Świat

Striptiz to praca. I kropka

System patriarchalny nie przewiduje miejsca dla kobiet, które sprawują kontrolę nad swoim ciałem i seksualnością, a w dodatku potrafią zarabiać na tym pieniądze i wybić się na niezależność. Wobec tego równouprawnienie płci jest fikcją i pozostanie nią tak długo, jak długo społeczeństwo i prawo będą stygmatyzować pracę seksualną – mówi nam Sonia Nowak – Polka, która w brytyjskim sądzie wywalczyła prawa pracownicze dla siebie i innych striptizerek.

Paulina Januszewska: Co zmieniło się w twojej pracy po przeprowadzce do Londynu?

Sonia Nowak: Przede wszystkim zaczęłam otwarcie mówić o tym, co robię. Tańczę w klubach od 2012 roku i o ile moja rodzina oraz przyjaciele wiedzieli, jak zarabiam, o tyle dalsi znajomi czy ludzie z uczelni – już nie. Jak większość osób związanych z tą branżą prowadziłam podwójne życie. W tygodniu byłam studentką, a w weekendy – striptizerką.

Angażowałaś się już wtedy w obronę praw pracowniczych w tej branży?

Nie miałam o tym bladego pojęcia, chociaż w 2015 roku – czyli na rok przed moim wyjazdem do Wielkiej Brytanii – działały już takie inicjatywy jak Sex Work Polska. Miałam świadomość tego, z jak głęboką społeczną pogardą spotykają się osoby świadczące usługi seksualne, i że ich praca – przynajmniej na razie – nie ma w Polsce szans na wyjście z podziemia. Zresztą po przejęciu władzy przez PiS kluby ze striptizem zaczęto spychać jeszcze bardziej na margines, utrudniając im np. reklamowanie się i ograniczając widoczność w przestrzeni publicznej.

Na Wyspach jest inaczej?

Inaczej. Z pewnością wynika to z różnic kulturowych i tych związanych z edukacją, co pośrednio przekłada się na wyraźnie zdrowszy stosunek społeczny do seksualności. Poziom otwartości i świadomości w Londynie odzwierciedla chociażby ogromna liczba kampanii społecznych na ten temat, podczas których można zrobić sobie badania pod kątem chorób przenoszonych drogą płciową, czy organizacji prowadzących działania z zakresu profilaktyki i zdrowia reprodukcyjnego. To w sumie zaskakujące, że w kraju, w którym ludzie są uważani z natury za oziębłych i bardzo poukładanych, rewolucja seksualna trafiła pod strzechy.

Porozmawiajmy o prostytucji

Jak to wszystko przełożyło się na twoje życie?

Oprócz samej przeprowadzki do Londynu niemały wpływ na mnie miała przyjaźń z Saszą Różycką, która jest wyoutowaną striptizerką i autorką głośnej książki Wenus bez futra. Dzięki jej odwadze i doświadczeniom zrozumiałam, że nie ma sensu się ukrywać. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w pewnym sensie jestem w nieco lepszej sytuacji niż większość dziewczyn w Polsce, bo one nie mogą liczyć na luksus mówienia prawdy o wykonywanym zawodzie. Do Wielkiej Brytanii przyjechałam jednak przede wszystkim po to, by skończyć studia – i właśnie na uniwersytecie z ogromnym zaskoczeniem odkryłam, jak wiele dzieli Kraków od Londynu.

Co na przykład?

Okazało się, że na mojej uczelni działa koło sportowe pole dance – tańca, który wprawdzie ma wiele wspólnego z akrobatyką, ale nie jest przecież pozbawiony zmysłowości. Nikt nie robi z tego jednak sensacji, bo cielesność i seksualność nie stanowią tu aż tak wielkiego tabu jak w Polsce. Mam też wrażenie, że praca seksualna jest zdecydowanie bardziej akceptowana społecznie, o czym może świadczyć fakt, że kluby ze striptizem otwarcie funkcjonują w przestrzeni publicznej obok zwykłych pubów czy restauracji. Nie chowa się ich za wielkimi kotarami, zaciemnionymi szybami czy odstraszającymi bramami. Są zaprojektowane z rozmachem, wyposażone w przyciągające uwagę przechodniów kolorowe szyldy i neonowe reklamy.

