Film

Pył się rodzi, moc truchleje

Mroczne materie serial recenzja

Nazywane „anty-Narnią” „Mroczne materie” zamiast chrystusowych alegorii czy kaznodziejskiego moralizatorstwa oferowały młodym czytelnikom i czytelniczkom zdrową dozę sceptycyzmu i buntu wobec zastanych hierarchii – a to wszystko w lekko steampunkowej estetyce i oczywiście wśród protestów środowisk chrześcijańskich. O serialowej adaptacji trylogii Philipa Pullmana pisze Krzysztof Juruś.

Jeszcze zanim skończył się ostatni odcinek Gry o tron, widzowie, krytycy – a przede wszystkim hollywoodzcy decydenci – zadawali sobie pytanie: kto zajmie miejsce tego światowego fenomenu? Najbardziej ewidentną próbą przejęcia fanów po GoT jest rzecz jasna Wiedźmin na Netfliksie. Jednak to dyrektorom HBO szczególnie zależy na zapełnieniu luki, która została w ramówce po telewizyjnym hicie wszech czasów. Ostatnie pół roku to prawdziwa ofensywa nowych tytułów – po wyśmienitym Czarnobylu i zaskakująco politycznych Watchmenach, inspirowanych kultowym komiksem Alana Moore’a, stacja (we współpracy z BBC) pokazała Mroczne materie na podstawie książek Philipa Pullmana.

Kronika zapowiedzianej katastrofy

A chociaż trudno sobie wyobrazić, by którykolwiek z nowych seriali miał osiągnąć pozycję porównywalną z adaptacją prozy George’a R. R. Martina, udaje się tworzyć rozrywkę telewizyjną na wyśmienitym poziomie. Ostatecznie widzom zależy raczej na jakości serialu niż na rozmiarze fandomu, a akurat pod tym względem Gra o tron od paru lat mocno rozczarowywała. Tym bardziej cieszą nowe propozycje HBO.


„Gdyż morza, brzegów, powietrza ni ognia / Tam nie ma, wszystkie są one w zarodku / Zmieszane, walcząc z sobą wiekuiście, / Chyba że Stwórca Wszechmogący zechce / Z materii mrocznych tworzyć nowe światy” – te słowa z Miltonowskiego Raju utraconego (przeł. Maciej Słomczyński) oraz, między innymi, Dama z gronostajem, zainspirowały Philipa Pullmana do napisania cyklu powieści o równoległym świecie, w którym każdemu człowiekowi nieodłącznie towarzyszy dajmon – mówiące ludzkim głosem zwierzę, fizyczna manifestacja duszy. Nazywana „anty-Narnią” trylogia zamiast chrystusowych alegorii czy kaznodziejskiego moralizatorstwa oferowała młodym czytelnikom i czytelniczkom zdrową dozę sceptycyzmu i buntu wobec zastanych hierarchii, przy okazji puszczając oko w stronę teorii wieloświata spod znaku Davida Deutscha – a to wszystko w lekko steampunkowej estetyce i oczywiście wśród protestów środowisk chrześcijańskich. W Polsce niestety książkowe Mroczne materie nigdy nie zyskały wielkiej popularności. Mam nadzieję, że zmieni to udana serialowa adaptacja.


W świecie głównej bohaterki porządku pilnuje Magisterium, wszechwładna instytucja wyraźnie inspirowana Kościołem katolickim. Lyra, dwunastoletnia sierota, wychowuje się w murach oksfordzkiego college’u. Na uczelni roi się od poważnych mężczyzn, brakuje natomiast kobiet i rówieśników. Z wyjątkiem służby – jej najlepszy przyjaciel pracuje jako pomoc kuchenna. Ich przyjaźń jest przeurocza: odważna i energiczna Lyra nieustannie dba o to, by Rogerowi nie spadł włos z głowy. A choć uwielbia biegać z nim po labiryncie uniwersyteckich murów, ciągle marzy o czymś więcej. Wie doskonale, że na prawdziwe przygody nie ma co liczyć, dopóki mieszka w Oksfordzie. Niestety jej wuj, lord Asriel, który od czasu do czasu pojawia się na uczelni, nigdy nie zgadza się, by towarzyszyła mu w ekspedycjach na Svalbard. Na tym arktycznym archipelagu bada on zagadkowy Pył – substancję, o której większość naukowców boi się nawet rozmawiać.


