Świat

Ostolski: Rosję Putina wyhodowało szacowne centrum zachodnioeuropejskiej polityki

W którymś momencie trzeba będzie usiąść i zastanowić się, jak i gdzie urosło rosyjskie zagrożenie. Trzeba będzie zrozumieć, że inwestycja w Schroedera czy Fillona to był poważny biznes. Artur Troost rozmawia z Adamem Ostolskim.

Artur Troost: Partia Razem zerwała z lewicowymi międzynarodówkami Progressive International i DIEM25 ze względu na ich zbyt symetryzujące stanowiska w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę. Jak to oceniasz?

Adam Ostolski: Wolałbym, żeby partia Razem posunęła się dalej i pozbawiła Janisa Warufakisa funkcji lidera DIEM25, ale nie jestem pewien, czy ta funkcja jest w ogóle wybieralna… To tak półżartem.

Bardzo pochwalam tę decyzję. Uważam, że stanowisko DIEM25 i Janisa Warufakisa jest nie do przyjęcia. Ale nie dlatego, że nie jest dość antyrosyjskie, bo można kochać kulturę rosyjską, być rusofilem nawet, ale jednocześnie zdobyć się na zdecydowane potępienie agresywnych działań Władimira Putina i państwa rosyjskiego wobec Ukrainy oraz przemoc, którą dyktator stosuje wobec własnego społeczeństwa.

Warufakis, Chomsky czy Klein nie chwalą wprost Putina. Potępiają rosyjską agresję, a jednocześnie z pozycji antywojennych atakują NATO i przypominają o imperializmie amerykańskim, stosując przy tym, owszem, pewien symetryzm.

Wymieniłeś trzy ważne dla intelektualnej lewicy nazwiska. Uważam, że w każdym z tych przypadków jest to jednak trochę inna sytuacja. A tutaj akurat niuanse są istotne.

Najbardziej krytycznie oceniam postawę Warufakisa – dlatego że on z niejasnego dla mnie powodu rości sobie prawo do bycia tym, który rozstrzyga, co jest najlepsze dla Ukrainy, dla ukraińskiego społeczeństwa. I dochodzi do wniosku, że ów najlepszy wynik dla ukraińskiego społeczeństwa powinien być wynegocjowany w rozmowach między Moskwą a Waszyngtonem. Jednocześnie uważa się za demokratę i antyimperialistę, co w rezultacie jest po prostu komiczne i żałosne.

Razem odcina się od zachodnich lewicowych międzynarodówek. Przez Rosję

Warufakis sam przyjmuje de facto postawę imperialistyczną i kolonizatorską?

Jak to inaczej rozumieć, skoro uważa, że wie, co jest dla innego społeczeństwa najlepsze, nie wykazując przy tym najmniejszej gotowości wsłuchania się w głos samych zainteresowanych?

Jednak o ile stanowisko Warufakisa uważam za kuriozalne i nie do przyjęcia, o tyle jest też wielu lewicowych autorów i autorek, z których opiniami się nie zgadzam, ale uważam, że mają do nich prawo, bo wyrażają pewne poglądy, które są też akceptowalnymi poglądami, także na lewicy w Europie Wschodniej. Nie jest tak, że wszyscy myślimy o NATO to samo. Nie jest tak, że wszyscy tak samo oceniamy amerykański imperializm. I nie wszyscy odnosimy się tak samo do prośby Zełenskiego o ustanowienie nad Ukrainą strefy zakazu lotów czy do postulatu włączenia jej do Paktu Północnoatlantyckiego.

Są sprawy, w których można się różnić. Czym innym jest jednak różnić się i wychodzić z argumentami, a czym innym zajmować pozycję „ja wiem lepiej, bo patrzę z jakiegoś punktu widzenia, z którego po prostu się wie lepiej”. To jest ta perspektywa kolonialna, którą należy odrzucić.

O Ukrainie tylko z Ukraińcami

czytaj także

O Ukrainie tylko z Ukraińcami

Przemysław Wielgosz

W tym kontekście pojawia się nowe popularne słowo: westsplaining. Trafia w sedno tego sporu?

To pożyteczny termin do wytrącania z pewnych odruchów umysłowych, wezwania zachodnich intelektualistów, żeby zaktualizowali oprogramowanie w swoich głowach.