A striptizerki mają tu swój związek zawodowy. Jak do niego trafiłaś?

Częściowo wzięło się to z mojego aktywistycznego zacięcia i feministycznych poglądów. Walka o prawa kobiet od zawsze była dla mnie istotna, ale pełnoprawną aktywistką mogę się nazywać dopiero od 2016 roku. Wtedy zaangażowałam się w protesty przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej i zaczęłam działać w grupie Dziewuchy Dziewuchom. Po opuszczeniu kraju dołączyłam do ich londyńskiego oddziału, który organizował manifestacje i akcje społeczne korespondujące z tym, co działo się w Polsce, a ostatecznie stał się samodzielnym bytem. Będąc w tym środowisku, w końcu natrafiłam też na osoby działające w przestrzeni związanej już bezpośrednio z moim zawodem, czyli East London Strippers Collective.

To – jak piszą o sobie jej członkinie – „grupa zadziornych, elokwentnych i całkowicie niezależnych kobiet, które są striptizerkami, rzucają wyzwanie piętnu nałożonemu na ich pracę i łamią stereotypy”. Co dokładnie robicie?

Organizujemy akcje społeczne, manifestacje, imprezy i wydarzenia kulturalne (np. spektakle teatralne, rysowanie na żywo), podczas których edukujemy społeczeństwo na temat naszej pracy, dajemy występy na żywo i opowiadamy o swoich doświadczeniach. Wychodzimy z założenia, że bezpośredni kontakt z innymi ludźmi ułatwia przekonanie ich do tego, że praca seksualna to taka sama praca jak każda inna. Przede wszystkim jednak wymieniamy się między sobą wiedzą, by rozwiązywać problemy obecne w naszej branży. Podejmujemy też współpracę z takimi organizacjami jak Amnesty International albo Women’s Strike Assembly, która organizuje w Londynie Marsze Kobiet, wypowiadamy się w mediach.

W 2018 roku w ramach współpracy organizacji działających na rzecz dekryminalizacji pracy seksualnej, takich jak Decrim Now, x:talk project, Sex Worker Advocacy and Resistance Movement, ELSC i związkiem United Voices of the World powstał związek zawodowy – stworzony przez osoby pracujące seksualnie i dla nich. W dużej części tworzyły go striptizerki, m.in. te werbowane spośród naszych koleżanek z pracy.

Dlaczego właśnie one?

Bo ze wszystkich seksworkerek to one mają największą swobodę mówienia publicznie o swoim zawodzie. Striptizerki nie są tak stygmatyzowane jak osoby świadczące komplet usług. Dzięki temu mogą nagłaśniać kwestie wyzysku lub innych zagrożeń w branży, walczyć o zmianę systemu prawnego i torować drogę do sprawiedliwego traktowania tych, którym zazwyczaj odmawia się jakiejkolwiek podmiotowości, społecznego szacunku, a przede wszystkim ochrony prawnej. Z większym piętnem mierzą się głównie kobiety (ale także mężczyźni czy osoby transpłciowe), które pracują w escortingu, bo w świetle prawa robią to nielegalnie. Nie mogą więc zgłosić się nigdzie o pomoc, kiedy np. doświadczają przemocy lub wyzysku, bo to naraża je na jeszcze większe niebezpieczeństwo i odpowiedzialność karną.

Dużo słyszymy o tym, jak wszyscy chcą zwalczać przestępcze procedery narosłe wokół escortingu. Ale do tego w pierwszej kolejności potrzebne są odpowiednie regulacje prawne. Niestety polityka i ustawodawstwo są w tej sprawie bezczynne i w większości krajów podtrzymują krzywdzące dla pracownic i pracowników praktyki.

Czy dziwka to człowiek?

czytaj także

Czy dziwka to człowiek?

Święta Ladacznica

Dość wymownie istotę problemu podsumowuje Lydia Caradonna, seksworkerka działająca m.in. w organizacji Decrim Now, która na łamach „The Independent” pisze, że twoje miejsce pracy, czyli klub go-go, jest w pełni licencjonowane, a jej to „nielegalny burdel”. Czyli jednak nie jest tak różowo?

