Świat

Ekolodzy, czarownice współczesności

Naukowcy od lat dowodzą, że odbieranie dzikim zwierzętom ich siedlisk, masowa hodowla zwierząt czy wkraczanie nachalnego ruchu turystycznego do ich ostoi grozi transmisją chorób odzwierzęcych do populacji ludzkiej. Apele te dyskredytowano i oczerniano ich autorów. Co łączy biologów i ekologów z czarownicami?


„Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – to znane dictum mówi mniej więcej tyle, że refleksja przeważnie przychodzi późno. Niespieszna jest na przykład reakcja na raport IPCC dotyczący zmiany klimatu. Od czasu publikacji jego ostatniej, piątej edycji minęły dwa lata, ale trudno mówić, że jego zalecenia są wdrażane. Chiński Lekatz Li Wenliang, który już w 2019 roku ostrzegał przed wirusem powodującym groźne zapalenie płuc, nie został potraktowany poważnie – dziś możemy tylko pytać, co by było gdyby stało się inaczej. Z kolei z raportu opublikowanego 18 marca 2020 roku Banking on climate change przygotowanego m.in. przez organizacje Rainforest Action Network, BankTrack, Indigenous Environmental Network, Oil Change International, Reclaim Finance oraz Sierra Club wynika, że od czasu podpisania Porozumienia Paryskiego 35 banków z całego świata udzieliło branży paliw kopalnych wsparcia na prawie 2,7 biliona (sic!) dolarów.

Ekologu… nie marudź

Sygnalistów chętnie doceniamy po fakcie, kiedy jednak starają się nam otworzyć oczy, kwitujemy ich uśmieszkiem politowania. Już wiele lat temu biolodzy bili na alarm, że zmiana klimatu i systematyczne niszczenie naturalnych habitatów spowoduje przenoszenie się chorób odzwierzęcych na ludzi. Zaznaczano, że bioróżnorodność i stabilny klimat „uodparniają” nas na wiele chorób i kryzysów. Apelowali, że przyrodę należy — przynajmniej w tej postaci, jaka jeszcze istnieje – zostawić w spokoju, bo jej dalsze wyniszczanie może się na nas zemścić. Innymi słowy, namawiano do porzucenia technologicznych mrzonek, w zamian zalecając poszanowanie natury – wód, ziemi, powietrza i całych ekosystemów.

Śmierć Wenecji, czyli o wypartej chorobie, która pogrąża nasz świat

Szukając języka docierającego do rozumu instrumentalnego – nastawionego raczej merkantylnie niż moralnie – biologiczne systemy regulacyjne nazwano „usługami ekosystemowymi”. Liczono, że nawet bez etycznego stosunku do wspólnego domu (oikos) uda się ochronić przyrodę z uwagi gospodarkę opartą na wzroście. Dzisiaj wiemy, że nawet to nie przemówiło do wyobraźni. Wciąż zbyt wiele koncernów czy polityków wierzyło, że pewne zasoby są nieskończone, albo przynajmniej technika pozwoli nam je wkrótce zastępować. Do tego głosy za ochroną przyrody kierowane były w zasadzie ze strony nauk przyrodniczych – Harald Welzer w wydanej przez Krytykę Polityczną książce Wojny klimatyczne już w 2008 roku dziwił się, że „po stronie nauk społecznych i kulturowych panuje cisza” tak jakby niszczenie podstaw egzystencji „nie podpadało pod ich kompetencje”.

Już w XX wieku badania podstawowe prowadzone np. na uniwersyteckiej biologii traciły rangę na rzecz uczelni technicznych. Widać to było szczególnie w Stanach Zjednoczonych w czasie ziemnej wojny. Już wtedy zaczęli się też pojawiać naukowcy, których nazwę tu sygnalistami. Kate Brown m.in. w Plutopii opisuje powiązania instytucji badawczych z rządem i przemysłem zbrojeniowym. Ta książka to także hołd złożony ludziom, którzy walczyli o nasze „prawa biologiczne” i nie dali sobie zamknąć ust patrząc na zaprzęganie nauki do budowania potęgi koncernów.

Szukając języka docierającego do rozumu instrumentalnego biologiczne systemy regulacyjne nazwano „usługami ekosystemowymi”.

