznej
Student historii i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta Krytyki Politycznej.
Zamknij