Społeczny stygmat to jedno, a kiepskie prawo – drugie. Dlatego organizacje wspierające seksworkerki dążą do pełnej dekryminalizacji świadczenia usług seksualnych, bo tylko w ten sposób będzie można ochronić przed zagrożeniami zarówno osoby pracujące dobrowolnie, jak i te, które znajdują się w tzw. podziemiu. Karanie pracy seksualnej, a zwłaszcza escortingu, nie pomaga nikomu, nie czyni tych zajęć bezpieczniejszymi ani nie sprzyja ewentualnemu opuszczeniu zawodu. Niestety, w dyskusji na ten temat najdonośniej wybrzmiewają poglądy abolicjonistów, którzy stawiają znak równości między dobrowolną pracą seksualną a handlem ludźmi i zmuszaniem do prostytucji dzieci.

Niektórzy wytykają seksworkerkom, że ich walka o dekryminalizację nie pomaga sprawie, wynika z uprzywilejowanej pozycji albo wręcz jest frontem lobby sutenerskiego. 

Najgorsze jest chyba to, że wiele takich głosów słychać w środowiskach feministycznych, które w tym sporze nie stoją po właściwej stronie, czyli po stronie kobiet, a chcąc zbawić osoby, które wykonują pracę seksualną przymusowo, paradoksalnie opowiadają się za rozwiązaniem, które pogłębia handel ludźmi czy przemoc w tej branży. Zakazując pracy seksualnej, tak naprawdę czyni się ją jeszcze groźniejszą, ponieważ spycha się ją do podziemia, które do tej pory jest trudno namierzyć. Feministki w sposób szczególny powinny współpracować z seksworkerkami, żeby wiedzieć, jak mogą im realnie pomóc, zamiast wygłaszać pełne niewiedzy i oparte na hipokryzji tezy, że prohibicjonizm lub model nordycki „uratują” osoby, które dobrowolnie wykonują pracę lub są ofiarami handlu ludźmi. Z kolei argument o uprzywilejowaniu uważam za kompletnie nietrafiony.

Dlaczego?

Bo nie można przymykać oczu na to, że ogromna część osób pracujących seksualnie decyduje się tak zarabiać nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także dlatego, że po prostu chcą to robić i nabywać zdolności zawodowe. Mamy pozwolić, by te osoby też nie miały żadnych praw, były wyzyskiwane lub traktowane jak przestępczynie tylko dlatego, że w podziemiach kwitnie handel ludźmi? Swoją drogą, w dyskusji o pracy seksualnej nastąpił ciekawy zwrot, bo jeszcze parę lat temu o seksworkerkach mówiono, że pochodzą z marginesu społecznego i patologicznych, przemocowych rodzin, są niewykształcone, mają problemy z alkoholem i narkotykami, cierpią na poważne zaburzenia psychiczne albo przeszły traumy na tle seksualnym. A teraz społeczeństwo tę dyskredytującą i opresyjną narrację diametralnie zmienia, zarzucając nam cynizm i uprzywilejowanie.

Z czego to według ciebie wynika?

Z konserwatyzmu, fałszywej moralności, patriarchatu. Nasza praca od zawsze była źle postrzegana, a teraz powstają coraz to nowe argumentacje, by ten stan rzeczy utrzymać i wyrugować nas z przestrzeni publicznej. Myślę, że większość ludzi po prostu sobie z tą kwestią nie radzi na poziomie quasi-moralnym i nie chce postulatów seksworkerek usłyszeć.

Ludzie mają wręcz do nas pretensje, że działając – ich zdaniem – wbrew swojej godności, potrafimy na siebie zarobić i jeszcze się przy tym rozwijać, kończyć studia i żyć według własnych zasad. Brzmi to tak, jakbyśmy nie miały prawa do otrzymywania pieniędzy za swoją pracę, a już na pewno nie do płatnego urlopu macierzyńskiego czy ubezpieczenia. Mam w dodatku wrażenie, że ludziom się nie mieści w głowie, że rozbieranie się czy uprawianie seksu może – o zgrozo – przynosić satysfakcję i nie jest okupione cierpieniem. Wszyscy tkwimy w systemie kapitalistycznym i skoro na razie nikt nie wymyślił, czym go zastąpić, to próbujemy w nim jakoś przetrwać. Tak samo, jak pielęgniarki, opiekunki, nauczycielki czy dziennikarki, spośród których przecież jest wiele takich, które lubią swoją pracę. Kuriozalne jest przede wszystkim to, że przeciwnicy i przeciwniczki sekspracy umacniają system, z którym rzekomo walczą.