Jedną z badaczek-sygnalistek była wtedy biolożka Rachel Carson, której książka Milcząca wiosna (1962) do dzisiaj nie straciła na aktualności – koncerny produkujące pestycydy mają wiąż olbrzymie wpływy na politykę najwyższych szczebli. Jeszcze wcześniej, bo w czasach I wojny światowej, sygnalistką była Clara Immerwahr-Haber (chemiczka, pierwsza w historii dr na Uniwersytecie w Breslau) – jej mąż Fritz Haber (noblista) wykorzystał ich wspólne badania chemiczne, których pierwotnym celem miała być „produkcja chleba z nieba” (chodziło o nawozy azotowe), do produkcji gazu bojowego – iperytu. Zarówno Clara jak i Rachel były naukowczyniami systematycznie poniżanymi przez środowisko naukowe powiązane z władzą. Clarze zarzucano histerię i odsuwano od badań na uniwersytecie, a Rachel nazywano „suką” oraz „komunistyczną lesbijką”. Z kolei prymatolożka Dian Fossey, badaczka goryli górskich i promotorka Jane Goodall, została w 1985 roku zamordowana. Jej sprzeciw wobec kłusowników polujących na goryle miał być powodem zleconego morderstwa.

Sygnalistki i sygnaliści przyrodnicy mieli swój dobry czas po upadku żelaznej kurtyny – ludzie na krótko rozumieli, że istnieją problemy związane ze środowiskiem przyrodniczym, które mogą zagrozić całej ludzkości i niezbędna jest współpraca w interesie nas wszystkich. Sukcesem tamtych czasów jest z pewnością przeciwdziałanie dziurze ozonowej. Niewiarygodny może się wydawać projekt „Medea” (1996), który miał na celu zbieranie danych środowiskowych pochodzących z sond badawczych USA i ZSRR. Naukowcy i politycy wierzyli, że pomoże on zrozumieć diagnozowaną już w latach 80-tych XX wieku zmianę klimatu. Już w 1988 r. amerykański badacz James Hansen z NASA mówił o antropogenicznej zmianie klimatu – jego ostrzeżenia spotkały się początkowo z uznaniem, ale już w czasach administracji George W. Busha Hansen, podobnie jak Al. Gore (zaangażowany w projekt Medea) zaczęli podlegać cenzurze. Obecnie Hansen nie pracuje już w NASA i działa jako aktywista klimatyczny.

Koronawirus: nasza ostatnia nadzieja

czytaj także

Co istotne, podważanie badań Hansena czy Carson wiązało się z krytyką wszelkiej interwencji państwa w działalność prywatnych przedsiębiorstw, nawet jeżeli ich działania były szkodliwe dla środowiska, czyli także dla ludzi. Prymat wolnego rynku przyjmowano jako aksjomat, a gospodarka oparta na ciągłym wzroście obiecywała niebo na ziemi, mimo że była to koncepcja wprost oderwana od rzeczywistości, a szczególnie tej przyrodniczej. Ranga biologii i ekologii oraz ochrony środowiska spadała w powszechnym wyobrażeniu przy wtórze konotowania tych nauk z histerią, interwencjonizmem czy nawet idealizmem. W wielu krajach ministerstwo środowiska, o ile istnieje, ma rangę niższą od ministerstwa finansów. Bardzo często szefostwo ministerstwa środowiska nie ma specjalistycznego wykształcenia przyrodniczego. Ekologiem może dziś zostać każdy.

Idole nauki

Kryzys klimatyczny i szereg problemów – także społecznych i związanych z demokracją – wynikających z pomieszania pór roku czy degradacji bioróżnorodności były przewidywane od dawna. Naukowcy alarmowali nie raz – tylko docierali jakby do swoich, bo polityka i szeroko pojęta popkultura, nigdy na poważnie nie traktowały zagadnień ochrony środowiska. Wspólnota akademicka także nie zdążyła jak dotąd pojednać się wokół tematu „o egzystencjalnym znaczeniu,” o którym pisał Harald Welzer.

Piewca idei wspólnoty uczonych Francis Bacon – często porównywany do ojca założyciela eksploatacji przyrody – chyba przewraca się w grobie, patrząc na współczesną naukę. Jego słowa, że „wiedza to władza” zostały sprowadzone do instrumentalnego traktowania nauki. Współczesne „dręczenie” czy „przesłuchiwanie” natury – co sam Bacon metaforycznie zalecał – przybrało postać dosłowną. Tylko że Baconowi zależało raczej na zmianie metodologii naukowej, na wyrzucenie z uniwersytetów spekulacji i prymu teologii. Do tego chodziło o wybawienie człowieka z ogromnej nędzy – część z wymienianych przez niego pilnych zadań dla nauki dotyczyło uśmierzania bólu, co dzisiaj większość z nas ma w kiosku za pięć złotych. Dopiero później się okazało, że „przesłuchiwanie natury” wiązało się z ogromnymi kosztami środowiskowymi.

