Świat

Nie bądźmy frajerami

Sprawa nie jest prosta. Trzeba pogodzić pragmatyzm dzisiejszej walki politycznej z poszukiwaniem takich rozwiązań, które rzeczywiście nie skończą się nowym zamordyzmem. Amerykański przykład Koalicji Obrony Demokracji (nie mylić z naszym rodzimym KOD-em) może nas sporo nauczyć.

Choć na Kapitolu nie ma już człowieka bizona i nie wybija się okien, to nadal trwa walka. Tym razem o sens tego, co wydarzyło się 6 stycznia. Także w Polsce krążą opinie, że odsunięcie Trumpa od władzy to był jednak spisek. Wszystko miał opisać magazyn „Time” i pokazać, że za „ukradzionymi wyborami” stali ramię w ramię aktywiści, politycy obu partii, wielki biznes i internetowi giganci. Prawdy w tym tyle co w TVP Info, ale teoria się roznosi. Dlatego warto napisać, jak to było z tymi różnymi spiskami wyborczymi, bo sytuacja wcale nie była śmieszna. Demokracja liberalna jest dziś zagrożona w różnych miejscach na świecie i żeby ją obronić, trzeba wyczucia i rozumnego podejścia do samych zasad liberalnej demokracji.

„Spisek”

Magazyn „Time” opisał działania podjęte przez sieć aktywistów i polityków różnych opcji w okresie przygotowań do wyborów i bezpośrednio po nich, czyli wtedy, kiedy Trump mobilizował wszystkie swoje siły do zakwestionowania decyzji wyborców.

Pomysł na współpracę politycznych insiderów (m.in. Mike’a Podhorzera) i osób stawiających na politykę robioną oddolnie narodził się z przekonania, że USA znajdują się w wyjątkowej sytuacji historycznej i wszelkie standardowe postępowanie może doprowadzić nie tyle do zwycięstwa lub przegranej jakiegoś kandydata, ile do zakwestionowania samego procesu wyborczego. Współpracować zaczęli ze sobą ludzie, którzy porzucili założenie, że demokracja obroni się sama mocą prawa i tradycji. Nie mieli też złudzeń wobec Trumpa. Wiedzieli, że dla niego zwycięstwo ważniejsze jest niż przestrzeganie reguł.

Koalicja Obrony Demokracji (Democracy Defence Coalition) rozpoczęła swoje działania od zabezpieczenia samego procesu wyborczego od strony organizacyjnej. Lobbowano za zwiększeniem funduszy na proces wyborczy, odpowiednią liczbę członków komisji i zapewnienie dla nich środków ochronnych w związku z pandemią. Działania te były ważne, bo niespotykana dotychczas liczba osób zdecydowała się głosować korespondencyjnie.

Prowadzono też kampanie, które przekonywały ludzi, że głosowanie pocztą jest tak samo wartościowe jak głosowanie osobiste i nie ma zagrożenia, że listy zostaną zignorowane, zgubione i pominięte, ponieważ w komisjach czuwają nad tym procesem tysiące wolontariuszy. O tym, jak ważne okazało się zbudowanie wiarygodności głosowania korespondencyjnego, można było się przekonać od razu po ogłoszeniu wyników, gdy Trump ogłosił się zwycięzcą i zaczął mówić o dosypywaniu głosów oraz skradzionych wyborach.

Przedstawiciele koalicji dotarli też do internetowych gigantów, prezentując im zagrożenia związane z rozprzestrzenianiem się teorii spiskowych na temat pandemii i wyborów oraz zachęcając ich do przeciwdziałania rozsiewaniu fake newsów z podejrzanych kont. Koalicja dostarczyła badań wykonanych przez Laurę Quinn pokazujących, że problemem z dezinformacją jest to, że rozchodzi się także przez reakcje krytyczne na nią – im więcej osób zaprzecza i wchodzi w interakcje, tym szersze kręgi zatacza fake news, wywołując efekt polaryzujący, ponieważ część użytkowników social mediów zaczyna myśleć w kategoriach „coś musi w tym być, jeśli nasi wrogowie to atakują”. Dlatego położono nacisk na wygaszanie dezinformujących komunikatów.