Ale nie da się ukryć, że branża erotyczna jest oparta na uprzedmiotowieniu ciała kobiety. Jak to połączyć z feminizmem? Gdzie w tym emancypacja?

Problem tkwi w tym, że system patriarchalny nie przewiduje miejsca dla kobiet, które sprawują kontrolę nad swoim ciałem i seksualnością, a w dodatku potrafią zarabiać na tym pieniądze i wybić się na niezależność. Wobec tego uważam, że równouprawnienie płci jest fikcją i pozostanie nią tak długo, jak długo społeczeństwo i prawo będą stygmatyzować pracę seksualną. Widać to szczególnie na poziomie polskiego społeczeństwa. Patriarchat wmówił kobietom, że jeśli porzucą siedzenie w kuchni lub bycie typowymi matkami Polkami, to i tak nie powinny się za bardzo wychylać, lecz wejść w bezpieczne ramy dalekie od posiadania władzy, pieniędzy i satysfakcji seksualnej.

Seksworkerka: Dlaczego chcę pełnej dekryminalizacji usług seksualnych

Konsensualna praca seksualna się w to nie wpisuje?

No nie, bo może stać się dla wielu osób trampoliną do wolności i wspomnianej przez ciebie emancypacji. To praca, która z pewnością daje poczucie władzy i kontroli, bo przecież osoba pracująca decyduje o tym, co będzie robić z klientem, wyznacza granice swojej strefy komfortu i nakręca całą sytuację. Jako tancerka sprawiam, że mężczyzna wydaje na mnie pieniądze. Zaspokajam jego potrzeby, ale jeśli nie będę chciała go obsłużyć, to odmówię tego tańca i po prostu nie zarobię. Dlaczego jednak w przekonaniu większości społeczeństwa nie mogę używać swoich atutów, inteligencji, piękna, zdolności do empatii (bo na tym też ta praca polega) i umiejętności komunikacyjnych do tego, żeby dostawać pieniądze? Dlaczego nikt nie ma problemu z zarabianiem na intelekcie, a na ciele już tak? Jednocześnie muszę też podkreślić, że seksworkerkom wbrew pozorom nie chodzi o gloryfikację ich pracy.

A o co?

O to, by traktować ją jak każde inne zajęcie. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że jest sporo pokus, by o pracy seksualnej mówić w kontekście kobiecego empowermentu. Zgadzam się też z tym, że bywa ona źródłem siły, odwagi, niezależności, zwłaszcza że seksualność definiowana przez patriarchat traktuje kobietę przedmiotowo, a w naszej pracy role niejako się odwracają. Uważam jednak, że tak naprawdę każda profesja wykonywana przez kobietę może dawać jej wzmocnienie. Kobiety, które pracują na kopalni, to dopiero przykład empowermentu. Jeśli więc będziemy twierdzić, że sekspraca to coś ponad miarę i że pracownice seksualne cieszą się większym poziomem wyzwolenia niż inne kobiety, to nigdy nie znajdziemy się na właściwym poziomie debaty publicznej i normalizacji usług seksualnych. Powtórzę – chodzi o traktowanie tych zajęć w sposób równy innym, uczciwym sposobom zarabiania i uwzględniający wynikające z tego obowiązki oraz prawa.

Z jakimi problemami w pracy mierzą się tancerki erotyczne?

W Wielkiej Brytanii najczęściej skarżą się na rodzaj umowy z klubami. Menadżerowie w większości tych miejsc każą tancerkom podpisywać kontrakty o samozatrudnieniu, co na pierwszy rzut wydaje się okej. W rzeczywistości jest tak, że aby móc pracować w klubie, trzeba spełnić mnóstwo warunków: nosić narzucony przez pracodawcę strój, spowiadać się z dyspozycyjności, wypracowywać konkretną liczbę godzin w tygodniu, stawiać się o określonej godzinie itd. Bez zgody menadżera nie wejdziesz o dowolnej porze do pracy, nie wyjdziesz z niej, nie wyjedziesz na wakacje wtedy, kiedy chcesz, ani nie założysz butów, w których tańczy ci się najlepiej.

Słowem: klub wymaga od striptizerki tego, czego od etatowego pracownika?

