Unia Europejska

Paryż: wojna na obrazy

Fot. Jeanne Menjoulet/Flickr.com

Państwo francuskie będzie teraz zbierać informacje na temat poglądów politycznych, filozoficznych lub przekonań religijnych obywateli. A także decydować, kto jest dziennikarzem – wszystko dla „bezpieczeństwa publicznego”, oczywiście.

Są kłamstwa, wierutne kłamstwa oraz Gérald Darmanin. W sobotę 12 grudnia francuski minister spraw wewnętrznych opublikował na Twitterze liczbę osób aresztowanych podczas paryskiej demonstracji przeciwko jego Loi de sécurité globale [Ustawie o globalnym bezpieczeństwie – przyp. red.]. Donosił, że zatrzymano 81 osób. Policja, jak wyjaśnił minister, musiała uporać się z „ultra agresywnymi jednostkami”. Pod koniec dnia tryumfalnie ogłosił, że całkowita liczba osób przetrzymywanych przez policję zwiększyła się do 142.

Minister nie podał jednak liczby protestujących, którzy zostali uderzeni, przewróceni, rzuceni na ziemię, wielokrotnie trafieni pałką lub, jak w przypadku niektórych, zaatakowani żelem pieprzowym prosto w twarz, kiedy leżeli już na ziemi.

Całodobowe stacje informacyjne pokazały długie nagrania całkowicie pokojowych demonstracji przemieszczających się w stronę placu Republiki, otoczonych kordonem policji z przodu, z boków, wzdłuż chodników oraz z tyłu, wraz z ciągnącymi za nimi kolumnami policyjnych wozów. Demonstrujących było co najmniej 5 tysięcy, choć prawdopodobnie więcej.

Czy Francuzi zakochali się w multikulturalizmie, a zaraz potem odkochali?

W całym kraju odbyło się kilkadziesiąt zgromadzeń i demonstracji zwołanych przez koalicję związków zawodowych dziennikarzy, organizacje zrzeszające media i ugrupowania stojące na straży swobód obywatelskich. Niektóre z tych zgromadzeń były zaledwie symbolicznym gestem sprzeciwu wyrażonym przez kilka osób, inne okazały się dużo większe. Podobnie jak Żółte Kamizelki, które blokowały miejskie ronda dwa lata temu, to również ruch, który może eskalować. I podobnie jak w przypadku Żółtych Kamizelek władze mają nadzieję, że uda im się zetrzeć ten ruch na proch, zastraszając go policją, opowiadając makabryczne historie o rzekomej agresji demonstrantów i pozorując ustępstwa.

Koalicja podjęła decyzję o nieorganizowaniu marszu w Paryżu ze względu na policyjną przemoc, do której doszło podczas trzech poprzednio zorganizowanych przez nią demonstracji. Inne organizacje zdecydowały się utrzymać ciągłość protestów – na ich wezwanie wyszli na ulice głównie młodzi.

Fot. Jeanne Menjoulet/Flickr.com
Listopadowa demonstracja przeciwko propozycjom nowego prawa o bezpieczeństwie publicznym w Paryżu. Fot. Jeanne Menjoulet/flickr.com

Wojna na fortele

Demonstranci osiągnęli przynajmniej taki cel, że zmusili rząd, aby się zatrzymał i chwilę zastanowił nad tym, jakimi przepisami ograniczyć społeczeństwu możliwość ujawniania policyjnej przemocy. Protesty nie były jeszcze wystarczająco silne, by skłonić prezydenta Macrona do porzucenia tych planów, jednak w połączeniu ze wstrząsem, jaki wywołały nagrania policyjnej agresji i rasizmu, sprawiają, że prezydent musi odtąd stosować raczej fortele niż brutalną siłę.