Koalicja odegrała też znaczącą rolę, gdy spełniły się jej najgorsze przewidywania i Trump zaczął rzeczywiście kwestionować rezultat wyborów. Gdy naciskał na republikanów zasiadających w gremiach zatwierdzających wyniki głosowań, koalicja nagłaśniała tę kwestię tak, że uwaga całej opinii publicznej skupiała się na decyzjach i osobach, które je podejmowały. To sprawiło, że nie było mowy o decyzji anonimowych ludzi w cieniu gabinetów. Z kolei, gdy Trump nawoływał swoich zwolenników do walki z „ukradzionymi wyborami”, koalicja przekonywała swoich zwolenników, żeby nie wychodzić na ulicę i unikać konfrontacji z trumpistami. Dzięki temu udało się uniknąć nie tylko większej liczby ofiar, ale także społecznego i politycznego zamieszania, które mogło być wykorzystane przez Trumpa jako sytuacja, w której przedstawiałby się jako mąż opatrznościowy przywracający porządek.

Udział w koalicji polityków demokratycznych i republikańskich bywa wykorzystywany jako argument za istnieniem spisku. Prawda jest taka, że uczestnictwo republikanów w sieci związane było z obawami, że przy przegranej Bidena sami będą mieli problemy z wystąpieniami przeciwników Trumpa o takiej skali, że protesty ruchu Black Lives Matter będą wspominać jako spokojne demonstracje. Ludzi obu partii, a także aktywistów połączyła chęć obrony demokracji jako gry, w której można przegrać, jednak z poczuciem, że nie straciło się wszystkiego. A to właśnie sprawia, że po przegranej nie sięga się po środki ostateczne. Trudno nazwać to spiskiem. Za to spiskiem spokojnie określić można działania Trumpa.

…i spisek

Ludzie przed Kapitolem nie wzięli się znikąd. Na to, żeby przybyli tam gotowi do szturmu i narażania życia, Trump i jego akolici pracowali od kilku tygodni. Główną rolę odgrywał oczywiście sam prezydent powtarzający uporczywie kłamstwa na temat oszustw wyborczych i domagający się uznania swojego zwycięstwa. Dla jego wiernych kibiców poczucie, że ktoś „kradnie im wybory”, było o wiele milszą prawdą niż to, że zdecydowana większość Amerykanów miała już Trumpa dość. Dlatego chętnie słuchali, że oto uczestniczą w kolejnym, wielkim momencie historii USA, kiedy zdecyduje się, czy Ameryka będzie wielka, czy przepadnie z kretesem.

Te nastroje bezpośrednio przed 6 stycznia eskalowali współpracownicy Trumpa dysponujący pieniędzmi i wyspecjalizowani w socjotechnikach radykalizacji nastrojów społecznych, m.in. Steve Bannon, Roger Stone i Michael Flynt. W social mediach pompowali przekazy o tym, że właśnie rozgrywa się walka porównywalna z wojną secesyjną, że zetrą się ze sobą osoby bogobojne i nienawidzące Boga, że walka o wybory toczyć się będzie na noże. Ludzie w Waszyngtonie nakręceni byli przez te przekazy i poczucie wspólnego uczestnictwa w dziejowej walce.

Nie bez znaczenia były też pieniądze, za które opłacano działalność skrajnych aktywistów w realu i w sieci. Ich stały dopływ zapewniają organizacje, których finansowanie pozostaje niejasne. Nawet jeśli mamy do czynienia z działalnością stowarzyszeń takich jak Republikańskie Stowarzyszenie Adwokatów, które ujawnia swoich donatorów, to na ich liście znajdują się całkowicie nieprzejrzyste podmioty jak np. Concor Fund. Do polityki płyną miliony dolarów na finansowanie działań skrajnych i podważających ład demokratyczny, ale nie można ustalić ich pochodzenia.