Szansą na wyrwanie się z rutyny jest pojawienie się tajemniczej pani Coulter, która oferuje dziewczynce pozycję swojej asystentki i obiecuje zabrać ją w podróż na wymarzoną Północ. W tym samym czasie z Oksfordu zaczynają znikać dzieci z nizin społecznych – w tym Roger. Lyra decyduje się opuścić college z panią Coulter, ale poprzysięga sobie, że odnajdzie zagubionych towarzyszy zabaw. Na pożegnanie rektor wręcza jej w sekrecie aletheiometr, czyli złoty kompas, który – w odpowiednich rękach – wskaże prawdziwą odpowiedź na każde pytanie. Jeszcze zanim Lyra zaczyna rozumieć jego działanie, stopniowo odkrywa, że jednoczesne pojawienie się pani Coulter i zniknięcie jej najlepszego przyjaciela to żaden przypadek, a ona sama – ze względu na nieznane jej wcześniej powiązania rodzinne – staje się zakładniczką w grze pomiędzy nową opiekunką, Magisterium a jego przeciwnikami, z lordem Asrielem na czele.

W 2007 roku powstała kinowa adaptacja pierwszej części trylogii w reżyserii Chrisa Weitza – odpowiedzialnego wcześniej nie tylko za Był sobie chłopiec, ale też… American Pie. Miała przyciągać do kina gwiazdorską obsadą: w filmie wystąpiła Nicole Kidman oraz gwiazdy Casino Royale – Daniel Craig i Eva Green.


Jako nastolatek uwielbiałem Złoty kompas i nie mogłem pojąć, dlaczego nie zdecydowano się na sequel. Dopiero teraz, obejrzawszy film po latach, dostrzegam jego wady – a jest ich (zwłaszcza w porównaniu z serialem) niemało. Świat Lyry jest ledwo zarysowany, bohaterowie raczej płytcy, a fabuła nieraz dostawała zadyszki. Z dzisiejszej perspektywy bawi też niemiłosiernie kiczowata estetyka – zarówno steampunkowych sterowców, jak i aż nadto błyszczących kostiumów Kidman. Również mocno antyklerykalne, antyhierarchiczne przesłanie książek zostało w filmie przesadnie złagodzone. Na szczęście HBO i BBC dały drugą szansę trylogii Pullmana i postanowiły naprawić błędy filmu.

Serial już na samym początku pokazuje, że nie boi się niełatwych wyborów, przed którymi postawił swych bohaterów Pullman. W jednej z pierwszych scen Lyra ratuje wuja przed wypiciem zatrutego tokaju. W filmie z 2007 roku truciznę do butelki wsypuje podejrzany wysłannik Magisterium. W serialu (tak jak w książce) otruć Asriela próbuje rektor – ten sam, który przez lata ofiarnie zajmował się Lyrą i któremu dziewczynka będzie musiała zaufać w sprawie aletheiometru. Mroczne materie nie dają łatwych odpowiedzi w kwestiach dotyczących dylematów moralnych – za to w dobitny sposób pokazują, jak władza potrafi deprawować. Władza Magisterium nad wiernymi, rektora nad uczonymi oraz, co najgorsze, władza dorosłych nad dziećmi. A te mają tendencję do idealizowania swoich bohaterów, jak Lyra lorda Asriela i – do pewnego momentu – panią Coulter.