Dyskusja ta zwraca też uwagę na problem asymetrii władzy w dyskursie. Po części biorący się moim zdaniem z niezrozumienia dialektycznej relacji między tym, co lokalne, a tym, co uniwersalne. Autorzy i autorki z szeroko pojętej Ameryki (można powiedzieć, że obejmuje ona też Kanadę, a jak widać, nawet kawałek Grecji!) słusznie uważają, że zagrożenia czy nadużycia uniwersalnych zasad należy krytykować w pierwszej kolejności u siebie w domu.

To, że amerykański lewicowiec jest najbardziej podejrzliwy wobec imperialistycznej polityki USA, jest jak najbardziej właściwą postawą w wielu momentach. Zwłaszcza wtedy, kiedy obserwujemy rzeczywiste działanie krytykowanej przez niego polityki – tak było w przypadku wojny w Iraku, programu szpiegowskiego PRISM, archipelagu tortur CIA czy prześladowania sygnalistów, które, zdaje się, miało swoje apogeum za prezydentury demokratycznego prezydenta Obamy… Dużo znamy takich przypadków. I dobrym odruchem jest krytykowanie w pierwszej kolejności tego, co złego dzieje się u nas w domu.

Zachód chce objaśniać nam świat. Czego nie wie o Europie Wschodniej?

Tylko że taki odruch intelektualny ma to do siebie, że nie możemy rozciągać go na każdą inną sytuację, uniwersalizować jego użycia. Bo to nadal zaledwie odruch, a nie osąd wydany po refleksji i dogłębnym zbadaniu sytuacji. Używanie odruchów na zasadzie kopiuj-wklej zabija zdolność osądzania konkretnej sytuacji w rzeczywistym kontekście.

W efekcie jakaś część zachodniolewicowych intelektualistów w pewien sposób odpuszcza krwawą wojnę rosyjskiemu imperium. Gdyby chodziło o interwencję zbrojną Ameryki, piórami tych samych autorów powstawałoby teraz najżarliwsze teksty, protesty, listy otwarte i wezwania do rozliczenia winnych.

Można powiedzieć, że oni rozumieją, że uniwersalne wartości zawsze realizują się w lokalnych walkach, tylko nie rozumieją, że w tym momencie to nie Ameryka jest w centrum świata. To zafiksowanie się na antyimperializmie wymierzonym w USA przydarza się np. hiszpańskiej partii Podemos, która jako jedyna w parlamencie hiszpańskim zagłosowała przeciwko dostawom broni na Ukrainę, argumentując, że spowoduje to tylko więcej cierpienia i śmierci. Zastanawiam się, czy w 1936–1937 roku odrzuciliby też dostawy broni dla republikańskiej Hiszpanii, żeby szybciej doprowadzić do zakończenia wojny.

Jest w tym wyraźny paradoks: jednym z absolutnych wyznaczników lewicowej polityki od pewnego czasu jest nienarzucanie swoich perspektyw, tylko słuchanie głosu ofiar/ludów podporządkowanych. I to działa, kiedy zachodnia lewica słucha i wzmacnia głos np. rdzennych ludów obu Ameryk czy mniejszości seksualnych. Dlaczego nie chce wsłuchać się w głos ludności rdzennej z Europy Wschodniej?

To „słuchanie głosu ofiar” samo może być częścią problemu. Bo Ukraińcy przecież nie chcą być ofiarami. Walczą, i to z bronią w ręku, by nimi nie być. W ostatnich dekadach w myśleniu lewicowym często zapomina się, że pozycja ofiary nie jest pozycją emancypacyjną. Horyzont lewicowych wartości ogniskuje się dziś na równości i tożsamości i często zapominamy, że to tylko narzędzia, zaś podstawowymi dla lewicy wartościami są wolność i wspólnota. W ten sposób tracimy więź nie tylko z naszą tradycją, ale też z energią społeczną, która zawsze dawała lewicy siłę.