Atak na Kapitol nie był spontanicznym wyborem ludowego gniewu, choć tak właśnie miał wyglądać. Tylko w ten sposób można było uniknąć oczywistych zarzutów o zamach stanu i liczyć na przesilenie, które dzieje się „z woli Amerykanów”. Gdy plan się nie powiódł, Trump jak gdyby nigdy nic wzywał do poszanowania demokracji i unikania konfliktów. Spokojnie opuścił Biały Dom i chociaż rozpoczęła się wobec niego procedura impeachmentu, to jest mało prawdopodobne, że wniosek poprze wystarczająca liczba republikanów, żeby zablokować możliwość startu Trumpa w kolejnych wyborach. Wróci on zatem pewnie niedługo do amerykańskiej polityki. Ogłosi, że przełamać chce cenzurę, którą zastosowały wobec niego wielkie koncerny, i na nowo zacznie swą destrukcyjną robotę.

Historia ataku na Kapitol jest skrajnym, ale dobrym przykładem sposobu, w jaki Trump podważał podstawy liberalnej demokracji. Gdyby ład polityczny porównać do partii szachów, to wyglądałoby to mniej więcej tak: Trump siada przy szachownicy i bierze do ręki pionek, wsadza mu na łepek małą koronę i mówi, że wiele rzeczy mu się w życiu udało i zawsze poszukiwał nowych rozwiązań, dlatego ten pionek będzie się nazywał Trump Tower i będzie się ruszał jak wieża. Publiczność Trumpa wiwatuje: „Uczyńmy szachy z powrotem wielkimi!”. Mając trzy wieże, Trump szybko zdobywa przewagę. Broniąc się desperacko, zawodnik demokratyczny rusza się pionkiem o trzy pola. Wtedy Trump krzyczy: „To taki z ciebie szachista? Jesteś zwykłym oszustem! Nie można łamać zasad!”. Wtedy rozchodzi się szmer i po stronie demokratycznej publiczności pojawiają się głosy, że przecież reguły to reguły i nie można ich łamać.

Trump i w ogóle prawica łamią coraz więcej fundamentalnych zasad liberalnej demokracji – sieją dezinformację, niszczą trójpodział władzy, likwidują niezależne media, wreszcie, podważają wybory. Gdy zwolennicy liberalnej demokracji starają się ich powstrzymać, wtedy słyszą, że nie mogą łamać reguł. Nie można np. zawieszać kont w mediach społecznościowych, bo to ogranicza wolność słowa. Niestety zbyt często dajemy się na to złapać. Wynika to z naszego przywiązania do reguł i strachu, że po ich naruszeniu nic z liberalnej demokracji nie zostanie.

Co robić?

Przykład Koalicji Obrony Demokracji pokazuje, że można ze sobą pogodzić demokratyczne wartości, współpracę ponad podziałami i takie podejście do liberalnych reguł, które zapobiega wykorzystywaniu ich przeciw demokracji. To, co przydarzyło się USA, jeśli idzie o debatę publiczną i manewry wyborcze, powinno skłaniać nas do myślenia o dzisiejszych sposobach ochrony demokracji. A sprawa nie jest prosta, bo pogodzić trzeba pragmatyzm obecnej walki politycznej z poszukiwaniem takich rozwiązań, które rzeczywiście nie skończą się nowym zamordyzmem.

Jeśli idzie o zawieszanie prawa głosu – czyli m.in. to, co przydarzyło się Trumpowi w serwisach społecznościowych – rozróżnić trzeba pojedynczą wypowiedź naruszającą normy i systematyczną propagandę uprawianą przez daną osobę publiczną. W pojedynczej wypowiedzi mogą pojawić się przekłamania i nadużycia, ale zawieszanie prawa wypowiedzi z tego powodu miałoby mrożący, antydemokratyczny efekt. Debata publiczna jest rodzajem rozmowy i podlega jej prawom łącznie z niedoinformowaniem, przesadą czy wpadką osób biorących w niej udział. Czymś innym jest jednak systematyczna kampania wykorzystująca nieprawdziwe informacje. Żeby nie sięgać cały czas do przykładu ataku na Kapitol, z podobną dezinformacyjną kampanią w wykonaniu Trumpa mieliśmy do czynienia, gdy sugerował, że Barack Obama nie urodził się w USA. W tej sytuacji ograniczenie prawa głosu jest działaniem skierowanym na ochronę jednej z podstaw demokratycznej debaty, którą jest możliwość ustalenia prawdy materialnej.