W walce ze zideologizowaną religią zarówno Pullman, jak i scenarzyści serialu stają po stronie racjonalizmu, ale nie ignorują duchowości, a przede wszystkim dystansują się wyraźnie od radykalnego, pozbawionego empatii scjentyzmu. Wyraźnie krytykują ograniczenia, jakie wolności uprawiania nauki stawia religijna cenzura, ale przypominają, że ograniczać ją powinna też przyzwoitość. Dotyczy to zarówno pani Coulter, będącej niekwestionowanym czarnym charakterem, a także, w jeszcze bardziej wstrząsającym stopniu, lorda Asriela. W swojej chorej obsesji gotów jest on przekroczyć wszelkie granice, nie zważając na to, że przy okazji krzywdzi bezgranicznie kochającą go Lyrę. Popularna seria książek fantasy dla nastolatków oraz jeszcze popularniejsza adaptacja telewizyjna zahaczająca o kwestię swobody, a nawet etyki badań naukowych? Jestem za.

Jak kapitalizm wychowuje nasze dzieci

A skoro wspomniałem już o władzy Magisterium i konflikcie na linii prawda naukowa – religijny fundamentalizm, nie mogę powstrzymać się przed skomentowaniem jednej kluczowej wady, obecnej zarówno w pierwszym sezonie Mrocznych materii, jak i w książkowym pierwowzorze: trudno zrozumieć, co dokładnie promuje wszechwładna instytucja i właściwie skąd wzięła się jej potęga. O Kościele katolickim można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że brakuje mu dobrego mitu założycielskiego i rozbudowanej teologii. Tymczasem religia Magisterium pozostaje zagadką. Jego przedstawiciele nieustannie oskarżają lorda Asriela o bluźnierstwo – ale przeciwko czemu lub komu, tego nie wiadomo. Dopiero pod koniec ostatniego odcinka serialu dowiadujemy się nieco na temat wiary, której strzeże Magisterium, oraz jego rozumienia grzechu pierworodnego – i jaki związek ma z tym wszystkim tajemniczy Pył, dla badania którego Asriel był gotów poświęcić niemal wszystko.

Jeszcze jedno małe zastrzeżenie: choć cieszy, że u Pullmana najważniejszą, odważną i żądną przygód postacią jest niezbyt stereotypowa dziewczynka (zupełnie inaczej niż u Lewisa, o Tolkienie nie wspominając), przeszkadza mi nieco jej pozycja społeczna. Oczywiście Lyra, choć nigdy nie poznała swoich rodziców, doskonale wie, że pochodzi z rodziny arystokratycznej. Bawi się z dziećmi służących, żyje w idyllicznej symbiozie z nomadami (trudno dobrze przetłumaczyć na polski słowo Gyptians), uwalnia pancernego niedźwiedzia, którego oszukały władze portowego miasteczka… a jednak jest coś nużąco konserwatywnego w obrazie dziewczynki z wyższych sfer, która zgodnie ze starą przepowiednią czarownic ma uratować świat, inspirując mniej uprzywilejowane grupy.

Dochodzi jeszcze kwestia zwierząt, których postać przyjmują dajmony. Ich siła i alegoryczność odzwierciedlają charakter i pozycję związanych z nimi ludzi. Śnieżna pantera Asriela czy złota małpa pani Coulter to nieco zbyt oczywiste symbole.

Saga z torebki [„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”]

Wielką zasługą twórców serialu jest za to rozbudowanie wątku Willa Parry’ego – bohatera drugiej części książkowej trylogii, mieszkającego w Oksfordzie z „naszej” rzeczywistości. Jeden z funkcjonariuszy regularnie porusza się pomiędzy równoległymi światami, by śledzić chłopca – zniknięcie jego ojca ma kluczowe znaczenie dla Magisterium. Ten sensacyjny wątek stanowi świetny punkt wyjścia do następnego sezonu. A kiedy Will, w swoim świecie troskliwie zajmujący się matką z problemami psychicznymi, wreszcie spotka Lyrę, dla widzów będzie już znanym i lubianym bohaterem – empatycznym, inteligentnym chłopcem.