Warto przypomnieć sobie, jak lewica zareagowała sto lat temu na wojnę rosyjsko-japońską. W 1904 roku wybuchła wojna między Japonią i Rosją. Lewica nie zastanawiała się wówczas, kto ma rację (oba kraje prowadziły politykę imperialistyczną), tylko jak wykorzystać wojnę w Rosji do obalenia caratu. To nie znaczy, że wszyscy mieli to samo zdanie. Żarliwe polemiki Róży Luksemburg i Ignacego Daszyńskiego z tamtego okresu wciąż warto czytać. Mogli nie zgadzać się w wielu kwestiach, ale oboje nie mieli wątpliwości, że największą wartością jest wolność i że o tę wolność trzeba walczyć. Nie było gadania o „deeskalacji”, o „uzasadnionych obawach” Rosji w stosunku do Japonii czy o jak najszybszym „rozwiązaniu” konfliktu na serwetce w kawiarni.

Także dziś w Rosji, mimo represji i blokady informacyjnej, trwają protesty. Aresztowano już kilkanaście tysięcy osób. Wojnie sprzeciwia się mniejszość społeczeństwa, ale jeśli ktokolwiek w Rosji, to właśnie ta mniejszość, a nie dyktator na Kremlu, zasługuje z naszej strony na zrozumienie swoich uzasadnionych obaw o bezpieczeństwo. Któremu nie zagraża ani NATO, ani wojsko ukraińskie, lecz wyłącznie aparat represyjny rosyjskiego państwa.

Zwracamy się do was z więzienia, które nazywa się Rosja [list]

Bez względu na to, czy mówimy o Ukrainie, czy o Rosji, część zachodniej lewicy intelektualnej okazuje się zwyczajnie niesolidarna z buntującym się i walczącym o swoją wolność społeczeństwem. Kontrastuje to z działaniami zachodniej klasy robotniczej, która nie ma takich dylematów. Trwające od początku wojny protesty brytyjskich dokerów, odmawiających rozładunku rosyjskiej ropy, dają ważną lekcję solidarności.

A może tak jak Balcerowicz nigdy nie da się przekonać, że transformację można oceniać negatywnie czy choćby ambiwalentnie, tak samo część lewicy, której poglądy wyraża Warufakis, nie da się przekonać, że ktoś może chcieć być w NATO? Że można z sensem upatrywać w NATO gwarancji bezpieczeństwa? Że tak zwana wschodnia lewica patrzy na NATO i Rosję przez pryzmat własnego podwórka, podczas gdy zachodni politycy i komentatorki zwracają uwagę na politykę NATO i jego sojuszników w innych rejonach świata.

Sam wiele razy protestowałem przeciwko różnym działaniom wojsk amerykańskich, a także NATO. Ale chcę podkreślić jedną ważną rzecz. Widzimy na lewicy, że NATO jest przedłużeniem hegemonii amerykańskiej, ale już rzadziej dostrzegamy, że ono ją również ogranicza. Wymieniłem wyżej cztery skandaliczne przykłady imperialnych działań Stanów Zjednoczonych – zwróćmy uwagę, że żadne z nich nie było realizowane w ramach NATO. Wojna w Iraku nie była prowadzona przez NATO, bo kluczowi sojusznicy się na nią nie zgodzili. To robi dużą różnicę.

Do zachodniej lewicy: Nie trzeba kochać NATO, ale Rosja nie jest słabszą, zagrożoną stroną

czytaj także

Do zachodniej lewicy: Nie trzeba kochać NATO, ale Rosja nie jest słabszą, zagrożoną stroną

Zofia Malisz, Magdalena Milenkovska, Dorota Kolarska i Jakub Gronowski

Czasami na amerykańskich filmach bohater lub bohaterka odpowiadają na pytanie „Dlaczego Ameryka jest największym, najwspanialszym krajem na świecie?”. Można wymienić dowolny powód, ale nie można zakwestionować wpisanego w pytanie założenia o tym, że Ameryka rzeczywiście jest największa i najwspanialsza. Taka konstatacja jest po prostu esencją amerykańskiego poczucia wyjątkowości i mam wrażenie, że duża część krytyków amerykańskiego imperializmu tak naprawdę dalej pozostaje w jego kręgu, tylko z odwróconym wektorem. Lewicowi antyimperialiści są tak bardzo skupieni na perspektywie amerykańskiej, że nie dostrzegają, że nie zawsze to Ameryka jest tym największym albo jedynym złem na świecie.

Partia Razem mówi o „emancypacji” wschodniej lewicy, ale czy to nie jest taka sama emancypacja jak PiS-u z Unii Europejskiej? „Oni nas nie rozumieją”, „my ich nie obchodzimy”, „nasze uwarunkowania są inne”, więc zabieramy zabawki i wychodzimy. Czy to nie jest porażka nawet nie tyle dla wschodniej lewicy, ile dla, nie bójmy się tego słowa, internacjonalizmu w ogóle?