W XX wieku postęp nauki pokazał swoje mroczne oblicze. Badania ekologów coraz częściej wiązały się z apelami o „granice wzrostu”. Wtedy i dzisiaj są jednak wyśmiewani, lekceważeni i wykluczani szczególnie wtedy, kiedy ostrzegają, przewidują i zalecają, co robić, by minimalizować ryzyko. Jak się okazuje, ekolodzy mieli też wiele do powiedzenia w sprawie zagrożeń epidemiologicznych – bo przecież ekologia to nauka, która bada powiązania między organizmami i ich środowiskiem. Biolodzy ostrzegali przed patogenami, które będą infekować ludzi w wyniku niszczenia bioróżnorodności czy zmiany klimatu. Ale sygnaliści w ostatnich latach byli spychani na margines, infantylizowani, a nawet – co miało miejsce szczególnie w Rosji czy Ameryce Południowej – zabijani.

Oikos czyli dom

Ekolodzy zajmują się w naszym domem (oikos), szukają w przyrodzie wskazówek, jak ten dom jest zbudowany i jak należy go konserwować, by się nie zawalił. Tylko że – jak zauważa m.in. autorka książki Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet Mona Chollet, mechanistyczna wizja świata ma na celu zagłuszanie wszelkich ostrzeżeń. Nawiązując z kolei do narratora z Dżumy Camusa – nowoczesne społeczeństwo, skupione na zarabianiu pieniędzy, troszczy się nie o bezpieczeństwo, ale o to, „aby nie było podejrzeń”. I tak ekonomiści przez lata, niczym dozorca z Dżumy, nie chcieli dostrzegać „szczurów”. Politycy z kolei powtarzali, że nasz problem to nie „dżuma”, ale „gorączka z komplikacjami pachwinowymi”. Były minister środowiska powiedział kiedyś, że ekolodzy to marzyciele, a on musi być realistą. Tak pojęty realizm miał najwyraźniej polegać na nie wywoływaniu wilka z lasu.

Nowe czarownice z Salem

czytaj także

Nowe czarownice z Salem

Rafia Zakaria

Dzisiaj, kiedy mierzymy się z epidemią wirusa odzwierzęcego, warto coraz głośniej mówić o tym, że nie jest to jednorazowy problem, ale symptom innej choroby – postępującego niszczenia środowiska i odbierania zwierzętom ich habitatów. Ekolodzy – czarownice na miarę XXI wieku – od lat piszą „historię tego, co nie ma historii” i niczym doktor Rieux zalecają „posłuszeństwo wobec błahości”. Tylko że to oznaczałoby przebudowę systemu wartości, co uderzyłoby w motor obecnego modelu gospodarki – konsumpcjonizm, pęd, kompulsywne zaliczanie atrakcji turystycznych i ciągłe bogacenie się. Oczywiście wszystko za niezapłacony rachunek przyrodniczy. Nic dziwnego, że uwagi te spotykają się ze wściekłą krytyką koncernów, polityki, mafii, a nawet duchownych.

W niektórych krajach metafora czarownicy może być rozumiana dosłownie, bo naukowcy i aktywiści ekologiczni są zabijani w imię zachowania „ancien regime’u”. Will Poter w książce Green Is the New Red (2011) analizuje taktyki demonizowania i oskarżania aktywistów ekologicznych i samych ekologów w podobnym tonie, jak w XX traktowano w USA ruchy o inklinacji lewicowej (vide przypadek Rachel Carson). W Polsce demonizowanie idzie pełną parą i w ciągu ostatnich lat obserwować można wręcz wzmożoną aktywność chociażby poprzez wymyślanie coraz to nowych izmów pod adresem ekologów. Jak na razie padają oni głównie ofiarą agresji słownej, często dość symptomatycznej – porównuje się ich np. do szatana.

Cyniczny rozum, a może śmiech?

Światowa Organizacja Zdrowia już dwa lata temu ostrzegała przed pojawieniem się odzwierzęcego patogenu nazwanego tajemniczo „X”. Z analiz wynikało, że świat jest zupełnie nieprzygotowany na jego pojawienie się – podobnie zresztą jak na katastrofę klimatyczną. Ostrzegali także polscy naukowcy. Profesor Krzysztof Świerkosz, biolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, komentuje: „Wkraczanie człowieka w do tej pory dzikie obszary – budowanie nowych dróg, wycinka lasów deszczowych, postępujące osadnictwo – ogranicza miejsca występowania zwierząt, które zmuszone są do mieszkania w pobliżu naszych siedzib. Wirusy – do tej pory ograniczone w swoim występowaniu do dziko żyjących populacji – występują coraz bliżej ludzi, a z braku swoich dotychczasowych żywicieli, a także przez targi handlujące żywymi dzikimi zwierzętami, w końcu zaczynają atakować nas”.