Na razie jednak główną bohaterką – równie empatyczną i inteligentną – jest Lyra. Jej entuzjazm zaraża, jej ciekawość świata inspiruje. Na tle innych powieściowych nastolatek i nastolatków zawsze wydawała mi się wyjątkowo wiarygodna, nawet jeśli nie są takie jej przygody, a jednocześnie zidentyfikować się z tą bohaterką będą w stanie widzowie chyba w każdym wieku. Grająca ją trzynastoletnia Dafne Keen to idealny wybór obsadowy. Z ciekawością będę śledził jej dalszą karierę – zwłaszcza że dała już imponujący popis swoich aktorskich możliwości w filmie Logan.

Ania z Zielonego Wzgórza czy z Dogville?

Reszta serialowej obsady również spisuje się wyśmienicie (choć od razu muszę rozczarować fanów i fanki Jamesa McAvoya – aktor pojawia się na dłużej tylko w pierwszym i ostatnim odcinku sezonu). Wydawałoby się, że nie sposób przebić Sama Elliota ze Złotego kompasu, a jednak udało się to Lin-Manuelowi Mirandzie – jako aeronauta Lee Scoresby wnosi do tej raczej mrocznej opowieści odrobinę bardzo potrzebnego humoru. Mam też nadzieję, że udział w serialu okaże się przełomem w karierze Ariyona Bakare – jako Carlo Boreal, bezlitosny funkcjonariusz Magisterium, jest doskonały. Rola Anne-Marie Duff to z kolei jeden z bardziej przejmujących serialowych portretów matki, jaki widziałem na ekranie w ostatnich kilku latach.

Ale tak naprawdę wszyscy aktorzy mogą się schować przy zachwycającej Ruth Wilson. Trudno znaleźć mi słowa, którymi mógłbym opisać jej kreację, choć trzeba przyznać, że rola pani Coulter – zwanej „matką wszelkiego zła” – daje olbrzymie pole do popisu. Wilson opowiada, że nie mogła odmówić, gdy zaproponowano jej udział w serialu, i potraktowała wyzwanie bardzo poważnie. Dawno nie widziałem postaci równie przerażającej (może jedynie Jan Frycz w Ślepnąc od świateł mógłby z nią pod tym względem konkurować). Aktorka wybitnie odgrywa wszystkie odcienie tej skomplikowanej postaci. Za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie, hipnotyzuje pozostałych bohaterów i, jak się domyślam, widzów. Jej uśmiech – czasem szczery, czasem fałszywy – jest doskonałym narzędziem manipulacji.

Pani Coulter to fascynujący przejaw zjawiska, które nazwałbym toksyczną kobiecością. Bezwzględna i piekielnie inteligentna, rozumie, że w patriarchalnym świecie Magisterium jej największym skarbem jest uroda – i tylko ona gwarantuje pozycję pozwalającą skorzystać z pozostałych talentów. A żeby zachować tę pozycję, nie może sprawiać wrażenia, jakby miewała moralne rozterki. Swoją fizyczną atrakcyjnością bardziej jednak przeraża, niż przyciąga. Właściwie od samego początku wiemy, że ma swój udział w porywaniu dzieci, zaskakiwać może jedynie stopień jej zaangażowania – i ostateczny cel procederu. Mimo to bywa też ludzka, miewa momenty słabości, a w jej relacji z Lyrą nie brak autentycznej czułości. Od razu widać, że dziewczynka jest dla niej znacznie więcej niż asystentką. Pani Coulter darzy Lyrę uczuciem, którego skala zaskakuje ją samą. A dziewczynka, która całe życie spędziła z uczonymi i służącymi, nagle poznaje zupełnie nowy rodzaj miłości – i nowy rodzaj rozczarowania.


W moralnej dwuznaczności pani Coulter zawiera się cała atrakcyjność serialu. Staje się jasne, że „matka wszelkiego zła” może być też matką dobra – a czasami bywa nawet dobrą matką. W Mrocznych materiach nic nie jest czarno-białe. Nieczęsto spotyka się równie inteligentną i udaną familijną rozrywkę.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Krzysztof Juruś

| Publicysta Krytyki Politycznej
Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tłumaczy z języka angielskiego, pisze o polityce (głównie brytyjskiej), książkach i teatrze.