Jednak wśród mistrzów myślenia lewicowego byli Michał Bakunin, Lew Tołstoj, Róża Luksemburg czy Michał Kalecki – wszyscy ze wschodniej części kontynentu. Nie wiem, czy są to osoby, które potrzebowałyby jakiejś emancypacji. Trochę nam te własne tradycje uciekły w ostatnich 30 latach.

Kiedy czytałem różne głosy z lewicy zachodniej, widziałem też, że niektórzy pod wpływem dyskusji z lewicą ze Wschodu zmieniają zdanie. Są otwarci na argumenty, rozumieją, że ich perspektywa nie ogarnia całego świata. To jest np. casus Owena Jonesa czy Mariany Mazzucato, których pierwszy odruch był odruchem intelektualnej kserokopiarki, ale potem włączyli osąd i już się wypowiadają się zupełnie inaczej niż na początku.

Rzeczywisty internacjonalizm nie polega na przyjęciu perspektywy kolonialnego centrum jako wzorca słuszności i prawdy, lecz uwzględnienia wielości głosów i perspektyw. Dzięki tej wielości, która nigdy nie roztopi się w harmonijnym monologu, możemy zrozumieć świat lepiej i więcej wspólnie zdziałać. Rzadko się dziś pamięta, jakie były okoliczności powstania pierwszej Międzynarodówki. Otóż w lipcu 1863 roku w Londynie spotkali się przedstawiciele brytyjskich i francuskich robotników, aby omówić poparcie dla trwającego wówczas powstania styczniowego. Solidarność z polskimi powstańcami dała impuls do powstania ruchu o globalnym zasięgu. Jestem przekonany, że Marks i Engels popieraliby dziś walkę społeczeństwa ukraińskiego o wolność. Kto wie, może nawet żądaliby, by NATO zaangażowało się bezpośrednio?

Wyróżniłbym trzy nurty w westsplainingu, czy trzy figury retoryczne obecne w części zachodniej lewicy. Po pierwsze są więc tacy, którzy empatycznie rozumieją deklarowane przez Rosję poczucie zagrożenia „ekspansją” Zachodu. W gruncie rzeczy, czasem bezwiednie, wpisują się one w Putinowską narrację, że napaść na Ukrainę jest tak naprawdę aktem samoobrony. Nie będę wymieniał nazwisk, bo na to nie zasługują. Drugi nurt to intelektualiści, gotowi do rysowania rozwiązań złożonych problemów na serwetce w kawiarni – i dysponowania w ten sposób życiem i wolnością ludzi i społeczeństw. Tutaj zaliczyłbym Warufakisa. Trzeci nurt to ludzie używający dyskursu pacyfistycznego, którzy twierdzą, że żadnej wojny nie można wygrać, zbrojenia zawsze są złe, a dostarczanie broni Ukrainie przedłuża tylko wojnę i cierpienia jej ofiar. Tu zaliczyć można Jeremy’ego Corbyna czy partię Podemos.

Marks i Engels nie byli pacyfistami

Corbyn napisał na przykład, że zamiast wspierać walkę Ukraińców i Ukrainek z rosyjską armią, trzeba popierać ruch antywojenny w Rosji. Ale co to konkretnie znaczy? W przeszłości uczestniczyłem w wielu demonstracjach antywojennych w Polsce, zbieraliśmy się, protestowaliśmy, wyrażaliśmy moralny sprzeciw, a następnie rozchodziliśmy się bezpiecznie do domów. Wiemy, że protesty w Rosji tak nie wyglądają – osobom wyrażającym sprzeciw grozi aresztowanie, pobicie, w perspektywie nawet łagier.

Czy można „popierać” protestujących, nie dążąc do obalenia gnębiącej ich dyktatorskiej władzy? Czy można dążyć do obalenia tej władzy, nie kibicując temu, by przegrała wojnę? W Londynie czy Warszawie każdy może wyjść z karteczką „popieram ruch antywojenny w Rosji”, ale jeśli nie jest gotów wyciągnąć z tego wniosków, to jedynym, co tak naprawdę popiera, jest własne dobre samopoczucie.