Kluczowym elementem tej gry w kotka i myszkę z opinią publiczną i protestującymi jest to, jak filmuje się zajścia i jak się o nich informuje. Według Jean-Michela Fauverge, byłego wysokiego rangą funkcjonariusza policji, a obecnie jednego z posłów, którzy w parlamencie w imieniu prezydenta Macrona forsują wspomnianą ustawę, władze muszą „odzyskać kontrolę w wojnie na obrazy”.

Rok żółtych kamizelek

Każdy, kto szukał choć odrobiny ekscytacji i napięcia, a kogo znudziła miałkość programu telewizyjnego w sobotni wieczór (bo nie puszczali akurat powtórki jakiegoś starego hollywoodzkiego westernu, dreszczowca z Clintem Eastwoodem ani trącącego myszką francuskiego kryminału), mógł pooglądać sobie relację na żywo z paryskiej demonstracji, podczas której policja płynnie przeszła od roli niechcianej przyzwoitki do roli bandy kowbojów siłą usuwających z ziemi jej dotychczasowych mieszkańców.

Można się było delektować pokazem bezpodstawnego użycia brutalnej siły, armatek wodnych i pałek, które poszły w ruch, gdy tylko pokojowo demonstrującym masom, stłoczonym przez dłuższy czas w zaciskającym się kordonie policyjnym, pozwolono przedostać się na plac. Wyniosła statua Republiki stanowiła znakomite tło dla policjantów atakujących demonstrantów w ponuro zapadającym zmierzchu i rozprzestrzeniającej się chmurze gazu łzawiącego.

Kto obraża żółte kamizelki, obraża mojego ojca

A wszystko to działo się przy powtarzanych przez zatroskanych komentatorów – w tym wielu byłych policjantów obecnie pracujących jako konsultanci w mediach – stwierdzeniach, że ogólnie rzecz biorąc, marsz odbył się pokojowo, ponieważ działania „służb porządkowych” były sprawne od samego początku i w zarodku zdusiły jakiekolwiek przejawy przemocy.

Alternatywne media

Serio? Jeśli to zdjęcie rozciągniętego na ziemi demonstranta, którego traktuje się gazem pieprzowym, nie wydaje się przekonujące, można zerknąć tutaj, a potem powiedzieć sąsiadowi, kto na tym filmie tak naprawdę jest „ultra agresywnymi jednostkami”. Obejrzyjmy to sobie uważnie, bo wiele szczegółów warto zapamiętać: poranieni ludzie nie robili nic, co mogłoby stanowić zagrożenie, widać wielokrotne użycie policyjnych pałek i agresję wobec osób filmujących to zdarzenie. Już pierwszego dnia tę relację obejrzało 600 tysięcy widzów. To pokazuje siłę oddziaływania alternatywnych mediów we Francji.

Film pozwala zrozumieć, na czym polega „prewencyjny” charakter działań policji. Według oficjalnego wytłumaczenia aresztowania stanowiły część nowej strategii, w ramach której policja wjeżdżała „pługiem” w zgromadzonych demonstrantów w celu „prewencyjnego” wyłowienia tych, którzy sprawiali „wrażenie” tworzenia „bloku” – czyli osławionych „czarnych bloków”, które od pięciu lat regularnie dają się policji we znaki na protestach związków zawodowych czy Żółtych Kamizelek.

Sformułowanie użyte przez prefekta policji wskazywało na to, że policja „interweniowała w celu zapobieżenia sformowaniu grupy agresywnych czarnych bloków”.

Nikogo takiego jednak tam nie było na początku sobotniego zgromadzenia. Skąd o tym wiemy? A stąd, że spośród 142 zatrzymanych „ultra agresywnych jednostek”, o których z taką lubością wypowiadał się Darmanin, jedynie sześć osób zostało w poniedziałek postawionych w tzw. trybie pilnym przed sądem. To także nie znaczy, że te osoby w czymkolwiek zawiniły – oznacza jedynie, że policja miała szansę postawić jakiekolwiek zarzuty zaledwie sześciu zatrzymanym. Pamiętajmy, że wszelkie przejawy przemocy widoczne na filmach i zdjęciach z demonstracji miały miejsce na początku protestu. Pomyślmy, ile cierpliwości i determinacji w unikaniu przemocy wykazali demonstrujący w obliczu tej prowokacji.

