Świat

Liczenie głosów trwa, ale Trump już ogłosił swoje zwycięstwo

Fot. Sebastian Indra MSZ/flickr.com

„To jest oszustwo, skierujemy sprawę do Sądu Najwyższego, żeby zatrzymano głosowanie” – mówi Donald Trump. Amerykanie nie stali jedynie przed wyborem między republikanami a demokratami, ale między republikanami a demokracją.

W momencie pisania tego tekstu już wiem, że… ziścił się najgorszy scenariusz. Nie chodzi o wynik wyborów, na to trzeba będzie poczekać, choć sytuacja nie wygląda najlepiej dla Joe Bidena. Chodzi o to, że choć głosy będą spływać drogą pocztową przez kolejne dni, brak zdecydowanej wygranej kandydata demokratów już spowodował, że Donald Trump ogłosił, że jego konkurent chce sfałszować wybory i należy przestać liczyć głosy, które dotarły do komisji po godzinach zamknięcia.

 

Na początku pewna oczywistość. Od tego, kto wygra wybory, zależeć będzie los amerykańskiego systemu ochrony zdrowia, ochrony środowiska i klimatu, reformy policji, dalszego rozwarstwienia czy tego, czyim kosztem USA będą walczyć z pandemią. Oczywiście z punktu widzenia lewicy Joe Biden nie jest dobrym kandydatem. To kolejny biały dziaders, którego poglądy sytuują go w centrowym mainstreamie. W trakcie prawyborów przesunął się on nieco w lewo – biorąc elementy z planu reformy ochrony zdrowia Berniego Sandersa, angażując Alexandrię Ocasio-Cortez w tworzenie swojej polityki zagranicznej czy w końcu zbliżając się nieco z Elizabeth Warren – ale wciąż nie jest to Bernie, Warren czy AOC.

Z drugiej strony jest niemal pewne, że wygrana Trumpa oznacza demolkę tego, co zostało z Obamacare, i powrót do najgorszej wersji wolnej amerykanki na rynku ubezpieczeń zdrowotnych w środku pandemii (chorzy będą się zmagać z wielkimi koncernami), odwierty ropy, pozyskiwanie gazu z łupków czy wyręby lasów nawet w obszarach cennych ekologicznie oraz jeszcze większą śmiałość rasistowskich zachowań w strukturach policyjnych. Zagrożenie dla równości małżeńskiej oraz dla praw kobiet do decydowaniu o sobie – to czarny scenariusz dla Ameryki pod rządami Trumpa.

Amerykanie nie stali jedynie przed wyborem między republikanami a demokratami, ale między republikanami a demokracją. Republikanie od dawna są partią demograficznej mniejszości i utrzymywali się u władzy jedynie dzięki przestarzałym mechanizmom konstytucyjnym oraz sukcesywnemu odbieraniu możliwości i prawa głosu sporym grupom społecznym.

Najlepszym dowodem, jak głęboko niedemokratyczna jest konstytucja USA, jest zwycięstwo Trumpa z 2016 roku. Trump zyskał prezydenturę, dlatego że wygrał o włos w kilku kluczowych stanach. Na tę wygraną o włos w takim Wisconsin czy Pensylwanii złożyło się wiele rzeczy, w tym rozczarowanie rządami Obamy, który miał być zmianą przez duże „Z”, a dostarczył dziurawą reformę ochrony zdrowia czy brak zaufania do Hillary Clinton, generalnie kojarzonej z bezkarnością i korupcją waszyngtońskiego establishmentu. Nie bez znaczenia było również to, że Obama jest czarnoskóry, a Clinton jest kobietą. Wobec mniejszości i kobiet oczekiwania są dużo większe, a oceny surowsze. Prawdą też jest, że „Make America Great Again” i „America First” rezonowały wśród ludzi z Pasa Rdzy – ich osobiste doświadczenie deklasacji względem innych grup społecznych oraz zmiana pozycji w stosunku do kobiet zbiegały się w czasie z deindustrializacją i globalizacją. Z budowniczych i beneficjentów amerykańskiego snu stali się pośmiewiskiem kraju.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że Trump w głosowaniu powszechnym zdobył o 3 mln głosów mniej niż Clinton. Prezydenturę zdobył tylko dzięki instytucji Kolegium Elektorów, która od początku miała służyć za counter-majoritarian measure, bo stany z małą populacją są tam nadreprezentowane.

Stawką tych wyborów jest nie tylko Biały Dom, ale też Kongres. Nawet jeśli Joe Biden wygra z Trumpem, ale demokraci nie odzyskają Senatu – a to nie wygląda obecnie dobrze – to ich ręce w dużej mierze będą związane. Republikanie uniemożliwią rządzenie, torpedując wszelkie wysiłki legislacyjne i stosując obstrukcję przy nominacjach w administracji i sądownictwie. Skąd to wiadomo? Bo tak już postępowali za czasów Obamy.

Zresztą obecna przewaga republikanów w Senacie to również rządy mniejszości. Republikanie kontrolują Senat tylko dlatego, że każdy stan ma w nim taką samą reprezentację. W efekcie głos wyborcy z liczącego niecałe 580 tys. mieszkańców konserwatywnego Wyoming ma dużo większą siłę niż głos każdego z wyborców liczącej niemal 39 mln mieszkańców liberalnej Kalifornii. (I tak, senatorzy z Wyoming to republikanie, a ci z Kalifornii to demokraci). W efekcie 53 republikańskich senatorów, którzy przepchnęli nominację Amy Coney Barrett na stanowisko sędzi Sądu Najwyższego – o tym też za chwilę – otrzymało w sumie 15 mln głosów mniej niż senatorowie opozycji.