Politycy powinni zdawać egzamin z przyrody [rozmowa z Berndem Heinrichem]

Profesor Piotr Skubała z Uniwersytetu Śląskiego, od lat działający na rzecz ochrony klimatu, także ostrzega przed chorobami odzwierzęcymi: „Wzrost średniej globalnej temperatury sprawia, że choroby przenoszone przez żywe organizmy – np. muchy, komary, kleszcze, wszy oraz gryzonie – rozprzestrzeniają się coraz szybciej. Choroby wektorowe już teraz stanowią ponad 17% wszystkich schorzeń zakaźnych, powodując ponad 700 tysięcy zgonów rocznie”.

Z kolei dr Andrzej Kepel z Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra” polemizuje z błędnymi obawami, że koronawirusa na człowieka mogą bezpośrednio przenosić nietoperze: „Nietoperze nie mają z nim obecnie nic wspólnego, a nietoperze polskie nigdy nie miały”. Jako powód zakażenia dzikich zwierząt wirusami a następnie ich transmisję na ludzi wymienia m.in. „Dramatyczne zmiany w środowisku, zmieniające (zwykle pogarszające) warunki życia wielu gatunków, które bytując na skraju przetrwania mogą wykazywać słabszą odporność i są bardziej podatne na różne czynniki patogenne. Gwałtowny rozwój skali, prędkości i zasięgu przemieszczania się ludzi sprawia, że gdy dochodzi do zainfekowania człowieka nowym, odzwierzęcym wirusem, prawie niemożliwe jest terytorialne ograniczenie zasięgu epidemii i w krótkim czasie dociera ona w odległe rejony naszej planety, także te, gdzie służba zdrowia nie jest przygotowana, by sobie z nimi efektywnie radzić”.

Ludzi którzy sprzeciwiali się władzy i uciskowi, posiadając przy tym wiedzę dotyczącą przyrody oraz jej leczniczych mocy, nazywano czarownicami albo czarownikami, prześladowano i mordowano. Dzisiaj ekolodzy traktowani są jak znachorzy czy dobroduszni marzyciele. Taka postawa wynika z chyba z lęku przed utratą władzy i kontroli sprawowanej przez merkantylizm i złudne poczucie panowania nad przyrodą.

Czy wszystko stracone? I czy naprawdę potrzebowaliśmy tego kryzysu, aby zrozumieć, że jesteśmy zaledwie elementami – w pewnym sensie wyjątkowymi – przyrody? Mona Chollet pisze: „Czarownica zjawia się o zmierzchu, gdy wszystko wydaje się już stracone. To ona jednak odnajduje zasoby nadziei na dnie rozpaczy”. Czarownice to bowiem ludzie, którzy mają dystans, krytyczny zmysł, a do tego specyficzny stan ducha – to wszyscy ci autsajderzy, odważni marzyciele, ale też naukowcy, lekarki i pielęgniarki, które chcą ocalić świat przed cierpieniem, mimo że nie ma dla nich na razie żadnej „tarczy”.

Dziecięcy wyrzut sumienia

czytaj także

Dziecięcy wyrzut sumienia

Rosalie Salaün

Nie pomoże masochistyczne zrzędzenie na stan rzeczy. Może czas zacząć się śmiać i wyśmiać technofinansistów i wolnorynkowców fantazjujących o sztucznych naturach, które i tak zapadają się pod własnym ciężarem. Podobno jest ich na świecie garstka, a nas cała masa. Kolejne dni przynoszą przecież nie tylko powody do łez, ale właśnie do śmiechu. Gdyby Diogenes spotkał dziś niejednego premiera lub prezydenta, koszykarza, prezesa koncernu czy innego influencera pewnie by powiedział – „odsuń się, zasłaniasz mi słońce”.

**
Hanna Schudy – eseistka, tłumaczka, dziennikarka, edukatorka i aktywistka. Dr nauk humanistycznych (filozofia), mgr ochrony środowiska (UAM i UWr). Współpracuje z Dolnośląskim Alarmem Smogowym, EKO-UNIĄ oraz Pracownią na Rzecz Wszystkich Istot.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.