Spójrzmy na kolejne krótkie nagranie wykonane przez tego samego dziennikarza, dostępne tutaj. Osoba wyprowadzana przez policję ma na sobie czarną kurtkę. Dokładnie tę samą, którą zakłada na co dzień, idąc do pracy w kancelarii prawnej.

Na Twitterze pojawiło się mnóstwo rozmaitych wypowiedzi wyrażających oburzenie oraz będących świadectwem podobnych doświadczeń. Agencja QG Media opublikowała następującą informację o zatrzymaniu aż do poniedziałku jednego z jej reporterów:

„Wobec reportera Adriena AdcaZza, pracującego dla QG, zastosowano areszt, który został przedłużony w niedzielę wieczorem. Jak mówi jego adwokat, David Libeskind, »jest to całkowicie bezpodstawna decyzja. Mój klient został zatrzymany podczas policyjnej szarży. Krzyczał, że jest dziennikarzem«”.

Attac, ruch promujący gospodarcze rozwiązania stanowiące alternatywę dla zaciskania pasa przez najuboższych i ulg podatkowych dla zamożnych, ogłosił:

„Działacz ruchu Attac został zatrzymany przez policję w Paryżu podczas Marszu na rzecz Swobód i przebywa w areszcie. Powód: zakrywanie twarzy. Miał na sobie jedynie czapkę i maskę (profilaktycznie przeciwko COVID-19)”.

Posłanka z legitymacją kontra policjant z gazem

Wpis rodzica: „Moja córka została wczoraj aresztowana, mimo że opuszczała demonstrację. Policja zaszarżowała, kiedy córka filmowała zajścia, funkcjonariusz złapał ją i wyprowadził. Kilka osób zaświadczyło, że nic nie mówiła, nie stawiała oporu, a mimo to zastosowano wobec niej areszt za »okazywanie złości«”.

Inny rodzic natychmiast dodał: „Mój syn Théo także został aresztowany na samym początku demonstracji. Siedzi w areszcie z waszą córką, na komisariacie w 20. dzielnicy”.

Kto nas ochroni przed policją? Fot. Jeanne Menjoulet/Flickr.com
Kto nas ochroni przed policją? Fot. Jeanne Menjoulet/flickr.com

Dziennikarze bez etatu

Podobny przypadek dotyczący kobiety o imieniu Claire przykuł uwagę już po ubiegłotygodniowej demonstracji, którą policja skutecznie rozpędziła gazem łzawiącym (a pomogły jej w tym drobne akty przemocy „czarnego bloku”). Claire to 28-letnia matka samotnie wychowująca trzyletnie dziecko, aktywnie działająca w sekcji ds. bezrobotnych we francuskiej Powszechnej Konfederacji Związkowej. Zatrzymano ją w sobotę 5 grudnia i postawiono zarzut „udziału w buncie” i kontynuowania zgromadzenia po jego zakończeniu. Zwolniono dopiero we wtorek.

Jak wyjaśniła, na szczęście dla niej nagrania wideo pokazują, jak jest wleczona po ziemi i bita, chociaż policja twierdziła, że to ona kopnęła funkcjonariusza, który nakazał jej odejść, i odmówiła wykonania polecenia.

To właśnie te nagrania i zdjęcia stanowią główny problem Macrona i jego ministrów w toczącej się „wojnie na obrazy”. Jeśli ponownie obejrzymy oba nagrania, zauważymy, że filmujący zajścia dziennikarz, Taha Bouhafs, to młody student, który na swoim koncie na Twitterze sam o sobie mówi, że „dopiero szkoli się na dziennikarza”. Zobaczymy, że na kilku ujęciach widać więcej młodych działaczy-dziennikarzy z kamerami skierowanymi na policję niż samych policjantów.

