Świat

Europa między populizmem a technokracją

populisci-trump-grillo-le-pen-johnson(1)

„Populizm jest nie tylko antyliberalny, ale też antydemokratyczny – to nieodłączny cień polityki przedstawicielskiej. Oto teza Jana-Wernera Müllera z tej błyskotliwej książki. Nie ma lepszego przewodnika po populistycznych namiętnościach, które dziś obserwujemy” pisał Ivan Krastew w „International New York Times”. Polecamy fragment książki „Co to jest populizm?” Jan-Werner Müllera.

W Europie Zachodniej jedną ze szczególnych osobliwości epoki po triumfach polityki totalitarnej lat 30. i 40. XX wieku był głęboko wdrukowany w powojenną myśl polityczną i polityczne instytucje antytotalitaryzm. Przywódcy polityczni, ale także prawnicy i filozofowie, starali się zaprojektować taki porządek, który przede wszystkim zapobiegałby powrotowi totalitarnej przeszłości. Opierali się oni na wizerunku przeszłości jako ery chaosu, którą charakteryzował niepowściągnięty niczym dynamizm polityki, nieokiełznane „masy” oraz próby stworzenia nieograniczonego podmiotu politycznego w rodzaju czystej niemieckiej Volksgemeinschaft czy „narodu radzieckiego” (kształtowanego na obraz samego Stalina i zatwierdzonego w stalinowskiej konstytucji z roku 1936).

Nie ma podręcznika zwalczania populizmu w weekend

W efekcie cały kierunek politycznego rozwoju w powojennej Europie zmierzał w stronę podziału władzy politycznej (w sensie mechanizmu hamulców i równowagi, a nawet ustrojów mieszanych), jak również wzmocnienia instytucji niepochodzących z wyboru, względnie nieponoszących odpowiedzialności przed wyborcami w rodzaju sądów konstytucyjnych – wszystko to w imię wzmocnienia samej demokracji. Ta tendencja opierała się na szczególnej lekcji, jaką europejskie elity – słusznie czy nie – wyciągnęły z politycznej katastrofy pierwszego półwiecza: architekci porządku zachodnioeuropejskiego po wojnie spoglądali z wielką nieufnością na ideał narodowej suwerenności. (Jak zresztą można było zaufać ludziom, którzy wynieśli faszystów do władzy albo na wielką skalę kolaborowali z faszystowskimi okupantami?) Co nieco mniej oczywiste, elity miały również głębokie zastrzeżenia do idei suwerenności parlamentarnej, a zwłaszcza idei aktorów politycznych przemawiających i działających w imieniu narodu jako całości, obdarzonych władzą właśnie poprzez parlament (i tym samym wpisujących się w metapolityczne złudzenie, które krytykował już Kelsen). Czy to nie obdarzone pełną legitymizacją zgromadzenia reprezentantów przekazały pełnię władzy w 1933 roku Hitlerowi i w 1940 roku Pétainowi, przywódcy rządu Vichy? Stąd też parlamenty w powojennej Europie były systematycznie osłabiane, mechanizmy hamulców i równowagi wzmacniane, a instytucje nieodpowiadające przed wyborcami (jak wspomniane już sądy konstytucyjne) obarczano nie tylko zadaniem obrony praw jednostki, ale także zabezpieczania demokracji w ogóle. Mówiąc krótko, nieufność wobec nieograniczonej suwerenności narodowej, a nawet nieograniczonej suwerenności parlamentarnej (którą pewien niemiecki konstytucjonalista nazwał „absolutyzmem parlamentarnym”), są niejako wbudowane w DNA powojennej polityki europejskiej. Zasady leżące u podstaw tego, co w innym miejscu nazwałem „demokracją ograniczoną”, przyjmowano niemal zawsze wtedy, gdy w ostatnim trzydziestoleciu XX wieku kolejne kraje obalały dyktaturę i powracały do demokracji liberalnej – najpierw na Półwyspie Iberyjskim w latach 70., a potem w Europie Środkowej i Wschodniej po 1989 roku.