Wróćmy do tego westsplainingu. Pytanie, czy za tym terminem nie kryje się zwykły młot na lewicę, którym ta wschodnia w dodatku sama chętnie wali się po głowie? Czy dzieląc się i rozwodząc, lewica sama nie robi prezentu skrajnej prawicy?

Obok różnicy geograficznej mamy też różnicę pokoleniową. Większość tuzów intelektualnej lewicy na Zachodzie ukształtowała się w okresie zimnej wojny. Kolejne pokolenie wyrosło w epoce niezakłóconej dominacji amerykańskiego imperializmu, podszytego językiem „interwencji humanitarnej”. Ci ludzie w ogóle nie zauważyli tragedii Czeczenii, przespali wojnę w Syrii i nie poświęcają specjalnej uwagi roli, jaką rosyjski imperializm odgrywa dziś w wielu krajach w Afryce. To naprawdę interesujące, że te same osoby uważają się nierzadko za wzorzec z Sèvres postawy internacjonalistycznej.

Młodsze pokolenie zachodniej lewicy ma już inne doświadczenia i przemyślenia o świecie. Z ich perspektywy skorzy do westsplainingu intelektualiści i politycy coraz bardziej przypominają zimnowojenne skamieliny, podczas gdy lewica z Europy Wschodniej może być partnerem i sojusznikiem.

Tak więc podczas gdy niektóre reakcje lewicy na rosyjską agresję w Ukrainie rozczarowują, inne dają powody do ostrożnej nadziei. Trzeba jednak zaznaczyć, że dzisiejsze błędy postaci takich jak Chomsky czy Warufakis mogą istotnie zawęzić pole manewru lewicy już w niedalekiej przyszłości. Dziś Amerykanie wspierają Ukrainę w wojnie sprawiedliwej i należy ich całym sercem wspierać, tak jak Karol Marks całym sercem wspierał Abrahama Lincolna w czasie wojny secesyjnej.

Ale to przecież nie znaczy, że Stany Zjednoczone przeszły definitywnie na jasną stronę mocy. Wkrótce czeka nas zapewne proces Juliana Assange’a, może powrócić dyskusja o TTIP, i nie ma żadnej gwarancji, że USA czy NATO nie zaangażują się – pośrednio lub bezpośrednio – w kolejną, ale tym razem niesprawiedliwą wojnę. Jednak krytyka tych działań będzie trudniejsza z winy aroganckich intelektualistów, którzy już dziś ciężko pracują na to, by jutro nie mieć w tych sprawach żadnej wiarygodności.

Assange: więzień bez wyroku, prorok bez przyszłości

Tylko że westsplainingu używa się jako narzędzia krytyki zachodniej lewicy, podczas gdy Putin rekrutował przecież przyjaciół głównie na skrajnej prawicy.

Oczywiście, nie jest to nowa obserwacja – Rosja w obecnym kształcie udziela politycznego (a czasem i finansowego) wsparcia najbardziej reakcyjnym, prawicowym siłom w Europie Zachodniej. Tak było w XIX wieku, gdy Marks i Engels analizowali polityczną rolę rosyjskiego samodzierżawia w Europie Zachodniej, i tak jest ponownie w naszych czasach. Dotyczy to już zresztą nie tylko Europy, Putin pomógł przecież uratować władzę Asada w Syrii, a w ostatnim czasie wspiera zamachy wojskowe w kilku państwach w Afryce.

Ale powiedzieć tyle to powiedzieć tylko część prawdy. Kiedyś zaproszono mnie do dyskusji w TVP Kultura na temat tego, czy Putin jest konserwatystą. Teza materiałów redakcyjnych była taka, że skrajna lewica i skrajna prawica w Europie Zachodniej są proputinowskie. Moja odpowiedź na to była inna. Oczywiście są siły, które mają albo sentymenty do Rosji odziedziczone jeszcze po epoce ZSRR, albo sympatię okraszoną sowicie rublami, ale największym i faktycznym źródłem rosyjskiej soft power w Europie nie były żadne skrajne, planktonowe siły polityczne. Byli nim niegdysiejsi premierzy i kanclerze, śmietanka, elity biznesu i polityki, takie postacie jak Wolfgang Schüssel, François Fillon czy Gerhard Schroeder, który nadal nie opuszcza rosyjskiego posterunku.