Sąd pod prąd. Skrajna konserwatystka na miejsce Ruth Bader Ginsburg

Biden mógłby próbować rządzić rozporządzeniami, ale one, podobnie jak zwykłe ustawy, mogą zostać zaskarżone w sądach. I nie po to Mitch McConnell najpierw uniemożliwił Obamie uzupełnienie wolnego miejsca w Sądzie Najwyższym po śmierci Antonina Scalii pod wyjętym z dupy pretekstem, a następnie przepchnął kolanem Bretta Kavanaugh i wspomnianą Amy Coney Barret, żeby tak się nie stało. (Żeby było jasne, z kim mamy do czynienia: wobec tego pierwszego wysunięto wiarygodne oskarżenia o gwałt, ta druga należy do katolickiej sekty, na podstawie której Margaret Atwood napisała Opowieść podręcznej). Skąd wiadomo, że tak będzie? Bo zdominowany przez sędziów z republikańskiej nominacji Sąd Najwyższy uznał choćby, że ograniczenie wydatków na kampanie to ograniczenie wolności słowa (bo pieniądze to mowa – serio) i wyrzucił do kosza najważniejsze zapisy Voting Rights Act z 1968 roku, które po latach dyskryminacji w końcu przywrócił prawo głosu milionom czarnych Amerykanów.

Jak prawica przejmuje amerykańskie sądy

Tę drugą decyzję natychmiast wykorzystali republikanie na poziomie stanowym do tego, by zmienić regulacje dotyczące głosowań, likwidując komisje wyborcze w miejscach zamieszkanych przez czarnoskórych i Latynosów czy ordynarnie wykreślając ludzi z list wyborczych – wszystko to oczywiście pod pretekstem ochrony przed fałszerstwami.

Lista antydemokratycznych grzechów Partii Republikańskiej jest zbyt długa, żeby je wszystkie wymienić, ale niech starczą trzy przykłady, przy których standardowy repertuar amerykańskiej prawicy w stylu bardzo restrykcyjnych regulacji dotyczących dowodów tożsamości uprawniających do głosowania czy zmiana granic okręgów wyborczych na własne potrzeby wyglądają wręcz niewinnie.

W listopadzie 2018 roku mieszkańcy Florydy, jednego z kluczowych dla republikanów stanów, przegłosowali w referendum, że osoby skazane za przestępstwa odzyskają czynne prawa wyborcze po odbyciu kary więzienia lub zakończeniu dozoru kuratora sądowego. Dzięki temu do urn mogłoby pójść o 774 tys. osób więcej. W odpowiedzi na to stanowi republikanie przegłosowali prawo, zgodnie z którym, aby się kwalifikować do odzyskania prawa głosu, takie osoby muszą spłacić wszystkie grzywny i opłaty sądowe. Gdzie można się dowiedzieć o swoich zaległościach? Przy urnie wyborczej, bo żadnego rejestru nie ma.

Gdy z powodu pandemii większość wyborców demokratów zgłaszała zamiar oddania głosu pocztą, podlegający Trumpowi szef poczty zdecydował o usunięciu części maszyn sortujących listy, zabronił pracownikom brać nadgodziny i nakazał, by koperty z głosami nie otrzymywały żadnego priorytetu. Było oczywiste, że chodziło o to, by część głosów zwyczajnie nie dotarła na czas, bo niemal wprost mówił o tym sam Trump. A w Teksasie z kolei republikanie chcieli wyrzucić do kosza ponad 120 tys. głosów, dlatego że zostały oddane bez… wychodzenia z samochodu.

W zasadzie wieloletnia tradycja republikańskiego utrudniania oddania głosu i odbierania prawa głosu tak już spowszedniała, że uchodzi za jedną z normalnych strategii w polityce amerykańskiej prawicy. Emocje budzą dopiero szokujące zagrywki lub nawoływania prezydenta, by jego zwolennicy „pilnowali komisji wyborczych” (najważniejsze pytanie: ale przed kim mają ich pilnować?). Umyka przy tym wszystkim prosty fakt, że demokraci takich samych strategii nie stosują. Wręcz przeciwnie – z ich strony wielki wysiłek idzie w mobilizację elektoratu i umożliwienie mu głosowania.

Bynajmniej nie chcę tutaj wybielać partii, która zrobiła bardzo wiele, by utrącić nominację Sandersa w 2016 roku, której członkowie zbyt dobrze się czują w towarzystwie bankierów z Wall Street i której program przez zbyt wiele lat miał niewiele wspólnego z wrażliwością na los pokrzywdzonych przez procesy społeczno-gospodarcze. Demokraci też aż nazbyt dobrze czują się w systemie dwupartyjnym – lepiej być jedyną partią opozycyjną niż jedną z wielu. Jednak wszystkie przewiny demokratów to błędy i grzechy zupełnie innego rzędu niż to, czego dopuszcza się Partia Republikańska. Bierność lub robienie za mało to nie to samo co szkodzenie.

Świat już nie zazdrości Ameryce, ale jej współczuje

Wygranie wyborów – tych prezydenckich i tych do Kongresu – to tylko pierwszy krok w kierunku uratowania amerykańskiej demokracji przed tyranią mniejszości. Kolejne to reforma sądownictwa zawłaszczonego przez republikanów, zmiana w finansowaniu kampanii politycznych i redukcja nierówności społecznych – zwłaszcza klasowych. Toczącego USA kryzysu społecznego, którego objawem jest epidemia uzależnień od opioidów, nie rozwiąże się też najpewniej w ciągu jednej kadencji – w końcu jest on efektem dekad zaniedbań. Lista wyzwań się ciągnie. Ale bez pierwszego kroku kolejne nie będą możliwe.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jan Smoleński
Jan Smoleński
Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.
Zamknij