Integracja europejska, co trzeba również podkreślić, była elementem składowym tej całościowej próby ograniczenia woli narodu: do ograniczeń krajowych dokładała jeszcze ponadnarodowe. (Nie znaczy to oczywiście, że cały proces był przez kogoś z góry zarządzany albo że przebiegał bez oporów. Jego rezultaty miały charakter przygodny i zależały od tego, kto przeważał w poszczególnych konfliktach politycznych – ewidentnie widać to w przypadku ochrony praw jednostki, o którą to rolę zabiegały sądy krajowe i Trybunał Sprawiedliwości.) Logika ta z początku była widoczna w takich instytucjach, jak Rada Europy i Europejska konwencja praw człowieka. Pragnienie „domknięcia” liberalno-demokratycznych zobowiązań stało się jednak jasne w kontekście Unii Europejskiej (do 1993 roku znanej jako Europejska Wspólnota Gospodarcza), w momencie przechodzenia do demokracji krajów Europy Południowej w latach 70.

Wniosek z tej krótkiej wycieczki po historii jest taki, że porządek polityczny zbudowany na nieufności do suwerenności narodowej – porządek wprost antytotalitarny, a implicite również antypopulistyczny – zawsze będzie szczególnie wrażliwy na zarzuty aktorów politycznych przemawiających w imieniu narodu jako całości a przeciwko systemowi, który wydaje się wręcz zaprojektowany, by minimalizować uczestnictwo ludzi w polityce. Z wywodów zawartych w tej książce powinno już jasno wynikać, że populizm nie jest tak naprawdę krzykiem o więcej politycznego uczestnictwa, nie mówiąc już o zrealizowaniu idei demokracji bezpośredniej. Może jednak przypominać ruchy, które faktycznie do tego się odwołują i dzięki temu, mocą pozorów, zyskać legitymizację związaną z tym, że powojenny porządek Europy opiera się na idei trzymania „narodu” na dystans.

Dlaczego Europa stała się tak bardzo narażona na populistycznych graczy od połowy lat 70. XX wieku, a zwłaszcza w ostatnim czasie? Niektóre z odpowiedzi mogą wydawać się oczywiste: ograniczanie wydatków państwa opiekuńczego, napływ imigrantów, kryzys strefy euro. Kryzys jednak – czy to gospodarczy, społeczny, czy wreszcie polityczny – nie musi automatycznie generować populizmu w znaczeniu proponowanym w tej książce (być może z wyjątkiem sytuacji, kiedy rozpadają się stare systemy partyjne). Wręcz przeciwnie – o demokracjach można powiedzieć właśnie tyle, że wprawdzie wciąż generują kryzysy, ale zarazem mają zasoby i mechanizmy potrzebne do autokorekty. Kluczem do zrozumienia przynajmniej bieżącej fali populizmu w Europie wydaje się zatem owo szczególne podejście do rozwiązywania kryzysu strefy euro – krótko mówiąc, technokracja.

Populizm nie jest tak naprawdę krzykiem o więcej politycznego uczestnictwa, nie mówiąc już o zrealizowaniu idei demokracji bezpośredniej.

To ciekawe, jak jedno jest lustrzanym odbiciem drugiego. Technokracja utrzymuje, że istnieje tylko jedna słuszna w danej sytuacji polityka; populizm twierdzi, że istnieje tylko jedna autentyczna wola narodu. Ostatnio wymieniły się jeszcze cechami: technokracja zaczęła moralizować („Wy, Grecy, musicie odkupić swoje grzechy!”, czyli nadmierną rozrzutność z przeszłości), podczas gdy populizm nabrał biznesowego sznytu (przypomnijmy sobie tylko Berlusconiego albo Andreja Babiša w Czechach, który obiecywał zarządzać państwem jak jedną ze swych firm). Ani technokraci, ani populiści nie widzą potrzeby demokratycznej debaty. W dość interesującym sensie jedni i drudzy są apolityczni. Stąd też nie od rzeczy będzie założyć, że jedno może przygotowywać grunt pod drugie, bo jedno i drugie legitymizuje przekonanie, że we wspólnocie nie ma tak naprawdę miejsca na niezgodę. I populizm, i technokracja utrzymują bowiem, że istnieje tylko jedno słuszne rozwiązanie polityczne bądź tylko jedna autentyczna wola narodu.

Dostrzeżenie tej analogii pozwala nam nieco wyraźniej dojrzeć, co naprawdę odróżnia populistyczne partie i ruchy od tych aktorów, którzy sprzeciwiają się polityce cięć budżetowych bądź libertariańskim receptom na politykę gospodarczą, a jednocześnie w żadnym sensie nie przypominają populistów. To, co w Finlandii czyni partię „Prawdziwych Finów” (a ostatnio po prostu „Finów”) populistyczną, nie jest krytyka Unii Europejskiej, lecz roszczenie do wyłącznego reprezentowania prawdziwych Finów. We Włoszech to nie skargi Beppe Grilla na włoską la casta każą nam martwić się jego populizmem, lecz twierdzenia, że jego ruch nie tylko chce, ale i zasługuje na 100 procent miejsc w parlamencie, gdyż wszyscy jego konkurenci są rzekomo skorumpowani i niemoralni. Według tej logiki, na końcu to grillini są samym czystym narodem Włoch – co usprawiedliwia również pewien rodzaj dyktatury cnoty wewnątrz Ruchu Pięciu Gwiazd, o którym już wspominałem.

Mueller: Węgierska lekcja dla Europy

Identyfikacja faktycznych populistów i odróżnienie ich od tych graczy politycznych, którzy krytykują elity, ale nie stosują logiki pars pro toto (takich jak indignados w Hiszpanii), to podstawowe zadanie dla teorii populizmu w dzisiejszej Europie. Ci, których część obserwatorów nazwała „aktywistami demokratycznymi” – w opozycji do populistów – domagają się przede wszystkim podjęcia określonych działań politycznych. Jeśli w ogóle mówią oni o „narodzie” czy „ludzie”, to głoszą nie tyle, że „My i tylko my jesteśmy narodem”, lecz że „My również jesteśmy narodem”.

Warto również zasiać nieco wątpliwości w kwestii lewicowych strategii, które próbują selektywnie czerpać z populistycznej wyobraźni, aby przeciwstawić się neoliberalnej hegemonii. Nie chodzi o to, że krytyka tej ostatniej sama w sobie jest populistyczna (na zasadzie rozumienia populizmu jako „nieodpowiedzialnej polityki”). Problem dotyczy samych schematów – inspirowanych, jak się wydaje, maksymą Ernesto Laclaua głoszącą, że „konstruowanie ludu jest głównym zadaniem radykalnej polityki” – których celem jest ukazanie głównego konfliktu dzisiejszej polityki jako konfliktu między ludem („rządzonymi”) z jednej strony i „ludźmi rynku”, a więc faktycznymi zarządcami pod postacią inwestorów, z drugiej. Czy taka opozycja może faktycznie zmobilizować „lud”? Raczej mało prawdopodobne. Czy przejmie od rzeczywiście populistycznej koncepcji polityki jej problemy? Bardzo możliwe. Z tego powodu domaganie się „lewicowego populizmu”, aby przeciwstawić się polityce cięć budżetowych (albo żeby dać odpór fali populizmu prawicowego) w różnych częściach Europy jest zbędne, jeśli nie wprost niebezpieczne. Zbędne, jeśli chodzi tylko o to, aby stworzyć wiarygodną lewicową alternatywę albo wymyślić na nowo socjaldemokrację. Dlaczego nie porozmawiać o budowaniu nowych większości zamiast demonstracyjnie „konstruować lud”? I jaki „lud” dokładnie? Jeśli jednak ten lewicowy populizm miałby naprawdę być populizmem w sensie, jaki proponuje ta książka, to będzie on oczywiście niebezpieczny.

Fragment książki Co to jest populizm? Jan-Werner Müllera, która ukaże się nakłądem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Bio

Jan-Werner Müller

| Politolog, autor książki „Co to jest populizm?”
Jan-Werner Mueller jest profesorem politologii na Uniwersytecie Princeton i autorem wydanej nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej książki „Co to jest populizm?”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.