UE

Koronawirus: nasza ostatnia nadzieja

W obliczu epidemii koronawirusa zapewnienia przedstawicieli przemysłu i polityki o tym, że nie da się nic zrobić, by powstrzymać lub chociaż spowolnić klęskę klimatyczną, nagle brzmią absurdalnie.


Koronawirusa nie da się powstrzymać. O ile w ogóle istnieje. Epidemie były i będą. Nie z takich opresji wychodziło się cało. Przetrwaliśmy dżumę, przetrwaliśmy hiszpankę. Ten alarmizm jest niebezpieczny i zagraża wzrostowi gospodarczemu. Przecież nie będziemy odwoływać meczów piłki nożnej, połączeń lotniczych, zamykać centrów handlowych czy szkół tylko z powodu takich czy innych badań albo larum podnoszonego przez jakichś tam naukowców. W przyszłości znajdzie się lek, który załatwi sprawę. Ziemia jest mała, na wirusa nic nie poradzi. To przykre, że umierają ludzie, ale przecież nie będziemy z tego powodu narażać gospodarki na straty.

Młodzież wyraża swój wspólny interes: chce przeżyć [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

Wymówki, które latami płyną z ust polityków, lobbystów i przedstawicieli przemysłu czy energetyki pod adresem globalnego ocieplenia, w przypadku koronawirusa brzmią tak absurdalnie, że nie wydusiłby ich z siebie chyba nawet sam czeski premier, Andrej Babiš. Nagle wszyscy uprzytomnili sobie, że nie można stać i czekać, aż przetrzebi nas epidemia. I nie trzeba o tym dyskutować, zwoływać konferencji, domagać się kolejnych badań, organizować programów dyskusyjnych: „pan za, pani przeciw”, naukowiec kontra oszołom, broniący swoich ubzduranych tez. Trzeba działać jak najszybciej.

To prawda, że porównywanie agresywnej epidemii ze zmianą klimatu może być pewną manipulacją. Przed katastrofą klimatyczną nie można uciec. Nie można zamknąć granic i ogłosić lokalnej kwarantanny. Bo to sam klimat jest chory, a nasze zachowanie stanowi przyczynę tej choroby. Co ciekawe, środki, które mogłyby sytuację uzdrowić, są lekceważone, za to widmo gorączki traktuje się ze śmiertelną powagą.

Dzieci, które co piątek strajkują przeciwko zmianom klimatycznym, są wyśmiewane i odsądzane od czci i wiary. Niech sobie strajkują za swoją przyszłość w sobotę, smarkacze! Tymczasem wystarczy choroba, która nawet zbytnio tym dzieciom nie zagraża, i nagle można zamknąć wszystkie szkoły do odwołania. Różnica polega bowiem na tym, kogo dane zagrożenie bezpośrednio dotyczy. Przyszłość kolejnych pokoleń dla możnych tego świata jest zbyt abstrakcyjna i mało interesująca. Co innego chory elektorat. To politycy rozumieją doskonale. Siedemnastoletnia Greta co prawda ma rację na całej linii, ale władzę dzierży nierozgarnięty Trump, który odstąpił od paryskiego porozumienia klimatycznego i stwierdził, że globalne ocieplenie to fake news.

Przez długi czas wydawało się, że nie da się przymusić polityków i biznesmenów (nie do końca wiadomo, kto tu rządzi kim) do jakichkolwiek znaczących działań proklimatycznych. Wszystko wydawało się niewyobrażalne, niemożliwe, za drogie. Jakby tym wszystkim podstarzałym, zacietrzewionym hegemonom brakowało jakiejkolwiek empatii, rozsądku i wyobraźni. Czego nie udało się dokonać rekordowym letnim upałom, pożarom lasów tropikalnych albo naszemu swojskiemu kornikowi, udało się niewidzialnemu wirusowi i podwyższonej temperaturze. Nagle cała władza przeszła na stronę wyobraźni.

Kolejne pozytywne efekty lewackiego wirusa

W Czechach, oczywiście, w dobrze znanej absurdalnej formie, dżumę naszych czasów premier próbuje przekuć na kapitał polityczny i przychylność wyborców. Na każdej konferencji prasowej towarzyszy mu wiernie wszędobylska Alena Schillerová (czeska ministra finansów przyp. tłum.), której lico niechybnie wkrótce będzie zdobić nawet pieluchy dla dzieci i kubeczki od jogurtu, albo Karel Havlíček (minister przemysłu, handlu i transportu przyp. tłum.), pilnie aportujący każdy rzucony mu patyk szesnaście godzin na dobę, nie wyjąwszy weekendów. Niech i tak będzie, niech sobie premier podbija sondaże na epidemii.

Dotąd wszystko wydawało się niewyobrażalne, niemożliwe, za drogie.

Dla nas, zwykłych zjadaczy chleba, ważna jest nie tyle sama choroba, co wszystkie środki, które można wprowadzić w jej obliczu. W samych środkach nie ma nic złego. Lepiej dmuchać na zimne, zwłaszcza, jeżeli stawką jest ludzkie życie. Widzimy całe mnóstwo znaków ostrzegawczych, a jednocześnie wisi nad nami niepewność tego, co jeszcze przed nami.

Kiedy gorączka ustąpi, a wirus zniknie z przestrzeni publicznej, musimy zacząć znów głośno mówić o innej globalnej epidemii, zagrażającej przyszłości współczesnej cywilizacji, naszej i kolejnych pokoleń. Bowiem teraz, kiedy okazało się, że jednak da się wstrzymać bieg całego globu, narzucić kwarantannę miastom, ba! całym krajom, że możliwe są takie dziwy jak zawieszenie rat kredytów hipotecznych we Włoszech, wiemy, że nic na tym świecie nie jest niemożliwe. Włącznie ze stawieniem czoła globalnej zmianie klimatu i wprowadzeniem realnych rozwiązań o niewyobrażalnych dotąd kosztach.

Monbiot: Oto sposób, by się wyżywić bez zabijania planety

Oczywiście, porównanie klimatu z koronawirusem kuleje, zresztą jak każde porównanie. Zmiany klimatu nie da się wypocić w łóżku, nie da się jej cofnąć w ostatniej chwili, wynaleźć na nią szczepionki, a jej następstwa będą dla nas wszystkich znacznie gorsze. Jednak epidemia pokazała nam, że wszystkie te wymówki, dlaczego nie da się nic zrobić ze zmianami klimatu, były wyssane z palca. Bo oto wszystko jest możliwe.

**
Stanislav Biler jest publicystą portalu A2larm.cz.

Artykuł ukazał się w serwisie A2larm.cz. Z czeskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.