Francuska ustawa z 1881 roku o wolności prasy definiuje dziennikarza jako osobę zatrudnioną na etacie. Niewielu filmujących spełnia kryteria tej definicji. Dyskusja na ten temat właśnie podzieliła środowisko organizacji Reporterzy bez Granic, która odmówiła uznania osób takich jak Taha Bouhafs za prawdziwych dziennikarzy i wystąpienia wraz ze związkami w jego obronie wobec policyjnych nadużyć. To Bouhafs sfilmował, jak osobisty przyboczny Macrona Alexandre Benalla poturbował i „aresztował” demonstrantów podczas pierwszomajowych obchodów w 2018 roku – jego kilkusekundowe nagranie wywołało największy jak dotąd osobisty kryzys prezydenta.

Budzi to zdumienie, jako że Reporterzy bez Granic w tym miesiącu rozpoczęli nową kampanię pod hasłem „Rzeczywistość istnieje tylko wtedy, gdy ktoś o niej informuje”. Stwierdzają w niej, że „celem jest unaocznienie widzom, jak istotną rolę odgrywa dziennikarstwo, które umożliwia ludziom rozumienie kluczowych dla przyszłości kwestii i podejmowanie działań”. Kampania ta jest finansowo wspierana przez państwową agencję rozwoju, a wszystkie użyte w niej przykłady pochodzą spoza Francji.

Prawo i przemoc. O źródłach brutalności policji

Pomysł, że ludzie tacy jak Bouhafs nie są w pełni dziennikarzami, znalazł już odzwierciedlenie w znowelizowanych przepisach o utrzymywaniu porządku publicznego, opublikowanych we wrześniu przez Darmanina. W myśl nowych zasad osoby posiadające „oficjalną” francuską legitymację prasową mogą zawiadomić policję o swojej obecności na jakimkolwiek zgromadzeniu i uzyskać „ochronę służb porządkowych”. Związki zawodowe dążą do uchylenia tych przepisów wraz z ustawą o globalnym bezpieczeństwie i jej art. 24, zabraniającym filmowania policyjnej przemocy.

Wściekli reporterzy

Fortele Macrona mogą polegać na zamrożeniu art. 24, ale także na wprowadzeniu dalszych niebezpiecznych rozwiązań. Darmanin właśnie wydał Dekret nr 2020-1511, który zmienia zapisy francuskiego kodeksu bezpieczeństwa wewnętrznego dotyczące gromadzenia danych osobowych na podstawie przepisów sekcji zatytułowanej „Zapobieganie zagrożeniom dla bezpieczeństwa publicznego”. Służby bezpieczeństwa będą od tej pory zbierać informacje na temat „poglądów politycznych, filozoficznych lub przekonań religijnych bądź uczestnictwa w organizacjach związkowych”.

W sobotę wieczorem Darmanin ogłosił na Twitterze „Siła pozostała przy prawie” (fr. Force est restée à la loi), co według niego jest sposobem na to, abyśmy wszyscy zrozumieli, co kryje się za jego nowym dekretem i art. 24.

Kilka z zatrzymanych osób – ku jego uciesze – zostało aresztowanych, często brutalnie, wyłącznie za filmowanie policji. Jedną z tych osób był członek organizacji o nazwie Wściekli reporterzy (Reporters en Colère). Ten nastrój się udziela.

**
Chris Myant
rozpoczął karierę dziennikarską w 1968 r. w gazecie „Morning Star”, którą kontynuował w 7Days. Następnie pracował dla Komisji na rzecz równouprawnienia rasowego oraz Komisji ds. równości i praw człowieka. Od dziesięciu lat mieszka w Paryżu, gdzie czynnie działa w Krajowym Związku Dziennikarzy.

Artykuł ukazał się w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij