Świat

Oto dlaczego brexit nie skompromitował idei referendum [POLEMIKA]

Jeśli podzielimy referenda na te inicjowane przez obywateli oraz na te, które proponują nam politycy, wiele nam to wyjaśni. Pisze Piotr Ciompa.

Po referendum brexitowym redaktor naczelny konserwatywnego tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki napisał wstępniak pt. Chroń nas, Panie, przed referendum. Dziwne, że prawie identyczne argumenty przeciw demokracji bezpośredniej znajduję na stronach lewicowej Krytyki Politycznej w artykule Jakuba Majmurka pt. Referenda nie uzdrowią demokracji, bo nie uwzględniają odpowiedzi: trochę tak, trochę nie”.

Referenda nie uzdrowią demokracji, bo nie uwzględniają odpowiedzi: „trochę tak, trochę nie”

Obaj autorzy nie próbują nawet odnosić się do aksjologii swoich formacji, z których wynika przychylna ocena tego rodzaju rozwiązań.

Dlaczego jednak lewica, mając świadomość niewątpliwych ułomności demokracji bezpośredniej, zamiast odrzucać ją w całości, powinna próbować wykorzystać jej zalety i szukać rozwiązań minimalizujących słabości? Dlatego że nie zbuduje się społeczeństwa w miarę egalitarnego bez proporcjonalnej egalitaryzacji władzy. Emancypacja tych, którzy głosu nie mają, spod kurateli elit, które nie sobie zawdzięczają pozycję społeczną, jest wręcz odwiecznym celem lewicy. Konstytuuje ją i dlatego nie wolno tego celu pochopnie, z wyjątkiem sytuacji nadzwyczajnych, porzucać.

Ale i Paweł Lisicki powinien odnieść się do faktu, dlaczego Kościół, którego pozycji społecznej jest obrońcą, w Kompendium katolickiej nauki społecznej, opracowanym w czasach dobrych, „konserwatywnych” papieży, w paragrafie 413 jednoznacznie udziela poparcia referendom. Skoro zamiarem Boga jest podniesienie człowieka do swojej godności (przebóstwienie), wyrazem tego ma być przywilej kształtowania rzeczywistości, w tym swojego losu, także poprzez udział we władzy.

Obaj autorzy przechodzą do porządku dziennego nad wartościami swoich formacji. Zgodnie wybierają łatwą drogę właściwą pragmatykom. Ich wspólny błąd polega jednak na przeciwstawieniu demokracji przedstawicielskiej demokracji bezpośredniej. Ilustrują szkodliwość dwóch równoległych ścieżek podejmowania decyzji prawdziwymi, ale wybiórczymi przykładami chaosu wynikającego z przemieszania się dwóch niezależnych porządków.

Idąc za wieloma politologami, uwzględnijmy jednak podział referendów na te inicjowane przez obywateli i przez ich przedstawicieli, a wiele nam to wyjaśni. Okaże się, że te najbardziej szkodliwe były inicjowane przez organy przedstawicielskie celem wyłudzenia poparcia od wyborców. Takim referendum był brexit i to dlatego brytyjska katastrofa obciąża demokrację przedstawicielską bardziej niż bezpośrednią, instrumentalnie potraktowaną przez polityków.

Brexit: Referendum, które skompromitowało referenda

Tymczasem obie demokracje mogą dać z siebie to, co najlepsze, gdy elementy obu zostaną zintegrowane w jeden hybrydowy system, zamiast działać obok siebie. Demokracja przedstawicielska cierpi na brak przejrzystości, co jest jedną z przyczyn groźnej utraty wiary społeczeństw w demokrację w ogóle. Demokracja bezpośrednia cierpi zaś na brak eksperckości, czyli możliwości decydowania i ważenia różnych, równouprawnionych racji.

Propozycją takiej integracji, po skutecznym uregulowaniu funkcjonowania mediów społecznych, może być referendum jako veto ludowe wobec aktów prawnych, które zostały w organie ustawodawczym przegłosowane niewielką większością głosów. Tak więc w nadzwyczajnych przypadkach akt prawny przygotowywany byłby z udziałem ekspertów, ale ratyfikowany „bezpośrednio”, a więc przejrzyście. Zmusiłoby to rządzących do poważnego namysłu, nim zdecydują się na forsowanie kontrowersyjnych rozwiązań niewielką większością głosów. Utrudniłoby to dogadywanie się różnych „interesariuszy” w ciszy gabinetów przeciw dobru publicznemu. W przypadku takiego referendum mogłyby zostać obniżone liczba podpisów pod wnioskiem o referendum i próg frekwencji wymaganej do ważności głosowania. Wymaga to jednak dojrzałości opozycji, by mechanizm ten nie został nadużyty do wprowadzenia stałego mechanizmu ratyfikacyjnego.

Gdzie takiej dojrzałości społeczeństwo ma się nauczyć? Warunkiem ewentualnej liberalizacji referendów krajowych (co wobec sąsiedztwa agresywnej Rosji nie jest oczywiste) jest radykalne zliberalizowanie wymagań w przypadku referendów lokalnych. Popraktykujmy kilkanaście lat lokalnie. Niech ludzie uczą się na swoich błędach. Niech wybiorą budowę aquaparku zamiast inwestycji w infrastrukturę i niech w ich gminie z tego powodu zabraknie zimą pieniędzy na oświetlanie ulic. To tani koszt dojrzewania.

Lublin: Panel obywatelski będzie lepszy niż referendum

Raz czy drugi omami ich wójt lub opozycja, ale trzeci raz już nie dadzą się naciągnąć. Tak powstaną w społecznym krwiobiegu przeciwciała na populizm w szerszej skali. Znamienne, że sześć szwajcarskich kantonów o najniższym deficycie to te, w których prawo, w odróżnieniu od innych, dopuszcza referenda w sprawach budżetowych. Pływać można się nauczyć tylko w wodzie.

Możemy dyskutować, czy te lub inne pomysły są dobre. Środowiska zajmujące się demokracją bezpośrednią mają ich wiele, łącznie z propozycją bezpieczników przed nadużyciami. Ale jeśli komuś bliska jest Polska egalitarna (lub katolicka nauka społeczna), nie może kapitulować w poszukiwaniu sposobów włączenia we władzę jak najwięcej obywateli i obywatelek. To prawda, prostych rozwiązań tu nie ma, ale wydaje się, że Jakubowi Majmurkowi poddanie się przyszło zbyt łatwo.

**
Piotr Ciompa – związany z Instytutem Spraw Obywatelskich w Łodzi, gdzie angażuje się w kampanię „Obywatele Decydują” oraz monitoring rad pracowników; w latach 2002–2006 radny m.st. Warszawy z listy PiS, do 2004 przewodniczący komisji rewizyjnej. Zawodowo wynajmuje się jako menadżer w średnich i dużych przedsiębiorstwach.

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.