„Skrajna prawica z ludzką twarzą”. Le Pen coraz bliżej prezydentury

Trzeba dostrzec, że kluczowe w dokarmianiu Rosji, w budowaniu jej siły i przekonania, że może bezkarnie atakować innych, było polityczne centrum: establishment, najbardziej szanowane postacie polityki i biznesu. Żadna skrajność: ani lewicowa, ani prawicowa. W pewnym sensie można powiedzieć, że inwestycja w Marine Le Pen czy Alternatywę dla Niemiec to z punktu widzenia Kremla manewr odwracający uwagę, a w najlepszym razie długofalowa inwestycja o niepewnym zwrocie, podczas gdy inwestycja w postacie pokroju Schroedera czy Fillona to prawdziwie poważny biznes.

Oczywiście, optyka może się zmienić, gdyby Le Pen wygrała wybory we Francji, ale nie zmieni się fakt, że jej wpływ na budowanie uzależnienia Europy Zachodniej od rosyjskich spółek energetycznych był jak dotąd zerowy, podczas gdy cały poczet szanowanych i niebudzących takich emocji postaci ma na tym polu realne osiągnięcia.

Nie pozostaje nic innego niż zagłosować na Macrona

Nie mówię tego po to, żeby przerzucać się odpowiedzialnością. Ale jeśli mamy wyciągnąć wnioski na przyszłość, to w którymś momencie trzeba będzie usiąść i zastanowić się, skąd zło, gdzie powstało i rosło rosyjskie zagrożenie. A ono nie powstało ani na radykalnej lewicy, ani nawet na skrajnej prawicy – ono powstało w najbardziej szacownym centrum zachodnioeuropejskiej polityki.

W Niemczech mówiło się często o polityce „Wandel durch Handel” – zmiany przez handel. To przekonanie, że poprzez relacje gospodarcze z krajami autorytarnymi można inspirować w nich prodemokratyczne zmiany. Nie zauważono jednak, że Putin przez 20 lat prowadził własną politykę „Wandel durch Handel”: podobnie jak w Rosji, inwestował w relacje z oligarchami, którzy mieli asekurować jego interesy. W lutym przekonaliśmy się, że Putin się trochę przeliczył. Ale za to, że pozwoliliśmy mu się przeliczyć, Ukraina płaci dzisiaj ogromną cenę. A poza tym przeliczył się tylko częściowo, bo rosyjski gaz ciągle płynie do Europy, a europejskie pieniądze do Rosji.

Wojna wojną, a biznes biznesem. Jak Zachód zbroił Rosję

Dlaczego warto o tym mówić?

Jak wiemy choćby od Piketty’ego, zachodni kapitalizm również ma naturę oligarchiczną. To nasi rodzimi oligarchowie przez lata budowali układ, w którym różne kraje Europy sprzedawały Rosji broń, nawet pomimo embarga, kupowały zaś gaz, ropę, węgiel i paliwo jądrowe. To nie jest tak, że pozycję Rosji w relacjach z Europą zbudowali ludzie z partii „prorosyjskich”. Zbudowali ją rozsądni ludzie, którzy lekceważyli zagrożenie, bo była okazja, by zarobić parę rubli.

Ten mechanizm dotyczy nie tylko spraw określanych jako „geopolityczne”; dotyczy też na przykład kryzysu klimatycznego. Działania w tym zakresie spowalniają wcale nie ideologiczni „sceptycy klimatyczni”, lecz rozsądni ludzie, którzy lekceważą zagrożenie, bo jest okazja zarobić parę euro. Jeśli chcemy wyjść z tego kryzysu mądrzejsi, to powinniśmy przede wszystkim przyjrzeć się naszym własnym oligarchiom, politycznym i biznesowym. Od tego zależy nie tylko przebieg wojny w Ukrainie, choć to byłby wystarczający powód. Od tego zależy również przyszłość naszych demokracji i naszej polityki klimatycznej.

**
Adam Ostolski – socjolog, publicysta, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. W nauce reprezentuje perspektywę teorii krytycznej, łączącej badanie społeczeństwa z zaangażowaniem w jego zmianę. Członek redakcji „Green European Journal”. W Krytyce Politycznej od początku.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Artur Troost
Artur Troost
Student UW, publicysta Krytyki Politycznej
Student historii i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta Krytyki Politycznej.
Zamknij