Tak, ale tylko w zakresie nakładanych na nią obowiązków, bo już korzyści płynące z pracy na tym niepisanym etacie nas nie obowiązują. Zgodnie z prawną definicją samozatrudnienia musimy samodzielnie odprowadzać podatki, nie mamy żadnych zabezpieczeń na wypadek choroby ani prawa do urlopu macierzyńskiego, a w dodatku w każdej chwili możemy wylecieć z pracy. Z pracy, która nie jest też szczególnie tania, bo klub pobiera od tancerek opłaty za to, że „wynajmują” miejsce, w którym świadczą swoje usługi, tzw. house fee – no i, rzecz jasna, prowizje od występów.

Jaką część zarobków trzeba oddać klubowi?

Za zwykły taniec najczęściej 25 proc. Za dłuższy i prywatny czas spędzony z klientem – 30 proc. lub więcej. Powiedzmy, że za pokaz indywidualny ktoś płaci mi 100 funtów. Dostaję z tego 70, czyli nieźle. A ile w tym samym czasie zarabia klub? O wiele więcej, bo oprócz prowizji z moich zarobków kasuje opłatę na drzwiach i za prywatny pokój, no i oczywiście wymaga od klienta otworzenia rachunku. Moim zadaniem jest oczywiście dbać, by ten klient nie oszczędzał na drinkach, a najlepiej zapłacił kilkaset funtów za butelkę szampana. Od całości klub dolicza sobie jeszcze 10 proc. napiwku. Jak to wszystko zsumujesz, to zobaczysz, jak nierówne są to proporcje. A przecież tak naprawdę ten biznes utrzymują tancerki. Gdyby nie my, nie byłoby klientów.

W szarej strefie przemocy seksualnej [o serialu „Mogę cię zniszczyć”]

Co ciebie zmotywowało do tego, by o prawa pracownicze walczyć w sądzie?

Chęć walki o sprawiedliwe traktowanie i unaocznienie wad systemu. Zostałam zwolniona po roku pracy w klubach Browns i Horns. Nie dość, że z dnia na dzień zostałam na lodzie, to jeszcze usłyszałam, że powodem mojego zwolnienia miała być skarga klienta na moje niegrzeczne zachowanie. Takie wytłumaczenie dostaje każda wyrzucana tancerka, która w ten czy inny sposób odmawia bezwzględnego posłuszeństwa menadżerom. Nie udało mi się uzyskać żadnych dodatkowych wyjaśnień. Nie pozwolono mi nawet przyjść do klubu, by odebrać swoje rzeczy.

I wtedy co zrobiłaś?

Skonsultowałam tę sytuację ze związkiem zawodowym. Przysługiwała mi darmowa porada prawna, więc skorzystałam z pomocy adwokata, który po przejrzeniu mojej umowy stwierdził, że bez trudu moglibyśmy się starać o przyznanie mi statusu pracownicy. W jego ocenie kontrakt o samozatrudnieniu był niezgodny z prawem, bo wyraźnie nakreślał wymagania pracownika etatowego. Domyślałam się też, że tak naprawdę mogłam wylecieć z pracy przez aktywizm i fakt, że próbowałam werbować koleżanki z pracy do związku zawodowego. Na początku domagałam się odszkodowania, którego wypłata pozwoliłaby właścicielom klubu uniknąć rozprawy w sądzie. Oni jednak utrzymywali, że działalność związkowa nie była przyczyną zwolnienia, a ja byłam na samozatrudnieniu. „Chcesz procesu? To proszę bardzo” – usłyszałam w odpowiedzi. I tak też zrobiłam, bo kolejne próby korespondencyjnych negocjacji z klubem nic nie wskórały.

Udało ci się wygrać sprawę w sądzie, który przyznał ci status pracownicy i orzekł, że wszystkie tancerki klubu również nimi są, ponieważ każda podpisuje ten sam kontrakt. To oznacza, że przywileje pracownicze, jak płatny urlop czy zasiłek chorobowy, po prostu ci się więc należały. Jak ten wyrok zmieni sytuację seksworkerek w Wielkiej Brytanii?