Chcecie wolności słowa na Facebooku, a próbowaliście demonstrować w galerii handlowej?

Kontrowersje wobec ograniczania swobody głosu w przypadku destrukcyjnych kampanii zmniejsza to, że duża ich część to wcale nie głosy pojedynczych, rzeczywistych osób chcących wyrazić opinię, ale sieci sterowanych kont tworzonych na potrzeby współczesnej propagandy. Zawiadują nimi profesjonalne grupy, których celem jest niszczenie przeciwników, podkręcanie emocji i skłonienie ludzi do określonych zachowań politycznych. W ten sposób działały grupy sterujące nastrojami przy okazji ataku na Kapitol. W podobny sposób na kampanię wyborczą wpływały grupy manipulatorów w Hiszpanii, tworząc odpowiednią atmosferę do promowania prawicowej partii Vox. Gdy mamy do czynienia z tego typu sterowanymi kampaniami dezinformacyjnymi, podjęcie działań wobec kont nie jest tożsame z wyciszaniem kogokolwiek, ale ograniczeniem działań grup, które nie ujawniają charakteru swoich działań i źródeł ich finansowania. Nie popadając w absurd teorii spiskowych, wypada przypomnieć tu też kwestię oczywistą, że część tych operacji finansowana jest z zagranicy przez reżimy niechętne liberalnej demokracji.

O ile w przypadku grup manipulatorów nie ma co przejmować się zbytnio ich włączaniem w debatę, o tyle inaczej jest z osobami publicznymi, którym ograniczono prawo głosu. Zadbać trzeba o to, żeby ograniczenie nie równało się wykluczeniu ze sfery publicznej. Byłoby to pogwałcenie zasad pluralizmu i wylanie demokratycznej debaty z kąpielą. Ograniczaniu prawa głosu w przypadku kampanii destruktywnych np. w social mediach powinna towarzyszyć możliwość zabierania głosu w innych kanałach i innych formach debaty, przede wszystkim w takich, gdzie zabierający głos musi skonfrontować się z adwersarzem, który może przedstawić informacje pozwalające na weryfikację tez lansowanych w kampanii. Wielość kanałów i formatów dzisiejszej sfery publicznej pozwala na zachowanie zasady pluralizmu przy jednoczesnym stosowaniu pewnych restrykcji wobec najbardziej destruktywnych form propagandy.

Szturm na Kapitol pokazał dobitnie, że ład demokratyczny nawet w krajach o długiej tradycji tej formy ustrojowej może być dość łatwo rozchwiany i wystawiony na próbę. Jego trwanie zależy od ludzi, którzy odważą się go bronić i zachować jego podstawowe wartości. Na szczęście znaleźli się oni w USA po obu stronach politycznego podziału. Warto korzystać z ich doświadczeń i lekcji wyborów 2020 oraz ataku na Kapitol, żeby nie dać się zwieść przekonaniu o stabilności demokracji i nie dać sobie narzucić sztywnego trzymania się liberalnych zasad (np. niemal nieograniczonego prawa głosu). Nie bądźmy frajerami, nie bądźmy cynikami, demokracja potrzebuje zaangażowanych i rozumnych obrońców.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Maciej Gdula
Maciej Gdula
Poseł Lewicy
Poseł Lewicy, socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: „Style życia i porządek klasowy w Polsce” (2012, wspólnie z Przemysławem Sadurą), „Nowy autorytaryzm” (2018). Od lat związany z Krytyką Polityczną.
Zamknij