Na pewno od tej pory właściciele klubów będą czuli się bardziej zobowiązani do zapewnienia swoim tancerkom podstawowych praw pracowniczych. To pierwszy taki przypadek na Wyspach. Na ten wyrok mogą się teraz powołać wszystkie dziewczyny znajdujące się w mojej sytuacji, jak również te, które dopiero będą negocjować warunki zatrudnienia. Mam nadzieję, że moje doświadczenia ośmielą inne osoby pracujące seksualnie do upominania się o przysługujące im prawa i poprawę swojej sytuacji. Zresztą, nasz związek odniósł już dwa kolejne zwycięstwa. Jedna z tancerek wygrała roszczenie o wypłatę, druga otrzymała status pracownicy.

Czyli można mówić o efekcie domina. 

Tak, ale trzeba pamiętać o tym, że osoby pracujące seksualnie wciąż mają spore obawy o utratę pracy. Nie chcą się wychylać ze strachu przed reakcją menadżerów i innych dziewczyn, bo są zastraszone przez system, który wmawia im, że mają być całkowicie posłuszne polityce panującej w klubie. Tam gdzie pracowałam, od tancerek oczekiwano wdzięczności i całowania pracodawcy po rękach za to, że w ogóle mogą przychodzić do klubu i zarabiać. A przy tym oddawać menadżerom horrendalnie wysokie prowizje. Wiele dziewczyn nie dostrzegało kuriozum tej sytuacji. Ba, ja sama długo myślałam, że tak po prostu musi być. Gdy któraś z nas się skarżyła, słyszała: „Jak ci się nie podoba, to do widzenia. Na twoje miejsce są setki chętnych”. Wykonywałyśmy ciężką pracę, by utrzymać de facto czyjś biznes. Nic dziwnego, że na hasła o związkach zawodowych i prawach pracowniczych tancerki reagują alergicznie. „Po co związki? System się nigdy nie zmieni. Po co ubezpieczenie?” – mówiło wiele z nich. Ano po to, żeby nie zostać z ręką w nocniku w takich sytuacjach jak chociażby ta, z którą mamy do czynienia teraz.

Masz na myśli pandemię?

Tak. Z powodu koronawirusa kluby zostały zamknięte. Wszystkie dziewczyny potraciły pracę i nie mają żadnego źródła dochodu. Jeśli chodzi o pokrycie strat – rząd wprawdzie oferuje coś na kształt polskich tarcz antykryzysowych, ale tylko dla osób, które odprowadzały podatki i zarejestrowały swoją działalność.

A czy prawa seksworkerek pojawiają się w debacie politycznej?

Zalążki tej dyskusji pojawiły się w Partii Pracy. Jeremy Corbyn powiedział publicznie, że byłby za dekryminalizacją tych zawodów. Ale to było cztery lata temu. Temat upadł, zaś obecny, konserwatywny rząd jest, rzecz jasna, przeciwny takim rozwiązaniom. Jednocześnie od momentu, gdy powstał związek zawodowy seksworkerek w Londynie i w 2019 roku odbył się pierwszy na tak wielką skalę strajk osób pracujących seksualnie, sprawa sekspracy coraz częściej pojawia się w mediach i kampaniach społecznych. Myślę, że mamy już przygotowany grunt pod większe batalie. Sam fakt, że utworzyłyśmy związek zawodowy, jest przełomowym krokiem.

Chciałabym, by to samo wydarzyło się w Polsce. Podejrzewam jednak, że pewnie jeszcze długo trudno to sobie będzie w ogóle wyobrazić. Dlatego na razie pozostaje działanie koalicji Sex Work Polska, organizacji sojuszniczych i mediów.

***

Sonia Nowak – pracownica seksualna, aktywistka i performerka. Od 2016 współpracuje z kolektywami, organizacjami feministycznymi i związkiem zawodowym United Sex Workers w Londynie, walcząc o prawa kobiet i osób pracujących seksualnie. Jako performerka słynie z angażujących publiczność aktów w rytm muzyki techno. W 2019 roku została nominowana przez Sexual Freedom Awards w kategorii Striptizerka Roku.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka konkursu Dziennikarze dla klimatu, w którym otrzymała nagrodę specjalną w kategorii „Miasto innowacji” za artykuł „A po pandemii chodziliśmy na pączki. Amsterdam już wie, jak ugryźć kryzys”. Nominowana za reportaż „Już żadnej z nas nie zawstydzicie!” w konkursie im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją” skierowanym do młodych, utalentowanych dziennikarzy. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij